Anastazya/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Anastazya
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Przed kilku laty, dawno już! — może przed ośmiu czy dziewięciu laty — zaszedł był w Tuczyńcach wypadek pamiętny i ważny. W tej porze roku, która latem już być przestaje, a jesienią jeszcze nie jest, kiedy pola są już nagie, a stodoły pełne, u samego wjazdu do okolicy, przed pierwszem jej domostwem stanął wóz, który wkrótce po ukazaniu się otoczyła znaczna liczba ludzi.
Na wozie znajdowała się kobieta w czarnej odzieży, w czarnej chustce, związanej pod brodą, a z pod której dobył się rąbek białego czepka. Brunetka z cerą bladawą i dużemi, ciemnemi oczyma, stojący na wozie kuferek sporej wielkości otworzywszy, mnóstwo rzeczy rozmaitych wyjmować z niego, ludziom ukazywać i sprzedawać, a uboższym lub niedoroslym to i wprost w podarunku rozdawać poczęła. Im dłużej wóz stał, tem więcej dokoła niego zbierało się ludzi wszelkich: kobiet, mężczyzn, pacholąt i dzieci. Niejeden, uwiadomiony o tem, kto to przyjechał i po co, pług albo bronę na dalekim zagonie porzucał i przychodził, kobiety zaś prawie wszystkie przybiegły z tem, co która w ręku przy pracy trzymała, tedy z miotłą czy warząchwią, z łopatą do sadzenia w piec chleba służącą, z nożem do oskrobywania kartofli, z nożycami do krajania płótna, czy sukna. I jak zwykle na targowiskach wszelkich bywa, podniosła się tam wrzawa zapytań, żądań, wykrzykników, sprzeczek pomiędzy tymi, którym się jeden i ten sam przedmiot był upodobał. Różne głosy mówiły, wołały:
— »Złoty Ołtarzyk!« O, Jezu! jak ładnie oprawny! Z krzyżykiem złoconym na wierzchu!...
— »Cicha Łza« ze złotnymi brzegami... taka maluśka, zgrabna!
— Za »Naśladowanie Pana Jezusa« ile chcecie?
— Elementarzyki też są! Widzisz Józik, jakie litery piękne. Kupić ci elementarzyk? a?
— A na spodzie co się takiego najduje? Wiersze! To ja sobie, dla pocieszenia serca, o wiersze te upraszam!
— »Kropla wody!« »Ziarnko soli!« »Sad przy chacie!« Ciekawość! ciekawość!
— Mamo! czy mama widzi: »Stara Baśń!» Jak jabym tej książeczki żądała! jakbym żądała!
— Spytaj się, czy ociec kupić pozwoli?
— A no, kupcie sobie, kupcie tę »Baśń«, bo i powiedzianem jest nawet, że bajki babom!
Dzieci zaś i młode dziewczęta na wyścigi wykrzykiwały:
— Aj! aj! medaliki srybrne! krzyżyki! obrazki! Najświętsza Panna Ostrobramska! Najświętsza Panna Częstochowska! Święty Józef z leliją! Święta Jadwiga w kwiecie różanym! Święta Cecylia przy organach!
Wśród pogwaru i hałasiku tego, kobieta stała na wozie i to pochylała nad skrzynią, to wyprostowywała i ku ludziom otaczającym w jedną stronę i w drugą nakłaniała postać delikatną, a tak zgrabną, jakby każde poruszenie jej nie poruszeniem ciała ludzkiego było, lecz tonem, dobywającym się z muzycznego akordu, zaś twarz jej, gładkiemi pasmami czarnych włosów i białym rąbkiem czepka otoczona, w blasku jesiennego słońca tak wyglądała, jakby była z opłatka wykrojoną; usta jej były jak blade korale, a w ciemnych oczach paliły się dwie jasno gorejące świece.
Słońce jesienne, z czystego błękitu niebieskiego nad ziemią świecąc, łagodną złocistość rozlewało na pola szerokie, na domostwa, rozrzucone w ogrodach i wstęgi dymów posyłające ku błękitnemu niebu, na pstrą gromadę ludzi, zgromadzonych dokoła wozu z gniadym koniem chłopskim, i na kobietę, która w czarnej odzieży, na wozie stojąc, nad gwarliwą i ruchliwą gromadą tą górowała. Jak to słońce jesienne ogrzewało, ale nie parzyło, oświecało, ale nie oślepiało, tak też i ona ogrzewała nie parząc i nie oślepiając jaśniała, chociaż i trudno byłoby powiedzieć, na czem ciepło i jasność bijące od niej zależały. Mało jeszcze znając tych ludzi, do których przybyła, rzadko i z potrzeby tylko przemawiała do nich, ale ile razy tylko otworzyła usta, w sam raz zawsze utrafiała do sposobu mówienia i szlacheckiego wogóle, i w szczególności tego człowieka, ku któremu mowę swą obracała. Możnaby pomyśleć, że w głowy ludzkie spogląda i widzi, jakie tam powstają wyrazy i w jaki szyk się układają, że też serca ludzkie przenikając, wie czego każda z nich potrzebuje: powagi czy żartu, pobożnego westchnienia czy rozweselającego, lub też litościwego uśmiechu. Podobała się też od razu wszystkim i wszystkie oczy do niej lgnęły.
Wszakoż, ktoś z pośród zgromadzonych, zdaje się Człowieczek, wielce zawsze o prawność wszelaką dbający, a z przyczyny wiecznie toczonych procesów w trwożliwość i podejrzliwość wprawiony, zapytał ją: kto jest taka? czy przypadkiem bytność jej w Tuczyńcach kłopotów i biedy ludziom nie sprawi? Wtenczas ona pokazała paszport swój, bardzo regularnie napisany i potwierdzony, jako też i pozwolenie cale takie, jakiem być powinno, na sprzedawanie po wsiach i miasteczkach książek do nabożeństwa, medalików i krzyżyków poświęconych, obrazków świętych, różańców, szkaplerzy.
W paszporcie stało nazwisko, które wszystkim nieco dziwnem się wydało, bo brzmienie miało cudzoziemskie. Tedy spytali się jej, jaką wiarę wyznaje, a gdy rzekła, że tę samą co i oni, milczeli chwilę dumając, i nad sprzecznością jakąś, którą postrzegli, głowami kiwając. Dlatego też, Nawróciciel, człek w całej okolicy największej powagi używający i bystre oko trzymający zawsze na wszystkich jej sprawach, znowuż zapytał: Kto ona taka? Jakiego stanu i zatrudnienia jest? I dla jakiej przyczyny, nazwisko takie mając, spólną z nimi wiarę i mowę posiada? Ona, zapytań tych słuchając, zarumieniła się, jak obłok na zachodzie, ze spuszczonemi oczyma stała przez moment nieporuszona, a na całej jej twarzy odmalował się smętek niewymowny. Potem przecież podniosła głowę i ani hardo ani pokornie, tonem zwyczajnym, a tylko z uprzejmym uśmiechem rzekła:
— Sługą Boską i ludzką jestem. Służyć żądam duszom waszym, aby modlitwę i naukę ułatwioną miały, a przytem, jako majątku pozbawiona, zarobku w tem sobie szukam.
Nic tedy wyraźnego na zapytania nie odpowiedziała, ale że serca i oczy ludzkie, jak mucha do miodu lub pszczoła do kwiatu, do niej lgnęły, tedy nikt już więcej o nic jej nie zapytywał, a Nawróciciel, czapkę z głowy zdjąwszy, z uszanowaniem ją do domu swego, na wieczerzę i nocleg zaprosił.
W sam też czas, bo po ukończonych już robotach rolnych, szafarka ta niespodziewana tu przybyła i w sam czas, bo przed długą i ciemną zimą, roznieciła nad Tuczyńcami swoją pochodnię.
Radzi byli ludzie niewypowiedzianie temu co przywiozła, a ku niej samej uszanowanie uczuwali, bo pomimo odzieży prawie ubogiej i mowy w sam raz w ich mowę utrafiającej, pomimo, też, że w jadle ich zdawała się smakować, a siedliska ich niebogate upodobanie i jakąściś nawet cichą radość w niej obudzały, wydawała się im wciąż osobą z wyższego stanu pochodzącą i edukowaną. Ręce miała, chociaż i ogorzałe, ale drobne, cienkie w palcach i z delikatną skórą, a przy każdem poruszeniu wielką układność i gracyę, które tylko niewiasty z wyższych rodów znamionować zwykły. Było w niej przytem, czy to dla szczupłości kibici, czy dla rumieńców częstych, czy dla słodyczy głosu i spojrzenia, coś tak panieńskiego, że lubo nie wiedząc czy zamężną jest, albo niezamężną, Tuczynowie panną Józefą, lub po prostu panienką, nazywać ją poczęli. Jej zaś te tytuły za każdym razem rumieńcami bladą twarz oblewały, aż nie wytrzymała i poprosiła:
— Nie nazywajcie mię, proszę, panną Józefą, ani panienką ale tylko wprost Józefą. Jestem sługą Boską i ludzką, nazywam się Józefa, i oto już wszystkie godności moje i tytuły.
Zagroziła nawet, że jeśli tej prośby jej nie spełnią, nigdy już do Tuczyniec nie przyjedzie. Chcąc nie chcąc tedy, musieli nazywać ją Józefą i mówić jej »ty«, co zresztą trudności wielkiej nie sprawiło, bo krom delikatnej postaci i tej muzyki jakiejś, która z poruszeń jej dobywać się zdawała, wielmożności nijakiej czuć w niej nie było. Korzyści zaś z tej najpierwszej bytności jej w Tuczyńcach okazały się znaczne. W domu Nawróciciela ze trzy doby przepędziwszy, żonę jego białymi proszkami wyleczyła od febry i dwóch sąsiadów, w kłótni z sobą będących, pogodziła. Bo nie tylko tych proszków białych i inszych nieco woziła z sobą, ale też rozum przenikliwy, wymowę znaczną i wiadomość dobrą tego, na co Boskie i ludzkie prawa pozwalają lub nie pozwalają. Tedy jak zaczęła sąsiadom zwaśnionym przekładać: co godzi się i co nie godzi, w czem krzywda jest, a w czem jej niema, że choćby krzywda i była, darować ją należy, jakie gorzkie skutki wynikają z kłótni ustawnych, a jaki owoc słodki rodzi zgoda braterska, to niewiadomo było, czy to ksiądz mówi, czy mędrzec jaki dla nawracania ludzi z nieba przysłany, czy anioł, który z dzbanem oliwy i miodu pełnym na ten świat zleciał, ale kamienne chyba serce miałby, ktoby przekonywaniom tym, z ust takich wychodzącym, nie uwierzył i ich nie usłuchał. Niektórzy, to nawet mówienia jej bez płaczu słuchać nie mogli.
Kiedy po trzech dniach odjeżdżała, wszyscy daleko za wieś ją przeprowadzali i prosili, aby znowu jak najrychlej nawiedziła Tuczyńce. Z ukontentowaniem przyrzekła, że nawiedzi, ale aż za rok.
— Przez kilka miesięcy — rzekła — jeździć będę po różnych wioskach i okolicach, tak jakem do was przyjechała, potem, w miasteczku tem, w którem stałe siedlisko sobie obrałam, potrzebną będę, a potem, gdy z łaską Bożą zdejmiecie z pola, a czasu i pieniędzy brakować po wsiach nie będzie, znowuż jeździć zacznę i do was przyjadę.
Gdy ostatecznie już na wóz siadać miała, niektórzy, kobiety i dzieci osobliwie, rzuciły się w ręce ją całować. Ale ona za nic się temu nie dała, i jakby temi oznakami cześci do wyznania przymuszona, rzekła:
— Nie okazujcie mi czci takiej, bom jej niegodna: grzesznicą pokutującą jestem. Grzech srogi w pierwszej młodości swej popełniłam, a mówię to wam dlatego, abyście nie poczytywali mnie za taką, jaką nie jestem. Służyć wam żądam, a tem służeniem przebłagać Boga i tę spólną ziemię naszą, którą obraziłam srodze. Ostawajcie zdrowi! Żyjcie z Bogiem i po Bożemu! Za rok, jeżeli żyć będę, przyjadę znowu.
Nawróciciel odwiózł ją sam parokonną bryczką do Jaśmontów, okolicy o małą milę od Tuczyniec oddalonej, a potem to już na cały rok wszelka wieść o niej przepadła. Tylko gdy długie wieczory zimowe nastały i ludziom pamiątki przez nią ostawione często przed oczy nasuwać się poczęły, wspominali ją nieraz z lubością wielką, niby anioła, który przeleciał, szary pomrok życia powszedniego smugą świetlistą przerznął — i zniknął.
Baby to nawet i zaczęły już były prawić a przepowiadać, że tu nigdy już nie przyjedzie, bo żadną Józefą, niewiastą z ciałem i kośćmi po świecie chodzącą, nie była, lecz świętą jakąś, przez łzy i męczarnie ludzi biednych u Boga ubłaganą i z nieba zeszłą. I gdyby Józefa, zmarłszy lub drogę życia odmieniwszy, istotnie nigdy już potem do Tuczyniec nie przyjechała, ani chybi uformowałaby się legenda o objawieniu się w Tuczyńcach i różnych wsiach innych świętej Pańskiej, ze srebrnym rąbkiem aureoli nad twarzą, jakby z poświęconego opłatka wykrojoną.
Przyjechała przecież, w jesieni następnej, i wtedy to spotkała się z panem Cyryakiem, który za pierwszą jej tu bytnością podróż niedaleką za interesem odbywając, w okolicy nieobecnym był i jej nie widział. Spotkali się z sobą w domu Nawróciciela, u którego znowu gościła, a do którego pan Cyryak przyszedł umyślnie, aby ją obaczyć, a obaczywszy, stanął jak w ziemię wryty, z taką miną jakby oczom własnym wierzyć nie chciał. Ona też, spojrzawszy na niego, swoim zwyczajem zarumieniła się na twarzy i parę kroków ku drzwiom uczyniła jakby przed nim zapragnęła skryć się, ale wprędce rozmyśliwszy się, postąpiła naprzeciw niego i rzekła:
— My z panem, panie Tuczyna, dawni znajomi...
On ręce jej schwycił i, chociaż broniła się, długo je całował, trzęsącym się głosem mówiąc:
— Nad wszelkie spodziewanie swoje ja tu panią obaczyłem! Jakim sposobem? Dla jakiej przyczyny?...
Poprosiła go, aby z nią do bokówki udał się, bo jako staremu znajomemu, chce mu wiele rzeczy opowiedzieć, a kiedy po tej rozmowie sam na sam, dość długiej, z bokówki razem wyszli, jej twarz okazała się zapłakaną, a ręce pana Cyryaka, acz duże i silne, od jakiegoś wnętrznego wzruszenia jako liście przez wiatr miotane latały. Ludzie w pierwszym momencie sposobnym szturm do pana Cyryaka przypuścili, tego, co on wiedział dowiedzieć się usiłując.
Żaden ukamienowany męczennik tylu kamieniami ugodzony nie był, ile go wtenczas zapytań osypało. Wszakoż nic mówić nie chciał i po czasie dość długim tyle tylko powiedział, że u ojca Józefy, bogatego obywatela, dość długo na obowiązku będąc, znał ją panną młodziuchną i śliczną, wysoko edukowaną i posażną, że potem z oczu cale ją stracił i teraz dopiero dowiedział się od niej samej wielu rzeczy, których rozpowiadać nie ma prawa, ani ochoty. To tylko potwierdzić może, o czem ona sama ludziom mówiła, że grzech ciężki popełniwszy, za pokutę sobie naznaczyła wędrówki tak uciążliwe znosić, a w nich ziemi rodzonej i ludziom ubogim służyć...
— Przez srogie i bardzo bolące ciosy Pan Bóg oczy jej na prawdę, a serce na skruchę otworzył — dodał jeszcze pan Cyryak i więcej nic już cale mówić o Józefie nie chciał.
Ale ludzie niektórzy, nie w ciemię bici, sami domyślali się, jaki to był grzech przez Józefę w pierwszej młodości popełniony, i potrząsali głowami z podziwieniem, nad tem po pierwsze: jak ona go dopuścić się mogła? i nad tem powtóre: jak dopuściwszy się, zdołała potem taką anielską stać się? Nawróciciel raz rzekł, że o tem minionem przewinieniu Józefy ani myśleć, ani tembardziej wspominać nie należy, bo po pierwsze, co było a nie jest nie pisze się w rejestr; powtóre: z największymi świętymi bywało tak, że z okrutnych grzeszników obracali się w świętych; a po trzecie: są na świecie takie interesy, o których każdy roztropny człowiek lubi język swój za zębami trzymać. Tuczynowie prawie zawsze za radą Nawróciciela szli, i tym razem poszli, z początku mówić, a potem i myśleć o tem przestali coraz więcej, każdemu przybywaniu do nich Józefy radzi i w coraz podufalszą znajomość z nią wchodząc.
Bo też niby żywa woda źródlana wytryskiwała z każdych jej nawiedzin na ich życie zacichłe i głuche. Po każdym jej odjeździe czyniło się tak, jakby kto na Tuczyńce rzucił garść rosy i kwiatów. Jak złotna i srebrna rosa świeciły na piersiach dziecinnych medaliki z łaskawem obliczem Najświętszej Panny, co w Częstochowskiej kaplicy jaśnieje, albo Tej, co nad Ostrą Bramą cudami słynie, a w rękach dziewcząt, rozwijały się kielichy róż, lilii, narcyzów, bratków, z malowanego papieru cudnie uczynione, a z każdego kielicha, jakby też cudem, ukazywali się święci i święte, z koronami na głowach, z palmami w ręku, ze strzałami w piersiach, a z twarzami oblanemi taką niebieską słodyczą i miłością, że tylko patrząc na nie, człowiek stawał się pocieszonym i lepszym. W zimowe wieczory zaś, kiedy to sąsiedzi zwykli są zbierać się po świetlicach na pogawędki, opowiadania i różne zabawki, do których podczas i czytanie też należy... Ale o tem dłużej już opowiadać nie trza.
Pewnego roku Józefa wraz po przybyciu swem, z woza jeszcze nie zsiadłszy, życzenie objawiła, aby u Anastazyi zamieszkać. Było to w kilka miesięcy potem, jak Anastazya babkę swą, jedyną samotności swej towarzyszkę utraciła. Dziewczyna wyglądała wtenczas mizernie i żałośnie, tedy Józefa popatrzywszy na nią, a o nieszczęściu jej usłyszawszy, zaraz powiedziała, że do nikogo inszego, tylko do Anastazyi zajedzie i u niej kilka dni przepędzi. Znać też domostwo Anastazyi do serca jej przypadło, bo na rok następny znowu w niem zamieszkała, a teraz Anastazya sama niemal przemocą zabrała ją do siebie. A no, jedni zazdrościli jej, że świętą w domostwie swem posiadać będzie, ale drugich znowu radowało to, że pan Bóg sierotę klejnotem takim przyozdobił i ucieszył.
Od Anastazyi też biła serdeczna, pogodna uciecha.
— Gościa wielkiego mam — oznajmiała: — calutkie trzy dni Józefa u mnie zabawić przyrzekła, a kiedy ona u mnie bawi, to zdaje się, że niczego więcej na świecie mi nie potrzeba.
— Słońce wesoło dziś świeci, Naściu?
Wzrokiem ku górze rzuciła, zaśmiała się, ale potem z namysłem rzekła:
— Nietyle ono wesołe jest, ale pogodne, pogoda cudną jest...
Cudną nie będąc, pogoda, jak na dzień październikowy, była istotnie ładną; blady blask słońca lał się z czystego nieba na procesyę ludzi, nieustannie drogą i ścieżkami ku samotnemu w polu domostwu dążących. Cisza, zazwyczaj domek napełniająca, przemieniła się w gwar jarmarczny.
Świetlicę napełniali ludzie, z których jedni pochylali się nad rozwartym na podłodze kuferkiem Józefy, drudzy obsiadywali dokoła ścian ławki i stołki, zatopieni w rozpatrywaniu przedmiotów, które nabyli już, lub nabyć zamierzali. Nawróciciel przyniósł Józefie w podarunku kosz pięknych rumianych jabłek ze swego ogrodu, a Kwiczołowa przybiegła ze świeżo upieczonym pierogiem, którego powłoka świeciła bronzem pozłacanym, obok czerwonych jabłek. Anastazya zaś śliwki węgierki w koszyku roznosiła pomiędzy gośćmi, podając i zapraszając:
— Jedzcie, bądźcie łaskawi! Kosztujcie, bardzo proszę! Sama te węgierki w sadziku swym wyhodowałam...
I zaraz śpiesznie się poprawiła:
— Z pomocą dziaduńka je wyhodowałam... Spore już drzewka, w tym roku obrodziły... Jedzcie, bądźcie łaskawi, bardzo proszę!
W najpiękniejszej swej sukience z jasnego perkalu, pałała w złotym warkoczu pelargonią, z wazonu uszczkniętą, i usta też miała tak, jak pelargonia, szkarłatem płonące. Żwawo krzątając się, wybiegła do sionki, skąd niebawem wróciła z plastrem miodu na misie, którą obok czerwonych jabłek i bronzowego pieroga postawiła, a znowu wybiegłszy, znowu wróciła, niosąc w jednej ręce biały kubek gliniany, a w drugiej dzbanek napełniony mlekiem. Z kubkiem i dzbankiem znowu krążyć pomiędzy gośćmi zaczęła.
— Może mleka chcecie? Pijcie, bądźcie łaskawi! Świeżuteńkie! od Łyski tej, co to dziaduńko na jarmarku przeszłej jesieni mi kupił.
Gościnną była, uprzejmą i wyglądała jak tylko co rozwinięty kwiat dzikiej róży. Wszakoż były momenty, że zamyślała się i, o gościach zapominając, takie spojrzenia na okno rzucała, jakby coś lub kogoś smętną i tęskliwą myślą goniła po szerokim świecie. Wnet przecież, ku Józefie oczy obracając, oblewała się słodyczą i pogodą.
Józefa siedziała u okna, mleko z białego kubka potrosze pijąc, a gdy światło z podwórza wprost na głowę jej padało, w pasmach czarnych włosów, spokojnie pod białym rąbkiem czepka leżących, ukazywały się gdzieniegdzie nici srebrne. Insze też nitki, zmarszczki cieniutkie, szły po bladawem czole, nie przez wiek późny wyżłobione, lecz może przez te głębokie zadumy, które ukazywały się na jej twarzy wtenczas nawet, gdy uprzejmie, z rozwagą, podczas z żartobliwością przemawiała do ludzi, otaczających ją ciasnem kołem. O kolana jej powspierały się i prawie pokładły się na nich dzieci wzrostów różnych, z uciechą wielką obrazki i medaliki rozglądając, a ona, włosy ich jasne, jak kądziele lniane, lub ciemne, jak dojrzałe owoce kasztanów, głaskała swą podłużną i cienką w palcach ręką. Chwilami, gdy wzrokiem po twarzach otaczających wiodła, gdy się w szmer rozmów życzliwych wsłuchiwała, szczęście tęskliwe nieco, ale niewymowne, świeciło w ciemnych jej źrenicach.
Trwało tak do południa i nieco nawet dłużej, poczem ludzie, zatrudnienia swe mający i uprzykrzonymi też okazać się nie chcąc, nacieszywszy się gościem miłym, nowości się napatrzywszy, to i owo za pieniądze nieduże na własność sobie kupiwszy, rozchodzić się poczęli. Kiedy niekiedy jeszcze, w godzinach popołudniowych, ktoś pojedyńczy przybył, porozmawiał nieco z Józefą, to lub owo z towarów jej kupił — i poszedł sobie, a tymczasem wczesny wieczór jesienny nadchodził, nadszedł, gwiazdami nad ciemną ziemią zaświecił, a w ciemności, nakształt gwiazd ziemskich, zaświeciły na samotnem polu okna domostwa Anastazyi.
Północ zbliżała się, a w oknach tych, przeciw zwyczajowi powszechnie tu panującemu, światła jeszcze nie gasły. Już p. Cyryak o baraniej czapie, z domu wnuczki wyszedłszy, kijem drogę przed sobą ubezpieczając, przesunął się przez ciemności pole zalegające i pośród domostw okolicy zniknął; już i koguty parę razy po północy, na całym szlaku wsi, od placówki do placówki, wartownicze hasła swoje odśpiewały, a okna te błyszczały jeszcze za odartemi z liści gałęźmi grusz i berberysów, do iskier żółtych, na czarną oponę nocy rzuconych podobne. Co tam, za iskrami temi, dwie kobiety tak długo czuwające, czyniły lub mówiły, trudno wiedzieć, ale pewnem się zdaje, że jedna z nich, młodziuchna i niedoświadczona, u starszej i w jakichś losach srogich zmężniałej, czerpała pocieszenie i może tę moc, która istotom malutkim z pozoru udziela przecież skrzydeł szerokich i silnych.
Nazajutrz, Józefa, wedle zwyczaju swego, z samego już rana poszła znajomych swoich w okolicy nawiedzić, a wychodząc, spory worek z towarem i torebkę z lekami z sobą zabrała. Nie dziwnem też było, że do późna nie wracała, wszakoż przed wieczorem, Anastazya tęsknić już po niej i raz w raz na ganek wybiegać poczęła, a pan Cyryak często w okno spoglądał, czy nie przychodzi.
— Podczas straszno mi nieco, aby jej kto nieprzyjemności nijakiej nie wyrządził — do wnuczki mówił. — Delikatne to takie i do grubijaństwa nijakiego nie nawykłe!
Anastazya od zdziwienia aż w dłonie uderzyła.
— Dziaduńku! — zawołała — a czyż taki człowiek żyje na świecie, któryby odważył się grubijaństwo jakie jej wyrządzić?
Stary pod krzakami siwych wąsów nieco szydersko się uśmiechnął.
— Na świecie — rzekł — różne psombraty są, a i w okolicy naszej ich nie brakuje!
Anastazya u kolan dziadka na ziemi przysiadła.
— Dziaduńku, Józefa za młodu bardzo piękną być musiała?
— Była piękną — odpowiedział stary.
— I edukowaną, bogatą?...
— Edukowaną była, jak każde dziecko pańskie, a bogatą to nie tak już niezmiernie, aby aż miliony miała, ale jedynaczka u ojca, majątku cale znacznego była dziedziczką.
— No i co jej na drodze stanęło?
Pan Cyryak milczał chwilę, a potem niechętnie trochę rzekł:
— Kochanie.
Anastazya, ręką twarz podpierając, dumała chwilę.
— To prawda — rzekła z cicha: — w kochaniu zawsze szczęście się mieści, podczas i sroga niedola...
— Kochanie bywa różne, — zaczął dziadek — szczęście, abo nieszczęście przynoszące, niewinne abo grzeszne...
Anastazya, z oczyma ku twarzy jego podniesionemi, z żywością przerwała:
— Czy kochanie Józefy grzeszne było?
Ale tym razem pan Cyryak wstrząsnął się jak oparzony i tak gniewnie, jak prawie nigdy do tej wnuczki swojej nie przemawiał, ofuknął:
— A dajże ty mi pokój z zapytaniami temi! Za język mię ciągniesz i o cudze grzechy wypytujesz! Nie bądź taka ciekawa, bo postarzejesz rychło, a Józefę, i nie wiedząc o niej wszystkiego, czcij jako tę, która się przed Bogiem i ludźmi upokorzywszy, twardą służbę, dobrowolnie na siebie włożoną, pełni! Kto tam wiedzieć może, jaki grzech komu odpuszczonym, abo nieodpuszczonym zostać może? Kto w górze bywał?
Zaledwie pan Cyryak słów dokończył, otwarły się drzwi, i Józefa do świetlicy weszła. Anastazya zerwała się z ziemi i zawołała:
— Że też ja was przez podwórko idącej nie postrzegłam! A tak ciągle, zdaje mi się, baczenie dawałam na okna!
Józefa, głową na powitanie skłoniwszy, nic nie mówiąc, na ławie pod ścianą usiadła, ręce wedle zwyczaju swego na czarnej sukni spokojnie położyła, ale z twarzy jej można było poznać, że nurtowała ją niespokojność jakaś, a nawet boleść. Po minucie dopiero mówić zaczęła:
— Ze złą nowiną przychodzę do was, moi drodzy, a prawdę mówiąc, to i z wymówką także. U Piszczałków, którym nigdy nie działo się dobrze, przez ten rok nędza czarna zapanowała, bo nie tylko zubożeli do reszty, ale jeszcze i straszna choroba po całej familii ich poszła. Z suchot wymierać poczęli...
Anastazya, że ciemno w izbie czynić się już poczynało, lampę na stole zapaliła i, naprzeciw Józefy usiadłszy, nic nie odpowiadając, wpatrzyła się w nią oczyma do głębi zaniepokojonemi. Usta jej ułożyły się przytem w wyraz niezadowolenia i przykrości. Józefa zaś, jakby myśl o Piszczałkach tak w niej wezbrała, że co prędzej chciała ją z siebie wyrzucić, mówiła dalej:
— Chata do reszty zestarzała im i zgniła, przez ściany wiatry wieją i swobodnie sobie po izbach latają; zimno też tam takie panuje, że aż mię trzęsło, a do jedzenia mają niewiele, bo w polu im źle urodziło, a i tego co urodziło z przyczyny choroby nie było zebrać komu...
Tu pan Cyryak poruszył się niecierpliwie na krześle i, pomimo uszanowania, które zawsze Józefie okazywał, z żywością przerwał:
— Ta bieda, w której Piszczałkowie pogrążeni są, bez przyczyny z ich strony pochodzącej nie jest. Nie rusza się trzcina bez wiatru...
Teraz Józefa, z czołem więcej jeszcze niż wpierw zmarszczonem, przerwała:
— Ja nie sędzia, i cale mi nie trza dochodzić, od jakiego wiatru ta trzcina zgięta; to tylko widzę, że zgięta jest aż do samej ziemi. Suchoty po nich poszły: dwoje najstarszych dzieci już na nie zmarło, dwoje choruje i tylko dwoje jeszcze jest zdrowych.
— A bo — znowu mowę jej przebił pan Cyryak — Piszczałka za młodu już próżnującym leniwcem był, na cudze tylko chciwym i takim na zawsze pozostał. Dlatego też bieda u nich wieczna. Co się zaś tycze suchot, to przez chciwość i sknerstwo z jednych dzieci na insze je przeprowadzają. Po pierwszym synie, który na nie zmarł, trza było odzież i insze tam rzeczy spalić. Tak doradzaliśmy wszyscy i sami im to w roku przeszłym mówiliśmy. Nie! Skusiło ich używać tego, co śmiercią zakażone było, a śmierć nie siostra; kto ją do ciała przytuli, tego nie pocałuje pewnie, tylko poźrze...
— Nawpół nagimi są oni już od dawna, — zaczęła znów Józefa — a nagiego człowieka zimno i podczas jeszcze wstyd udręcza, tedy skusili się na zarażoną odzież... Nie widzę ja, aby z tego wynikało, że litować się nad nimi nie trza.
Tu Anastazya, która w czasie rozmowy tej coraz więcej posępniała i na czole dostawała cienkiej pręgi zmarszczki, posępnie też nieco ozwała się:
— Oni także litości nijakiej nie mają, kiedy sławę niewinnych ludzi szarpią i na ostrych językach potwarze nim roznoszą..
Józefa, która dotychczas głównie z panem Cyryakiem rozmawiała, obróciła się cała do Anastazyi:
— Ja też przed tobą dlatego i opowiadam o ich ciężkiej biedzie, że oni ciebie ciężko krzywdzili; gdyby nie to, poszłabym do inszych ludzi o pomoc dla nich prosić, ale czyniąc tak, srożej jeszcze od nich ciebiebym skrzywdziła, bo do pięknego uczynku i wielkiej szczęśliwości dusznej odjęłabym ci sposobność...
Anastazya, z oczyma spuszczonemi, wydętemi usty zaszeptała:
— Oni mię od dzieciństwa nienawidzili, za to jedno tylko, że na świat przyszłam, i srożej jeszcze niż Mrukowie przeciwko mnie się rozjadali. Tak samo i teraz, gdyby tylko mogli, chętnie odarliby mię ze wszystkiego, a nawet ze świata zgładzili...
— A ty, skoro możesz, przyodziej ich za to i od przedwczesnego zejścia ze świata uratuj! — zawołała Józefa, i czarne brwi jej ściągnęły się nad oczyma, które zagorzały, i teraz dopiero poznać można było, że ta bledziuchna kobieta ma w sobie ogień namiętności, który tylko przytłumia zazwyczaj i na służenie Bogu i ludziom przerabia.
Ale i Anastazji ognia tego cale nie brakowało. Ze zmarszczonemi też brwiami i cała w rumieńcu, porywczo rzekła:
— Ja im też dobrodziejstw nijakich świadczyć nie będę!... wstrętliwość tylko i gniew we mnie obudzają.
Pan Cyryak, z rękoma na poręczach krzesła rozłożonemi, głośno sapał. Zawsze tak sapał, gdy czuł się mocno zaalterowanym.
— Naścia słusznie mówi — rzekł po chwili. — Nikt jej tak, jak oni, nie dokuczył, i dla nikogo też ja sam mniejszego szacunku nie wyznaję. Mrukowie jeszcze to choć pracują siarczyście i dzieci po Bożemu wychowują, ale ci drudzy, to już cale, cale są — psombraty!
Po tem przemówieniu pana Cyryaka, w izbie przez kilka minut cisza zupełna panowała, poczem Józefa, zwyczajnym już głosem, jakby nic cale nie zaszło, o różnych rzeczach, tyczących się dzisiejszej wędrówki po okolicy, rozpowiadać jęła. Tych znalazła zdrowych, tamtych chorych, u Nawróciciela obiad jadła, Żelaznemu, że reumatyzm go dręczy, maści aptecznej nieco dała, Człowieczkowi znów perswadowała wytoczenie nowego procesu, ale wyperswadować nie mogąc, na jutro odłożyła robotę około tego mózgu zapalczywego, ale dobrego i poczciwego serca. Tu, zwrotem nieznacznym, znowuż w mowie swej na Piszczałków wjechała. Kiedy pan Cyryak śmiał się z tego, co opowiadała o Człowieczku, a Anastazya, brwi rozmarszczywszy, znowu wpatrywała się w nią jak w święty obraz, mówić poczęła o tem, jako przychodząc dziś do Piszczałków, zaraz już w sieni zobaczyła ich średnią córkę, Martkę, więcej do cienia niż do człowieka podobną, aż słaniającą się od słabości, a od chłodu i wilgoci, które tam panują, aż zsiniałą...
Anastazya głowę pochyliła i zapytała z cicha:
— To Martce tak już źle, że aż się słania?
A Józefa łagodnym tonem rzekła:
— Widać nigdy nie nawiedzasz ich, skoro o tem nie wiedziałaś.
— Co mam nawiedzać, — znowu zachmurzona Naścia odrzekła — kiedy oni na mnie, jak Żydzi na Hamana nastają? Salka sama tu przybiega, ile razy okazyę, aby dokuczyć mi, wynajdzie, ale Martki to już może lat ze dwa nie widziałam, a ona wszakoż daleko lepsza jest od Salki... Cicha taka zawsze była...
— Cieniem z tamtego świata zdaje się być teraz więcej, aniżeli człowiekiem po tym świecie chodzącym. Oczy jej tylko zawsze pięknym szafirem świecą, a włosy takie same, jak u ciebie, złotem płyną około policzków, na których gorączka pieczęcie ognistych rumieńców wypaliła ...
— O, Jezu! — westchnęła Anastazya.
A Józefa mówiła dalej:
— Syn, Stefek, gdy wchodziłam, za piec schował się przedemną, bo przyodziewku nie ma takiego, w którymby mógł przystojnie oczom ludzkim się pokazać, za piecem zaś, w którym nic ani warzyło się, ani piekło, kaszlał tak, że słuchającego bóle zdjąć mogły...
— O, Jezu! — jęknęła znowu Anastazya, a pan Cyryak z posępnością w głosie wyrzekł:
— Dzieci niewinne za grzechy rodziców pokutują.
— Otóż to — potwierdziła Józefa: — niewinne. Dzieci niewinne. Ale i rodzicom niktby doli pozazdrościć nie mógł. Jak z krzyża zdjęci oboje, a sama Piszczałkowa, to choć otyłości pozbyć się nie może, przecież jakby spuchła, jakby żółcią nalana wygląda, i przy każdem wspomnieniu o zmarłych dzieciach płacze, a te, co żyją jeszcze, za ręce, albo za odzież porywa, jakby je od spadnięcia z tej ziemi strzymywać chciała.
— O, Jezu! — wykrzyknęła Anastazya i oczy sobie dłonią przetarła, jakby ze snu przykrego obudzić się pragnąc.
Wtedy Józefa, nie głośno i bez gniewu, przecież z czołem, jakby przez pług w brózdy zoranem, rzekła:
— Imię Pana Jezusa wspominasz, a czy przykazania Jego pełnisz?
Wlepione w nią oczy Anastazyi poczęły zaniepokajać się i mglić wilgocią. Głowę nizko pochyliła i jęła swoją ładną, perkalową sukienkę końcami palców skubać. Zaniepokoił się też pan Cyryak; krzaczyste jego brwi i wąsy poruszać się zaczęły. Józefa zaś nie patrząc cale na nich, jakby do samej siebie mówiła:
— Dziw mię zdejmuje, kiedy widzę, jak człowiek, pomiędzy ludźmi żyjący, w największych męczarniach cielesnych albo dusznych zginąć może, tak zupełnie, jakby żył pomiędzy zwierzętami, lub na pustyni. Może ktoś z głodu cielesnego albo dusznego umrzeć, a nikt nie przyjdzie zapytać, co go boli, i powstrzymać od upadnięcia w otchłań. Twardość serca w tem jest, ale więcej jeszcze myślenia każdego o sobie samym, albo też zawziętości w urazach...
Tu gestem zdziwienia blade ręce rozłożyła i dodała:
— A wszakoż wszyscy nazywają się chrześcijanami i usty naukę Pana Jezusa wyznają!
Zdziwienie i boleść, z jakiemi to mówiła, były zupełnie szczere i dlatego nadawały słowom jej akcent przejmujący, taki, że trzeba było koniecznie zastanowić się nad niem i zasmucić się zawartą w nich prawdą. To też na twarz Anastazyi padł wyraz niepokoju i zawstydzenia. Z pręgą zmarszczki na czole i trwożliwością w wejrzeniu, szepnęła:
— To prawda! prawda!
Pochyliła głowę i zamyśliła się głęboko. Pan Cyryak zaś, po krótkiej chwili, przyciszonym głosem za wnuczką powtórzył:
— To prawda! Napatrzyłem się ja przez wiek swój długi tej nielitości i nieubłagalności ludzkiej, aj! napatrzyłem... Deptanych i depcących, łaknących i ucztujących, pychą wydętych i upokorzonych — widziałem dosyć i nie jeden raz myślałem sobie: jakże to? A nauka Chrystusa Pana, którą wszyscy usty wyznajemy? Nieuczonym jest i nie wiem, jak tam w starych wiekach się działo, ale były takie wypadki i widoki, które we mnie może i grzeszną myśl obudzały, że i u pogan zapewne nienawiści i zawiści wszelakiej, a dla cudzej biedy obojętności więcej nie było, aniżeli jest pomiędzy nami...
Józefa po chwili na to wyrzekanie pana Cyryaka odrzekła:
— Wielu z drogi zmyla dlatego, że z zamkniętemi oczyma po świecie chodzi, ale kto tak, jak wy, oczy otwarte ma, a błądzi — to co?
Nikt nie odpowiedział, i wszyscy dość długo milczeli, a tylko za oknami wiatr w wieczornych mrokach, to szumiąc, to przycichając, zdawał się naśladować westchnienia te, które mroki niedoli ludzkich napełniają. Anastazya pierwsza z cicha mówić zaczęła:
— Ciężko to widać sercu ludzkiemu rozstawać się z odrazą i gniewem, równie może ciężko, jak z kochaniem. Teraz dopiero to poznaję, kiedy wypada mi zbliżyć się do ludzi, od których wiecznie oddaloną pozostaćbym pragnęła. Modlić się będę i was, Józefo, proszę o modlitwę, aby Pan Bóg dopomógł mi serce odmienić i polubić tych, którzy bez nijakiej winy mojej mię znienawidzili, a we wszystkiem wstrętliwi mi są i przeciwni. Ale prawdą to jest, że oni nieszczęśliwi, i że Martka albo Stefek sami w niczem przeciwko mnie nie wykroczyli, że Pan Jezus wybaczać nieprzyjaciołom rozkazał, że...
Głos jej przycichł, upadł, niżej jeszcze niż przedtem pochyliła głowę; snadź walczyła ciężko z samą sobą, i po kilku minutach dopiero, wilgotne oczy na Józefę podnosząc, z cicha zapytała:
— Co tedy każecie mi dla Piszczałków uczynić?
Józefa po krótkim namyśle odpowiedziała:
— Najpierw, moja Naściu, o tem masz wiedzieć, że nie ja tu rozkazy wydaję, lecz spólny Stwórca nas wszystkich, który żąda, abyśmy braciom swym, choćby najgorszym, w nieszczęściu ratunek przynosili. A potem, rady czyjekolwiek na nic tu są. Zbliż się ku nieszczęśliwym, w życie i serca ich wejrzyj, a potem z własnej duszy swej wyjm tę perłę, którą złożyć masz na ołtarzu miłości boskiej i ludzkiej. Ja tylko pokazałam tobie, gdzie jest ta perła, i że ty przyozdobić się nią możesz, a reszta niech z własnego rozumu twego i z własnej woli twojej pochodzi.
Anastazya, z uwagą słów tych wysłuchawszy, ze stołka powstała, pocałowała Józefę w rękę, z cicha mówiąc:
— Dziękuję! dziękuję!
Potem szybko, ku panu Cyryakowi obróciwszy się, zapytała:
— Czy można dziaduńku?
Panu Cyryakowi krzaczyste brwi aż na same powieki opadły, a srogie wąsy drgały i trzęsły się razem z wargami. Objął wnuczkę ramieniem, w gruby rękaw kapoty okrytem, ku piersi ją sobie przyciągnął i w złotych jej włosach do szorstkiej odzieży przytulonych, chwilę jakąś usta zatapiał, a potem zlekka ją od siebie usuwając, z gestem ręki i głowy niejaką dumę oznaczającym, dodał:
— Wystarczy nam dwojgu na siakie takie zreparowanie tej rozwaliny, jaką jest byt Piszczałków. Na północy, hen! dalekiej tam ziemi, konopiem zasiewał i sznury z nich z kilku kolegami pospołu ukręcał, a Bóg pracy naszej błogosławił. Nie zbraknie też mnie, ani dziedziczce mojej chleba z okrasą, choćbyśmy i do gruntu toń tę znurtowali, w której Piszczałkowie po szyje już są zatopieni! A że nie osobliwie zacni to ludzie, owszem, cale...
Tu schmurzył się znowu i z najeżonymi wąsami z cicha wtrącił:
— Cale nawet psombraty...
Poczem raźnie znowu dokończył:
— To niech ich tam Pan Bóg sądzi! Może i odpuści?... Kto w górze bywał? A tera, Naściu, wieczerzać dawaj i co prędzej, bom głodny jak wilk!
— O, jak to dobrze! — śmiejąc się, zawołała Józefa — bom ja też głód uczuła i chętniebym co zjadła!
Naścia strzałą skoczyła do kuchenki, wołając:
— Łucyo! duszko! mileńka! Wieczerzać dawajcie! Jeszcześ nie ukończyła wszystkiego? No, to ot rękawy zawijam i do pomocy ci staję! W mig wszystko gotowe będzie!
Wieczerzę jedli wszystko troje z wesołością niezwykłą, a osobliwie po twarzy Józefy rozlewał się wyraz głębokiego i słodkiego ukojenia.
Wprędce przecież ukojenie to w niepokój się zmieniło.
Godzina była późna, pan Cyryak od dość dawna już do domostwa swego odszedł, w bokówce, izdebce schludnej, sypialnią Anastazyi będącej, paliła się lampka z zielonym daszkiem, w której księżycowem świetle Józefa wydawała się zdjęta niezwykłym w niej niepokojem. Ani na łóżku, starannie dla niej przez Anastazyę usłanem, ani na żadnem ze znajdujących się tu sprzętów nie siadając, chodziła po izdebce, różnych przedmiotów bez potrzeby dotykała, wazonikom na oknie, w których rezeda i pelargonia kwitły, niby przyglądała się, ale w gruncie rzeczy z myślami i uczuciami jakiemiś potajemnie mocowała się i walczyła. Nakoniec, do Anastazyi zwróciła się z prośbą, aby rzeczy, które miała z sobą, w izdebce, przeciwnikiem zwanej i z drugiej strony domku znajdującej się, rozłożone, w skrzyniach jej ułożyła.
— Jutro trza mi koniecznie stąd odjechać, a nie czuję w sobie siły do pochylania się nad kuframi. Dopomóż mi w tem, Naściu, a wiesz dobrze, jak i gdzie co położyć, boś nieraz już to czyniła.
Dziewczyna odeszła śpiesznie, a Józefa natychmiast żywym ruchem przy mnie usiadła i, jak najbliżej przysuwając się, szybko mówić zaczęła:
— Sumienie mam niespokojne, a ponieważ pani okazuje mi zawsze życzliwość i sympatyę, i dziś jeszcze tyle słów pochlebnych i pięknych mi powiedziała, więc proszę o radę. Bywają czasem w sercu człowieka uczucia tak sprzeczne, ponęty w tak przeciwne strony pociągające, że zawikłania te o własnych siłach rozstrzygnąć trudno, i bardzo — o! jak bardzo — rada rozumna a przyjazna jest nam potrzebna.
Wzruszona była, prawie drżąca; mówiła zaś językiem kobiety wykształconej, a w nieśmiałej jej postawie był zwykły jej zresztą wdzięk i delikatność.
— Nim jednak opowiem wątpliwości i walki swoje, powinnam odkryć przed panią całą swą duszę i przeszłość... Długich słów zresztą, nie trzeba. Niech pani ten jeden wyraz przeczyta...
Rozwinęła papier urzędowy, na mocy którego wędrówki swe odbywała, i pokazała mi wypisane w nim nazwisko swoje, którego brzmienie i przedtem było mi znane, ale teraz dopiero, gdy rzuciwszy na nie okiem, w twarz jej spojrzałam, do dna zrozumiałam i jedną szybką myślą objęłam historyę kobiety tej i jej duszę. A ona ledwie dosłyszanym szeptem mówiła:
— Namiętność porwała mię jako wicher i od domu rodzinnego odniosła, bez błogosławieństwa ojca, owszem, ze złorzeczeniem i taką boleścią jego, które mu potem nie dały już żyć długo. Imienia mego nie wspominając i wspominać przed sobą nie pozwalając, przedwcześnie umarł, a ja, w dalekich stronach dowiedziawszy się o tem, od razu powiedziałam sobie: Ojca zabiłam!
Z pod spuszczonych jej powiek zaczęły powoli, po jednej, wypływać łzy.
— Było to pierwsze uderzenie w serce, którem Bóg obudził je z pijanego snu. Potem zaraz przybywać zaczęły smutek i tęsknota po wszystkiem porzuconem, utraconem, aż poczułam, że to, co przedtem wydawało się niczem, było mi tak kochane, że aż po pewnym czasie uczyniło się świętem. Wtenczas czołem uderzyłam przed Majestatem przeze mnie obrażonym, i była to już — rozpacz!
— A on? — zapytałam.
— Jego serce odwróciło się ode mnie wnet potem, gdy stałam się smutną. Są ludzie tak weseli i wesołością tylko żyjący, że smutku żadnego znieść obok siebie nie mogą, i gdy tylko jaki się zjawi, wydzielają go z życia, jak kroplę trucizny z napoju. Z ochotą na rozwód przystał; inną, weselszą, już kochał. Mnie została odrobina majątku, którą ojciec mój, pomimo wszystko, przyszłość moją ubezpieczył, i samo jedno w sercu, ale silne pragnienie pokuty... A żeby nie wiedzieć, jak wielką była ta pokuta, zbyt małą wydaćby mi się musiała, bo przecież... przecież... rzecz świętą znieważyłam i... i... zabiłam ojca...
Tu wezbrał w niej płacz tak gwałtowny, że zdawało się, iż piersi jej rozerwie, z twarzą w dłoniach załkała głośnie, ale wkrótce przemogła się, uspokoiła i znowu zaczęła mówić:
— Przez czas pewien, nie przyzwyczajonej do trudów i prostego życia, uciążliwie było mi prowadzić życie takie, jakie obrałam... Ale teraz, owszem, zahartowało ono ciało, poprawiło zdrowie i dało takie szczęście duchowe, że może w żadnem położeniu innem więcej nie mogłabym go doświadczać. Wszędzie, gdzie tylko przybywam, czczona, kochana, pieszczona, na widok tej miłości i różnych skutków pracy swojej takiej czasem radości doświadczam, że zapytuję siebie: cóż to za taka pokuta jest? Gdzie są cierpienia, któremi niby to chciałam winę moją przed Bogiem i przed...
Nie dokończyła i po chwili dopiero wyszeptała jeszcze:
— Trzeba mi widać inną jakąś wynaleźć drogę... coś takiego uczynić... ale jaką? co?... Nie mam u kogo rady wezwać! Największem nieszczęściem ludzi jest to, że ani rozumieją, ani pragną zrozumieć jedni drugich, wtedy zwłaszcza, gdy dusza czyjaś nieco różną jest od wszystkich innych...
Istotnie była to dusza różna od innych, dziwna!
Anastazya, nie dość zapewne wprawna, długo układała rzeczy w skrzyniach Józefy; długo też sam na sam rozmawiałyśmy w bokówce, przy dogorywającem pod zielonym daszkiem świetle małej lampy. A nazajutrz w południe nie było już Józefy w Tuczyńcach.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.