Anastazya/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Anastazya
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Wszakoż z tem wszystkiem, pomimo to wszystko...
W gęstych berberysach, które półokręgiem obejmowały zielone podwórko, szeleściły szybkie kroki męskie i niebawem, w zagajniku śliwowym, luźne przestrzenie pomiędzy drzewami, zgrabnym i elastycznym krokiem swym przebywać począł p. Apolinary. Chyłkiem nieco szedł przez berberysy, dlatego może, aby go sąsiedzi, pracujący w polu, nie postrzegli, ale tu wyprostował się, laseczkę w powietrzu okręcać począł i trochę sobie nawet pogwizdywać. Ubrany był tak, jak zwykle, świeżo i elegancko, w czarnym tużurku i barwnym krawacie, z dodatkiem jeszcze zgrabnej laseczki w ręku.
Anastazya, która, gospodarską robotę jakąś przed chwilą ukończywszy, stała przed młodą śliwą, z podniesioną głową, owoców na gałęziach upatrując, nie postrzegła zrazu nadchodzącego, ale gdy tylko postrzegła, zarumieniła się gorąco, i najpiękniejszy uśmiech młodej radości ukazał jej z za warg koralowych zęby perłom podobne. Z czerwoną gałązką berberysu, w złotym warkoczu, w czerwonej bluzce ładnym paskiem u stanu obciśniętej, z rumieńcem na twarzy, wyglądała, jak kwiat o barwie ognistej, wyrastający śród młodych śliw i agrestowych krzaków. Podali sobie ręce i tak je mocno uścisnęli, aż niemi kilka razy zatrzęśli, a potem, przechadzając się pomiędzy drzewami, jęli wspólnie owoców na nich upatrywać. Śliwki węgierki nie były jeszcze dojrzałe, ale śliwki lubaszkami zwane już czarnemi centkami gęsto osypywały drzewka; więc gdy p. Apolinary jednem z tych drzewek potrząsł, owoce czarnym gradem posypały się na trawę i im obojgu na plecy i głowy. Po zagajniku i podwórku rozebrzmiały dwie głośne kaskady śmiechu męskiego i kobiecego. Można było długo znać Anastazyę i ani podejrzywać, aby tak serdecznie i świeżo śmiać się umiała, a p. Apolinary również, gdy wesoło trząsł drzewem, nachylał się nad trawą i w podskokach od tłukących go po głowie i plecach owoców uciekał, wydawał się naturalniejszym, milszym i jeszcze ładniejszym, niż zwykle. Wkrótce, z rękoma i ustami pełnemi lubaszek, wesoło rozmawiając, zaszli kędyś za berberysy, za dom, za dzikie grusze i zwolna poszli w pole.
Wkrótce potem, po małym lesie, który wzgórze cmentarne obrastał, przechadzając się, usłyszałam kroki ludzkie, stąpające po mchach suchych i uschłych gałązkach, zobaczyłam też śród gęstych jałowców posuwające się powietrzem dwa wielkie krzaki paproci, różnemi ziołami leśnemi przeplecione. Paprocie były przez jesień pomalowane na gorące barwy bronzowe, cieliste i krwiste, odrzynały śród nich jaskrawo wielkie dzwonki liliowe i skabiozy białe. Olbrzymie bukiety te oburącz niosła para ludzi, całkowicie sobie nimi górne połowy ciała zasłaniając, i nie bez trudności przebijając się przez kolczastą i czarnymi paciorkami jagód osypaną gęstwinę jałowców.
Anastazya i pan Apolinary powitali mię uprzejmymi ukłonami. W jej oczach spostrzegłam blask niezwykły i wyraz szczęśliwego rozmarzenia; on, przeciwnie, zdawał się być na mój widok zmieszanym, czy zawstydzonym. Dziewczyna z żywością nadzwyczajną, z cale niezwykłą u niej szybkością mowy, zaszczebiotała:
— Calusieńki lasek obeszliśmy, bukiety te zbierając. Jeden na mogile babuni położę, a drugim sobie świetlicę przyozdobię. Słońce dziś tak wesoło świeci, że od tego blasku, nawet i w lesie, aż się oczy mrużą.
Pan Apolinary zaś rzekł:
— Panna Anastazya bukiety na mogiłę babuni i ku przyozdobieniu bawialnianego pokoju swego zbierała, a ja przy zatrudnieniu tem przypadkiem ją znalazłem, z pożegnaniem do tego lasku przyszedłszy...
Zdawać się mogło, że obecność tu swoją usprawiedliwić pragnął, nieco nią zakłopotany, czy zawstydzony.
— Jakto z pożegnaniem? Czy pan odjeżdża?
— A już mi bracia za dni kilka pieniądze oddać obiecują i pan Rudner w listach bardzo o rychły przyjazd mię nagli.
Twarzy Anastazyi nie widziałam w tej chwili, bo ukrywała ją za cielistymi i krwistymi krzakami paprociowych liści, ale tego samego jeszcze wieczoru spotkałam na przechadzce pana Apolinarego. Można było przypuszczać, że umyślnie zaszedł mi drogę, coś ważnego do powiedzenia mając. Jakoż po krótkich i obojętnych uwagach o tegorocznych pogodach i urodzajach, rzekł:
— Tym to urodzajom zawdzięczam, że z próżnemi rękoma stąd nie odjadę, i że bracia część znaczną należności mojej mnie uiścili. Już też i pilno mi jest samotnoście tutejsze opuścić.
— Jakież to samotnoście! Okolica pełną jest ludzi...
Wzniósł oczy w górę, a cała twarz jego, ściągła i ładna, okryła się wcale też ładnym wyrazem zadumy i tęsknoty.
— Pani lepiej jeszcze ode mnie wiadomem być musi, że pomiędzy ludźmi będąc, człowiek nie jeden raz znajduje się jak na pustyni.
— To się zdarza istotnie, ale ja pana Apolinarego widywałam tu nieraz w usposobieniu wcale wesołem.
Jakby na to dalekie napomknienie oczekiwał tylko, z pośpiechem zaczął:
— Pani pewnie na myśli ma te momenty, kiedym się w towarzystwie panny Anastazyi Tuczynówny znajdował, a ja też uczuwam wielką chęć całą zagadkę tę jasną przed panią uczynić...
— Jakaż to zagadka, że Naścia panu się podobała?
— Zadziwia mię, że z ust pani słowa te słyszę, bo nikomu to tajnem nie jest, iż w sercu ludzkiem mieszczą się często zagadki, których ono nijakim sposobem rozstrzygnąć sobie nie potrafia. Również i ja, takie myśli i zamiary, o jakich pani wie, w głowie nosząc, mogęż sercu swobodę przyznawać i zbytnim ciężarem przedwcześnie kark sobie obarczać, a drogę tamować?
Ze spuszczoną głową milczał chwilę, idąc zwolna i laseczką wierzchołki traw przy drodze rosnących potrącając.
Potem dalej mówić począł:
— Co się tyczy panny Anastazyi, to najpierw, powinowata mi jest i od dziecinnych lat swych znajoma, a z tego i podufałość między nami łatwo wyrodzić się mogła. Po drugie, ze wszystkich tutejszych panien ona jedna może być dla mnie najmniej nieodpowiadającem towarzystwem...
— Czy dlatego, że jest dziedziczką?
— To jedno — potwierdził — a drugie, że pan Cyryak, który wiele rozumu na szerokim świecie nabył, jej też nieco ciemnoty tutejszej odjął. Cale też ja nie zaprzeczam, że panna to jest zaletna, bo i rozgarnięcie większe, niż u inszych, ma, i rozmowę często przyjemną uczynić potrafi. Nieszpetna też jest, nawet można powiedzieć, że cale ładna bywa, zwłaszcza, gdy wesołego humoru nabierze i rumieńców na twarzy dostanie. Wszystkiemu temu ja nie zaprzeczam i nie lękam się nawet z otwartością wypowiedzieć, że czuję dla niej w sercu taką przychylność, jakiej dla żadnej panny do tego czasu nigdy nie czułem...
— A więc nic innego nie pozostaje, tylko pannę Anastazyę do ołtarza ślubnego zaprowadzić i w ten sposób całą zagadkę rozstrzygnąć...
Szedł, w ziemię ciągle patrząc, smutny i smutnym też głosem po chwili mówić zaczął:
— Żebym ja był nigdy tej okolicy nie opuszczał i na świat inszy oczu nie otwierał, toby mnie inszej gwiazdy, jak panna Anastazya, nie trzeba było, i pewno stałoby się tak, jak pani tylko co powiedziała. Ale na swoje szczęście czy nieszczęście, po świecie chodząc, napatrzyłem się ja na panny, które nad panną Anastazyą tak górują, jak gwiazdy, na niebie świecące, nad najładniejszą choćby świeczką na ziemi zapaloną...
— Hrabianka Henryeta... — napomknęłam.
Z błyskiem lekkiej urazy w oczach spojrzał na mnie.
— Rozumiem dobrze, że o tej cudnej osobie wspominając, pani zażartować ze mnie chciała! Za poufałość taką i za honor, który ona mi czyni, bardzo dziękuję. Są insze gwiazdy, nie na takich już niedościgłych dla mnie wysokościach, jak panna hrabianka, świecące, a po które mnie tylko rękę wyciągnąć trza, aby je sobie wziąć.
W krótkich słowach opowiedział, że gdyby tylko zdobył się na decyzyę, mógłbym dziś choćby ożenić się z panną Eugenią Rudnerówną, rodzoną siostrą tego pana Rudnera, który uniwersytet skończył, do inteligencyi należy i, fabrykę zakładając, jego na spólnika swego powołał.
— Szwagrem jego zostawszy, w tym samym świecie, który on zamieszkuje, żyłbym, tak jak i on do inteligencyibym należał, łatwym krokiem pod górę szedłbym... Panna zaś elegancka jest i w tym stroju nikomu przewyższyć się nie dająca. Na pensyi była, na fortepianie gra, brat też pewnie i posagu, choć niedużego, jej nie odmówi... Rok się już zaraz skończy, odkąd byłem tak szczęśliwy, że przychylność jej sobie zjednałem...
Że owa elegancka i w tym stroju niedościgniona panna z którejkolwiek strony istoty swej musiała mieć feler znaczny, skoro gotową była zaślubić pana Apolinarego, a on przed związkiem tym wahania się doświadczał, to zdawało się nie ulegać wątpliwości najmniejszej.
— Czy panna Eugenia jest nieładną? — zapytałam.
Po chwili wahania odpowiedział:
— Widać ze wszystkiego, że kiedyściś była i bardzo może ładna, a i teraz jeszcze... bo nie może być, aby kobieta edukowana i elegancka cale nie ładną była, choćby i nie wiedzieć jak w lata zaszła.
— Więc starą panną jest! — zawołałam, ale tu nagle roztrąciła nas i na długo rozdzieliła ogromna trzoda bydła, z pastwiska do domu wracająca, i która całą chmurę kurzawy podniosła, że trzeba było przed nią kryć się i uciekać.
W kilka dni potem, wieczorem, w świetlicy Anastazyi wesoło paliła się na stole spora lampa, a pan Apolinary, przed siedzącym w poręczowem krześle p. Cyryakiem na jednej nodze stojąc, sznurek od binokli na palec zakręcał i staremu o rzeczach i stronach widzianych szeroko i długo rozpowiadał.
Nie brakowało mu ani sprytu spostrzegawczego, ani pamięci, ani słów, któremi rzeczy spostrzeżone i zapamiętane dość zajmująco i niekiedy nawet malowniczo lub złośliwie opisywać umiał. Są na świecie umysły, z jednej strony głupie, a z drugiej strony mądre, i pan Apolinary właśnie do nich należał. Tylko co opowiedział był o przecudnej katedrze wileńskiej i odprawiających się w niej wspaniałych celebrach biskupich, a teraz mowę swą sprowadził na ruch i natłok ludzki nadzwyczajny, który na kolejach żelaznych panuje i w drwiący sposób opisywał niektóre z osób, które w dość licznych podróżach swych był spotykał. Pan Cyryak z rękoma na kolanach i głową nieco spuszczoną obfitej mowy gościa słuchał obojętnie, nawet trochę pochmurnie; znać było, że gość zbytnią łaską jego się nie cieszył. Ewka Glindzianka w zamian od ciekawości i podziwu, aż dwoma łokciami na stole się oparła i na dwu dłoniach brodę położyła, a prawie pośrodku świetlicy nieco w cieniu dużego pieca, Anastazya stała tak, jakby stopy jej w sosnową podłogę powrastały. Przedtem nieco krzątała się żwawo po izbie, stół czerwoną serwetą nakrywała i stawiała na nim naczynia rozmaite, ale wśród zajęć tych, nagle, płomię drogę jej zaszło, ogarnęło ją i do miejsca przykuło.
Pan Apolinary opowiadał właśnie o tem, jak pociąg drogi żelaznej raptem do tunelu wjeżdża, a wybiegłszy z jego ciemności, śród cudnych łąk i wzgórzy, pod chmurami, burzą błyskającemi, sam jak piorun szybki lecieć zaczyna, gdy Anastazya, w drodze do kuchenki będąca, stanęła, twarz ze spuszczonemi powiekami nieco odwróciła i obie ręce jej na jasną suknię opadły. Po tej odwróconej i nieco opuszczonej twarzy, po czole, jak marmur gładkiem, po ustach zaledwie widocznym uśmiechem rozwartych i całej postaci nieruchomej, rozlewała się niewymowna i bardzo dziewicza słodycz. Trudno byłoby powiedzieć, czy słowa mówiącego uszu jej dochodziły, czy wsłuchiwała się tylko w dźwięk jego głosu, bo podobną była do malowanych niekiedy na obrazach istot czystych, w muzykę, z górnych stref dolatującą, wsłuchanych z pokorą i zachwyceniem. Wysmuklejszą, niż zwykle, wydawała się w tej chwili, bielszą, przeobrażoną w ducha zachwytu i zadumy. Pan Apolinary tę postawę jej spostrzedz musiał, i to również, że nadawała jej ona pozór niezwykły, bo wciąż przed panem Cyryakiem, to na jednej, to na dwu nogach stojąc, wciąż też rzucał ku niej oczyma, które przytem silnie błyskały, i trwało to czas dość długi, aż do świetlicy weszła Łucya, i rapsod pana Apolinarego, zarówno jak ekstazę Anastazyi, przerwała wieczerza, którą w dwóch białych i parą buchających miskach na stole umieściła.
Ewka Glindzianka, wcale ładna, bladawa brunetka, z czarnemi oczyma, w których miłość nieszczęśliwa smętkiem się osiedliła, ale też i z wargami czerwonemi, które na przekór smętkowi, skłonności do gadania i śmiechu nie traciły, jako podufała przyjaciółka Naści, wnet po wieczerzy wyjęła z komody tabakierkę dziaduniową, nakręciła ją i dla lepszego rezonansu, na szklance postawiła, poczem zaraz instrumencik poloneza swego wygrywać począł.
Wieczór wrześniowy patrzał w okna świetlicy wielkiem okiem zimnego księżyca. Na stole, obok lampy, plastr miodu ociekał w misie patoką, jak roztopiony karmel przeźroczystą. Od okna zalatywała woń lewkonii kwitnącej w wazoniku i łączyła się z zapachem miodu. Kiedy zaś, w te wonie i w zimne, ale jasne światło niebieskiego oka, tabakierka dziaduniowa po ukończeniu poloneza posypała szklane dźwięki niby sentymentalnego, a niby skocznego walczyka, pan Apolinary, ni ztąd z owąd, ruchem obcesowym obok Anastazyi usiadł.
Pierwszy to raz instrumencik ten widział on i słyszał, a na koncerty, o których często opowiadał, niepomny, ogromnie się nim zaciekawił i zachwycił.
— Zadziwia mię — mówił — że taką delikatną i milutką muzyczkę w Tuczyńcach usłyszeć mogę!
Trochę obcesowo przy Anastazyi usiadłszy, szafirowe oczy swe przez chwilę w twarz jej wlepiał, aż znowu ruchem nieco nagłym z miejsca się porwał i z ukłonem poprosił, aby choć trochę potańczyć z nim chciała.
— Niechże ja z tą pamiątką strony tutejsze opuszczę, że panna Anastazya, z nikim nigdy nie tańcząca, mnie jednemu honor ten uczyniła!
Gdy mówił to, oczy jego, płonące jak żarzewia, na twarzy dziewczyny gorący rumieniec zapaliły. Chciała tłómaczyć się, odmawiać, ale mocy wzroku jego ulegając, powstała, a on ramieniem ją otoczywszy, zakręcił się z nią po świetlicy. Okazało się, że nie z przyczyny nieumiejętności w tańcach, w igrzyskach udziału nie brali, bo tańczyli zgrabnie, lekko, zaledwie ziemi końcami palców dotykając, przyczem perkalowa jej suknia powiewała, jak ciche, jasne skrzydło, a jego włosy podlatywały mu nad głową, jak ciemna i gęsta grzywa. We drzwiach bokówki stara Łucya stała z rękoma po łokcie obnażonemi i szerokim uśmiechem na bezzębnych ustach, pan Cyryak, wodząc za młodą parą oczyma, szeroką ręką raz po raz głaskał sobie siwe włosy, a wyraz ukontentowania rozsunął i wygładził mu zjeżone zazwyczaj krzaki brwi i wąsów, Ewka zaś, z ukontentowania aż podskakując na siedzeniu, w samo ucho mi szeptała:
— Że z tego wyniknie coś, to wyniknie, a ja to pewnie najmniej dziwować się temu będę!
— Cóż, kiedy pan Apolinary w tych dniach już odjeżdża!
— Oj, odjeżdża on, odjeżdża i odjechać nie może. Już najmniej tydzień minął, jak mu bracia pieniądze wypłacili, a wszakoż nie pojechał jeszcze...
— Kochanie trzyma!
— Aha! Kogo ono pod panowanie swoje weźmie, to już i trzyma! Ja temu najmniej zaprzeczać będę.
Potem uczyniła cicho kilka uwag nad tańczącą parą. Pan Apolinary był, według zdania jej, mężczyzną pięknym, polerownym i górnie myślącym, a Anastazya od wszystkich panien w Tuczyńcach jakąś inszą...
W kilka dni potem, pewnego ranka tak wczesnego, że mieszkańcy okolicy jeszcze spali, pan Apolinary Tuczyńce opuścił.
— Bez pożegnania się z Naścią wyjechał — ze zdziwieniem wielkiem opowiadała Ewka. — Jeszcze wczoraj caluteńki wieczór u niej przesiedział, o odjeździe ani wspominając, a dziś Salka Piszczałkówna do Naści przyleciała i odrazu we drzwiach krzyknęła: «Już pan Apolinary za dziewięciu górami i siedmiu mostami się znajduje! Już godzin z pięć będzie, jak go brat swoim koniem do kolei żelaznej powiózł!»
— Cóż Naścia na to?
— A nic. Żeby pani ją wtenczas widziała, toby tak jak ja zdziwioną była. Jak z głazu, jak z marmuru. Blada zrobiła się, jak ten papier, ale okiem nie mrugnęła, głosu z siebie nie wydała i nawet z tego snopka lnu, który w ręku trzymała, żadne ździebełko nie wypadło. Wiedziała dobrze, po co to i na co Salka przyleciała, aby nowinę tę jej zwiastować, tedy wymijając ją, rzekła tylko: «Niechaj mu Pan Bóg szczęśliwą podróż daje!» Salka zaś wnet z drwiącą miną: «Czy już po zaręczynach?...» A ona bez nijakiego gniewu i bez żartobliwości ręce jej swoje pokazuje: »Widzisz, że zaręczynowego pierścienia na ręku nie mam!» I jakby się cale nic nie zdarzyło, dalej sobie snopki lnu przed dom, na słońce wystawia. Piszczałkówna jak zmyta poszła, bo miała nadzieję łzy obaczyć, lub skargi usłyszeć i po całej okolicy na języku je roznieść. Pani może nie wie o tem, że Piszczałkowie sobie, a Mrukowie sobie, ile tylko sił mają, to za pana Apolinarego Naściną sławę drą i szarpią.
Nigdy jej oni darować tego nie mogli, że na świat przyszła, tedy okoliczność dobrą tera do pomsty znalazłszy, po całej okolicy roznoszą, że to romans jest, nieprzystojność, bezbożeństwo, grzech jawny!... Jak na Hamana, tak krzyczą na nią, a są tacy, którzy, wysłuchawszy ich, wierzą i też napadają...
— A Naścia wie o tem?
— Oj! oj! i jak wie! Sama jej dla przestrogi i aby ostrożną była, opowiadałam!
— I cóż?
— Wstyd ją wielki ogarnia, że na widowisko takie przed ludźmi stanęła. Nie wyrzeka przecież na nikogo i żadnych klątew przeciw nikomu nie wymawia; raz tylko zapłakała przede mną: «Przez to ja im zawiniłam, mówi, że na świat przyszłam. Ach, jakżebym żądała z oczu ludziom zejść i żeby mię Pan Bóg przed nimi skrzydłem swem osłonił! Tylko nie wiem, jakim sposobem dokonaćby tego można!»
— Ja jej na to: «Jak za pana Apolinarego wyjdziesz, to miłym stryjkom z oczu zejdziesz, a mąż cię cale do inszych ludzi zawiezie!» Ona zaś z niecierpliwością: «Ja nijakich ludzi nie chcę!» Wtenczas śmiech mię ogarnął i mówię do niej: «A no, z jednym człowiekiem, to już pewnie całe życie przebywaćbyś chciała!» A ona, tak odwracając się ode mnie, że ledwiem jej twarz postrzedz mogła, cichuteńko: «Cale nie wiem, czy onby żądanie to podzielał, gdybym je miała!»
Ewka mówiła prawdę. Pan Apolinary nic pewnego Naści nie powiedział, bez pożegnania się z nią odjechał, a ona to obojętności jego dla niej przypisała. W tygodni parę potem ją zobaczywszy, aż dziwiłam się — tak była zmienioną. Trudno byłoby uwierzyć, że to ta sama wesoła Naścia, która z panem Apolinarym lubaszki z drzewa otrząsała i przy muzyce dziaduniowej tabakierki walczyka tańczyła. Zmizerniała, pożółkła, w oczach przygasła, na ustach pobladła, przez czoło szła jej znowu pręga cieniutkiej zmarszczki. Znać było, że ból w nią ugodził i że tając się z nim, jak z grzechem, serce własne, jak skryty sztylet, w sobie nosiła.
Jesień już była nadeszła późna i posępna; ciemne chmury nakształt tucznych zwierząt pełzały po obłokach białawych i mętnych, które kiedy niekiedy otwierały się nieco na błękit niebieski, jakby dla obudzenia tem większej tęsknoty do słońca i do pogody. Pole oddychało chłodnym i zwolna szumiącym wiaterkiem, który resztę uschłych liści strącał ze starych grusz na grzędy, sterczące wysokiemi łodygami malw i georginii, a ostatnie kwiaty z łodyg tych opadłe, od przymrozków poczerniałe, tarzały się po wilgotnej ziemi. Osypywały też chwilami liście uschłe, jak rzadki, bujny deszcz, deski do budowy jakiejś przysposobione, na których, niby na zboczu pagórka z żółtych drewien ułożonego, siedziała Anastazya. Skurczona, przygarbiona, plecy i głowę okrywała długą chustą tak szczelnie, że widać było tylko oczy jej zapatrzone w daleką przestrzeń z zadumą, od której źrenice nabierały wielkiej głębokości i smutnych świateł na dnie.
Kiedy usiadłam przy niej, uprzejmie, ale w milczeniu mię powitała i po chwili dopiero rzekła, że o dziadunia bardzo jest niespokojna, ponieważ słabym czuł się wczoraj, a i dziś, przeciw zwyczajowi swemu, coraz sobie potrosze przylegiwa. Już też i biegała dziś do niego razy ze trzy, a gdy ściemnieje, pobiegnie znowu, aby wieczór z nim przepędzić, albo i na noc, dla usłużenia mu w razie potrzeby, przy nim pozostać. Gdy mówiła to, łzy do oczu jej nabiegały i staczały się na szarą chustkę, którą sobie część twarzy zasłaniała.
— Już tak modlę się, tak z całej siły modlę się, aby Ojciec niebieski dziaduńka mi zachował. Strach aż do kości mię przemraża, gdy pomyślę, że z nim to samo stać się może, co się stało z babuńką. Sama jedna jestem na świecie, jak ten kłos na zżętej niwie, i on tylko jeden ma dla mnie serce miłujące. Ja go też nad życie, nad wszystko miłuję, i gdybym go utraciła, to już i nie wiem, jakbym żyć zdołała na tym zimnym, wrogim i takim zmiennym, zmiennym, niczego niepewnym świecie!
Strach i smutek istotnie przemrażać ją musiał aż do kości, bo w dużej chuście swej drżeć zaczęła i otulać się nią, jakby przed mrozem, chociaż pomimo chmur i wilgotności w powietrzu rozlanej zimno nie było cale.
— Dlaczego w domu nie siedzisz? Tam cieplej...
— Tam ciemniej jeszcze, niż tutaj. A roboty nijakiej dziś jąć nie mogę, bo ręce mam jak z drewna i serce jak nieżywe...
— Smętno dziś tobie słońce świeci?
— Słońca dziś cale niema. Sama tylko pochmurność jest na niebie i na ziemi.
Potem, z za chustki, którą się otulała, z cicha mówić i skarżyć się zaczęła.
— Dzień dniu nierówny... tygodnie i godziny niejednakie... słońce różnie świeci, to wesoło, to smętnie, a podczas to i cale przed oczyma się ukrywa — i serce tak samo, to ku szczęśliwości rajskiej podlatuje, to w ciemność smętków okropnych upada... Czemu to Pan Bóg tak świat stworzył, że wszystko na nim jest jako mgła rozwiewająca się, jako wiatr przelatujący?...
Oczy jej nabrały wyrazu osłupiałości i zakołysała się w strony obie. Niby wiew otchłani niezgłębionej, pochwiała nią w ten sposób myśl o wiekuistej nietrwałości i zmienności rzeczy tego świata.
Słusznie dziadunio mówi, że wczoraj palcem nie zatrzymasz, że dzięcioł jest pstry, ale życie ludzkie pstrzejsze...

— A przypomnij sobie, Naściu, te wiersze, które pewnie na pamięć umiesz, tyleś razy dziaduniowi je czytała:

Morze nie stoi nigdy, zawżdy płynie,
Teraz kędzieże ustrzępi, w godzinie
Dnem wzgórę stanie, a ogromne wały
Wysokich będą obłoków sięgały...

Co tam potem następuje? nie pamiętasz?
Gdy to mówiłam, lekki wiatr szemrał w gruszy i strząsnął z niej garść liści, które rozproszyły się po deskach i u samych stóp naszych szły czas jakiś, z suchym szelestem drżąc i podskakując. Razem z szeleszczącymi u stóp jej liśćmi, Naścia zaszeptała:

Nic wiecznego na świecie,
Radość się z troską plecie,
A kiedy jedna weźmie moc najwiętszą,
Wtenczas masz ujrzeć odmianę najprędszą...

— A widzisz! Odmianę! W tem smętek, ale też w tem i pocieszenie się ukrywa. I tobie, po dniu pochmurnym, nie jeden raz jeszcze słońce wesoło zaświeci...
Z jej oczu bujne krople padały przy tych słowach na szarą chustkę.
— Żeby tylko dziaduńko wyzdrowiał! — szepnęła — żeby tylko on wyzdrowiał! jużbym wszystko insze na samym spodzie serca pogrzebała i mogiłkę tę z pokorą nosiła przez całe życie...
Ostatnie słowa wymawiając, wyprostowała się tak nagle, że aż chustka z głowy jej opadła, i z uwagą nadzwyczajną przypatrywać się jęła drodze polnej, która z za opadłych z liścia berberysów wyraźnie stąd widzieć się dawała. Aż wyprężyła się cała nakształt struny, wzrok do ostatka wytężony w drogę tę wlepiając. Z pozoru wszakoż nic się osobliwego na drodze tej nie działo. Wytoczył tylko się na nią z za lasku wóz w jednego konia zaprzężony, a na nim oprócz woźnicy w chłopskich sukniach, siedziała kobieta po miejsku ubrana, w czerni cała, w czarnej chusteczce pod brodę związanej na czepku, który białem obrzeżeniem twarz jej zasłaniał.
Kiedy wóz tak blizko berberysów się znalazł, że wyraźnie dostrzedz było można czarną chusteczkę na głowie jadącej kobiety i dobywający się z pod niej rąbek białego czepka, Anastazya rękoma splasnęła i z nadzwyczajnym wybuchem głosu zawołała:
— Józefa! Józefa jedzie!
Porwała się z desek i jak strzała ku bramie podwórka, a za nią, ku drodze, którą się wóz toczył, pobiegła, szarą chustę na deskach ostawiając i w czerwonej bluzce swej tak szybko biegnąc, że się aż włosy jej, jak złote skrzydła za nią rozwiewały, gdy zaś tak biegła, niedaleko za bramą spotkała się z idącym ku jej domostwu panem Cyryakiem. W ciepłą kapotę ubrał się pan Cyryak i dużą czapę baranią na głowie miał, ale choć na twarzy zmieniony był nieco, szedł i plecy wyprostowywał krzepko.
— Dziaduńko zdrów! — z radością krzyknęła i do rąk mu przypadła.
— Jako rydz w lesie, albo szczupak w Niemnie — śmiejąc się, odpowiedział. — Tylkom sobie dziś jeszcze poleżał trochę i wnet na siłach się poczułem, aby do ciebie pójść...
— Chwała Bogu! Chwała Bogu!
Miłośnie patrząc mu w twarz, śpiesznie mówiła:
— Niechże dziaduńko będzie łaskaw co prędzej do domu wejdzie, aby się nie zaziębić, a ja polecę Józefę do nas zaprosić, aby jej przypadkiem kto inny nie porwał.
W starym na dźwięk imienia, przez wnuczkę wymienionego, zmiana zaszła. Ucieszył się widocznie, krzakami brwi zakołysał i w kierunek przez Naścię ukazywany spoglądając, zawołał:
— Jedzie! Słusznie mówisz! To ona! Leć-że co żywo! Zaproś, a przyprowadź!
Naścia też daleko już była, ku toczącemu się zwolna wozowi co tchu biegnąc i wołając:
— Poczekajcie! stańcie na minutkę! poczekajcie!
A pan Cyryak obrócił ku mnie twarz, którą zaduma dziwna, bo jasna bardzo, przyoblekła, i głos drżał mu trochę, gdy mówić począł:
— Znowuż tedy błogosławieństwo Boskie razem z nią na okolicę naszą spływa! Bo jako Magdalena, na puszczy pokutująca, tak ona świętą jest, i jako celnikowi temu, który ze skruchą w piersi bił się, grzech popełniony, chociaż i ciężki, dawno już pewnie Bóg miłosierny odpuścić jej raczył...
— Grzech? — powtórzyłam. — Ona wygląda tak niewinnie i słodko, żem nigdy w to gadanie ludzkie o jej grzechu uwierzyć nie mogła.
Pan Cyryak na to uśmiechnął się tylko pod krzaczastymi wąsami, głową wstrząsnął i z cicha wymówił:
— Bóg jeden ludzkich serc i losów świadom! Bóg jeden wie wszystko! A tego, co ja o tej świętej wiem, mówić mi się nie godzi!
Tymczasem, pośród drogi, rozegrywać się poczęła scena tłumna, a z pod bramy obejścia Anastazyi we wszystkich szczegółach swych widzialna. Nie sama tylko Anastazya wóz z siedzącą na nim kobietą dostrzegła, lecz dostrzegło go również z daleka wielu wsi tej mieszkańców, którzy też, z podwórek i ogrodów, z za stodół i płotów wyskoczywszy, tak samo, jak ona, tylko z przeciwnej strony biedz zaczęli.
Kobiety i mężczyźni, podrostki i drobne dzieci, sporym tłumikiem wóz otoczyli i rozległ się tam pogwar głosów, które wszakoż jakie słowa wymawiały, nie słychać tu było, a tylko ze wszystkiego miarkować się dawało, że kobieta przybywająca gościem tu była pożądanym i czczonym niezmiernie, że też ją każda ze zbiegowiska tego osoba, z naleganiem i prośbami, do siebie zapraszać i ciągnąć usiłowała. Już nawet z tej przyczyny powstawać poczynały współzawodnictwa zazdrosne i sprzeczki; głosy, kobiece zwłaszcza, na sile wzmagały się i zaostrzały; mężczyzna jakiś, rozgniewaną snadź pięścią popchnięty, z tłumu, jak z procy wypadł i tak się zatoczył, że mu aż czapka z głowy na świeżo zorany zagon upadła.
Trwało tak minut z kilka, gdy nagle zbiegowisko zachwiało się, nieco rozpierzchło, z pstrego zaś wnętrza jego dobył się najpierw łeb koński, a potem cała postać kasztanowatego konika z grzywą konopiastą, którego Anastazya, za uzdę trzymając, z szerokiej drogi polnej na dróżkę ku domostwu jej wiodącą, skierowała. Teraz posępności, ani chłodu, ani strachu snadź nie czuła. Od walki, którą we wnętrzu zbiegowiska stoczyć musiała, rumieńce ogniste na policzkach jej osiadły, oczy błyszczały, jak brylanty, a kibić wyprostowana, głowa podniesiona i ruch ręki, z jakim konika prowadziła za sobą, objawiały niezwyczajną energię i tryumf.
Ona i konik dość daleko jeszcze od domostwa się znajdowali, kiedy pan Cyryak czapkę baranią zdjął i z siwymi tylko włosami na odkrytej głowie, a z czapką w ręku, w postawie uszanowanie głębokie objawiającej, u bramy na gościa oczekiwał. Po chwili gość ten wjeżdżał już w bramę. Za dziewczyną w czerwonej bluzce i złotych włosach, rozpromienioną i tryumfującą, za kasztankiem z konopiastą grzywą, za woźnicą w szarą siermięgę ubranym, przez bramę i podwórko, po tle zmroku, którego pierwszy woal na świat zapadać poczynał, przesunął się profil kobiety, jeszcze dość młodej, białym obrąbkiem czepka otoczony, przywiędły, blady i tak delikatny, jakby go ktoś piórkiem z anielskiego skrzydła wyjętem narysował. Oczy miała duże, ciemne, nalane ogniem i miodem, a na pobladłym koralu ust jej spoczywał uśmiech, który do myśli przywodził rany głęboko we wnętrzu człowieka bolące i zarazem te maście cudowne, co do gojenia ran wszelakich służą.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.