Anakreon, jego dzieło i przekłady polskie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Kaszewski
Tytuł Anakreon, jego dzieło i przekłady polskie
Pochodzenie Anakreon
Data wydania 1907
Druk L. Biliński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Anakreon, jego dzieło i przekłady polskie.

Wieki: siódmy i szósty przed naszą erą nazwać można dla Grecyi starożytnej dobą poezyi lirycznej. Wiemy wprawdzie jeszcze z Homera że za jego czasów i przed nim śpiewano przy muzyce w rozmaitych okazjach, wesołych i żałobnych, publicznych i prywatnych, ale jaki to był śpiew, jaka wartość pieśni i muzyki, niewiadomo nic, żaden, choćby najdrobniejszy szczątek nie pozostał na świadectwo; żadne imię poetycznego liryka nie wyrasta w pośród twórców tych różnych peanów, trenów, hymeneów, hyporchemów, które znamy jedynie z tytułów. Właściwe dzieje liryzmu poczynają się dopiero w końcu wieku ósmego, dzięki kombinacyi nowych miar (poza hexametrem i pentametrem) i coraz ściślejszej łączności melodyi coraz bogatszej w poezję coraz uczeńszą. W ruchu tym udział biorą wszystkie plemiona greckie: jończycy, eolowie, dorowie, z Terpandrem, Klonasem, Olimposem, Taletasem i Archilochem na czele; wszyscy oni jednak, prócz ostatniego, bez względu na pochodzenie, udają się do Sparty, stanowiącej podówczas muzyczne środkowisko Grecyi. Tam to, na gruncie doryckim, spotykają się i jednoczą podania poszczególne, wymieniają myśli, powstaje i utrwala się sztuka nowa.
Do historyi literatury należy wykazanie, ile i z jakiego plemienia który poeta przyczynił się do postępu w tej sztuce, ile sam przez to pozyskał sławy; tu poprzestać musimy na wskazaniu ogólnych cech liryzmu greckiego. Przedewszystkiem, otrzymuje on nowy rodzaj wiersza o rytmie dwustopowym, jambicznym lub trochaicznym, co go już w formie radykalnie odróżnia od epopei; powtóre, sama nazwa liryzmu wskazuje konieczną łączność z muzyką cechującą rytm jego i nastrój; dla mocniejszego zaś uwydatnienia rytmu jeszcze przystępuje ruch, czyli pląs, taniec. Następnie, liryzm przybiera charakter podwójny, zależnie od natury i natchnienia twórców. Pod wodzą doryckich Spartan pieśń streszcza w sobie raczej uczucia ogólne, społeczne; przybiera też ton i cały ustrój ile być może najuroczystszy, w zastosowaniu, czy to do czci bogów, do świąt publicznych i prywatnych, czy do pochodów wojennych lub głoszenia świetnych czynów. Jest to więc pieśń choralna, wykonywana przez masy przeniknione jednem wzruszeniem; pieśń, której nieodzownem towarzystwem jest muzyka i taniec — i taka to pieśń, począwszy od Alkmana i Stezychora, znalazła ostatni i najdoskonalszy wyraz w Pindarze.
Inna pieśń jest znowu spowiedzią wzruszeń osobistych, mieszczących się w całym słowniku psychologicznym; a więc wesela lub smutku, radości lub gniewu, miłości, nienawiści, i t. p. Za inicjatora tego subjektywizmu lirycznego uważać można Archilocha z wyspy Paros, uchodzącego także za twórcę rytmów jambicznych, o którym mówi Horacy (Epist. I, 19, 23): — „Ja pierwszy ukazałem Latynom jamby doryjskie; przejąłem od Archilocha jego rytm i miarę, ale nie jego gniewliwość i przekleństwa miotane na Likambesa“. Tutaj też należą także świetne talenty (szkoła Lesbijska), jak Alkiejos, Safo, Erynna, opiewający wzruszenia miłosne, poeci o rytmach ciętych i błyskotliwych, choć nieco przykrótkich, gwałtowni, pełni wdzięku i patosu, ale z powodu natchnień, przeważnie podmiotowych, mało mający wspólności z wielką szkołą dorycką. Z tegoż samego powodu pieśń ich nie nadaje się do wystąpień choralnych; przeznaczeniem jej raczej wystąp pojedynczy, i nie bezwarunkowo z lirą w ręku. Jak doryckiej pieśni Pindar, tak tej właśnie, jońskiej, wyrazem ostatnim jest Anakreon.
Do tego to poety Teokryt, żyjący we dwa wieki później, taki zastosował epigram:

— Przechodniu! wpatrz się w posąg marmurowy,
A powróciwszy, rzeknij w domu słowy:
— „Widziałem w Teos twarz Anakreona;
Dzielny to śpiewak z dawnych piewców grona“.
A kiedy dodasz, że lubił młodziany,
To cały człowiek będzie opisany. —

Epigram ten mówi i dużo i mało. — Jeżeli poecie stawiano posągi a jeden z nich, po dwóch wiekach, utrzymywał się w jego rodzinnem mieście, to znaczy, że doznawał on niepospolitego zachowania u ziomków, którzy przecie znali się na wartości poezyi; jeżeli poeta późniejszy, i to takiej miary jak Teokryt, wyraża się iż był to „śpiewak dzielny“, świadectwo takie potwierdza cześć pogrobową ogółu. Ale Teokryt nie powiada, na czem polega ta dzielność, i ani słówkiem jego poezyi nie znamionuje. Co zaś do charakteru osobistego, oświadcza tylko że „lubił młodziany“. Właściwość ta jest specjalnie grecką, a nie krytykując jej z naszego, dzisiejszego punktu widzenia, zachwycać się też nią nie mamy racyi: nie wyraża bowiem ona tej bezinteresownej życzliwości, jaką starsi okazują młodym, darząc ich opieką, radą; ale ma ona charakter estetyczno-erotyczny, szczęściem, u nas nieznany i nieuprawiany. Anakreon często się w swych utworach zwraca do osoby drugiej z wykrzyknikiem Παί (chłopcze, dziecię!); co znaczy że miał w swem otoczeniu zawsze jakiegoś chłopca, ulubieńca, i prawdopodobnie ucznia, któremu mistrzował w poezyi. Imiennie wymienia on dwóch: Kibebę, a zwłaszcza Batylla, dla którego, pełen uwielbień, układa nawet osobne wiersze apologietyczne. I do tej to właściwości czyni przymówkę Teokryt w wyrażeniu: „lubił młodziany“. Ta jego miłość dla Batylla przedstawia się wprawdzie w formach bardzo schludnych; ale mimoto, razi nienaturalnością samego faktu, tak, iż z tej przyczyny usunęliśmy nawet z naszego przekładu dwie pieśni poświęcone gloryfikacyi Batylla.
Oprócz przytoczonego wyżej epigramu Teokryta, szczupłe szczegóły o życiu Anakreona czerpiemy z pism Plinjusza (VII, 5) i Walerjusza Maksyma (IX, 12, 8); daty zaś, z zestawienia z wydarzeniami politycznemi. Urodził się on w Teos, osadzie Jońskiej Azyi mniejszej, na Lidyjskiem wybrzeżu morza (dziś ruiny pod Sighadszyk), lecz w którym roku, w każdym razie VI wieku przed naszą erą, niewiadomo. Niektórzy utrzymują, że kiedy wódz Cyrusowy, Harpagon, zagarnął Azję mniejszą i zburzył miasto Teos w r. 545, a mieszkańcy, ocalając się, uchodzili do Abdery w Tracyi, to i Anakreon, jeszcze jako młody chłopiec, podzielił ich los; ale na to niema dowodu. Jest natomiast rzeczą pewną, że w męzkim już wieku i z wyrobioną wziętością, jako poeta, przebywał na dworze Polikratesa, króla wyspy Samos, aż do jego upadku i śmierci w r. 522. Zmuszony opuścić tę siedzibę, w której życie rozkosznie upływało w cieniu tronu, pod protekcją równie bogatego jak nieopatrznego władcy, nadworny poeta otrzymał zaproszenie na dwór Pizystratydów w Atenach, i tu, starzejąc się potrosze, bawił aż do zamordowania Hipparcha w r. 512. Gdzie się obracał później, także niema pewności. Najprawdopodobniej, z tego co mówią, powrócił do rodzinnego Teos, zkąd go znowu wyrzuciło powstanie przeciw władzy Perskiej patrjoty Histieusa, i wtedy to udał się do ziomków w Abderze trackiej, gdzie i żywota dokonał, mając lat przeszło ośmdziesiąt, jak kronika niesie, zadławiony gronem wina. Taż sama kronika dodaje że mu Ateńczycy po śmierci wystawili pomnik.
I nic dziwnego; wziętość miał ogromną i nieefemeryczną. Mniejsza, że był popularnym za życia: zdarza się to autorom drugorzędnym, jeśli umieją utrafić w jakąś czułą strunę ogółu (Béranger we Francyi), choć potomność dla nich obojętnieje; ale Anakreona wspominają z uznaniem po wiekach najcelniejsi pisarze starożytni: Plato, Teokryt, Cycero, Owidjusz, Horacjusz, a sława ta przenosi się i w wieki późniejsze. Mnożą się jego wydania po odkryciu pierwszego rękopisu w r. 1551: w Niemczech wytworzył się istny kult anakreontyczny, Bergk świetnie go opracowuje, dwunastu tłómaczy przedstawia go publiczności; poeci oryginalni, między innymi znakomity Bodenstedt, nadają twórczości swej charakter anakreontyczny. U nas nawet, kiedy inni poeci greccy, pozostawali jeszcze w zupełnem zaniedbaniu, Anakreon zyskał aż czterech tłómaczów począwszy od Kochanowskiego. Między innymi, z wielką gorliwością zajął się nim ksiądz biskup, a tem mniej nas to dziwi, skoro go w swoim czasie tłumaczył założyciel zakonu Trapistów, a w jednej z edycyi znajdujemy pod napisem „Anacreon monachus“, oryginalny wiersz łaciński, treścią wprawdzie odmienny od tematów greckiego poety, lecz utoczony jego rytmem i formą.
Teokrytowi zdawało się że w swym sześciowierszowym epigramie określił „całego człowieka“. Omylił się: prędzej a nawet z zupełną słusznością powiedziećby to można o pieśni samego Anakreona zamieszczonej pod Nr. 42 naszego przekładu. Jeśli prawdą jest wyrzeczenie: „po ich owocach poznacie je“, — to poetę poznawać trzeba przedewszystkiem po jego utworach; tam to znajduje się istotne kryterjum nietylko jego talentu, ale i skłonności czysto ludzkich. Tu jednak zachodzi właśnie kwestja wcale niepodrzędna, z którą przede wszystkiem należy się załatwić. Anakreon, żyjąc tak długo i tworząc do późnej starości, natworzyć musiał dużo: ale pytanie, co z jego spuścizny pozostało? Przy odkryciu w wieku szesnastym rękopisu zawierającego zbiór pieśni w liczbie 58, firmą jego opatrzonych (Anacreon Tejus), zrazu nikomu nie przyszło do głowy powątpiewać o autentyczności wszystkich; późniejsza dopiero krytyka zaczęła powoli wybrakowywać, tak, iż sporo z nich uznano za wątpliwe, a niektóre wprost za obce Anakreonowi. Pozostało jednak tyle jeszcze niekwestjonowanych, że z nich można sobie urobić wyobrażenie o charakterze twórczości tego poety, tembardziej, iż, jako nieoceniony dodatek, przychodzą w pomoc fragmenty, które filolog niemiecki Bergk (Lyr. graec.) pracowicie wyzbierał poza rękopisem magistralnym. Pomiędzy zakwestjonowanemi wreszcie, znajdują się takie, w których, czy to rodzaj treści, czy rafinowanie myśli, obce doraźności obrazów Anakreona, czy forma mniej udatna, wskazują że mamy z kim innym do czynienia; ale po większej części różnice są tak mało dostrzegalne, że trudno z lekkiem sercem odsądzać go od ich autorstwa, co najmniej bowiem, panuje tam duch anakreontyczny. Nie braknie tedy materjału do charakterystyki mistrza.
Anakreon, w tem wszystkiem co do niego należy, przedstawia się jako typowy hulak i esteta. Urodzony Jończyk, ma on w sobie tę życiową gnuśność, cechującą ludy wschodnie, której bynajmniej nie modyfikował długoletni pobyt na miękkim i hulaszczym dworze Polikratesa. Zniewieściały i zmysłowy, stroni on od spraw publicznych, tam zwłaszcza gdzieby trzeba nadłożyć głową, i z dziwnie naiwną otwartością przyznaje się do tej właściwości, wcale nie przynoszącej zaszczytu mężczyźnie. Wstręt ma od wszelkich praktyk rycerskich i szczęku oręża, nawet od wszelkiej zwady, tak różny w tem od swych w liryzmie poprzedników Doryckich. „Na moim puhurze — mówi do Hefesta (pieśń 40) — nie ryj mi zbroicy; mnie na nic godła wojenne. — Niech tam wojuje, komu wola — powiada na innem miejscu (pieśń 33), — ale ja nie będę.“ — To nam tłumaczy, dlaczego nie widzimy go nigdy wśród niebezpieczeństw ogarniających jego ojczyznę. Niemiłe mu są nawet zajęcia pokojowe, o ile wymagają trudu i przyłożenia się myślą poważną. Już pod starość odzywa się do towarzysza (p. 44); — „Co ty mi tam zawracasz głowę nauką prawa i zalecasz rozprawy krasomówców: to nie zajmuje mnie wcale!“ — Dlatego też zapewne, ażeby uniknąć wszystkiego, co grozi trudem i kłopotem a krępuje swobodę, nie ożenił się i wyrzekł życia rodzinnego.
Zatem egoista, chciwy zapewne na pieniądze? I to nie. Dla pieniędzy ma wzgardę, potępia je jako czynnik znieprawiający duszę (p. 53); a bogactwa pragnąłby jedynie wtedy, gdyby za nie można było dokupić sobie życia (p. 43): zkądinąd jest mu ono obojętne. — Człowiek to wreszcie posiadający wszystkie cnoty bierne: niczego nikomu nie zazdrości, każdemu życzliwy, z każdym pragnący żyć w zgodzie, ceniący wielkość, tylko niezdolny ani zbliżyć się do niej, ani znaleźć w sobie wyrazu dla jej uwielbienia; słowem, według tego jak się sam określił, mianowicie w pieśni 42, — człowiek, gdyby nie talent poetyczny, — nie znaczący w społeczeństwie nic, mający tylko tę zaletę, że bez żadnego cynizmu i fanfaronady, dobrodusznie się do tego przyznaje, jak gdyby mówił: Nie chce się podawać za coś lepszego niż jestem, wybaczcie. Najwyborniejszym jest, kiedy, zażywając pewnej dyjalektyki, powiada (p. 28), że skoro wszystko na świecie pije, i ziemia i słońce, drzewa i morze, i t. d., dlaczegoby on nie miał pić całe życie?
Przy tem cichem i gnuśnem usposobieniu, ideałem jego jest życie beztroskliwe: troska, to jego wróg najzjadliwszy, tembardziej iż nie doznaje ona w niczem i nigdy żadnej kompensaty. Pod tym względem nie kieruje się on natchnieniami doktryny pitagorejskiej, ani elejskiej; filozofja jego, zgodna raczej z wynikami doktryny jońskiej, nie przypuszcza żadnych tranzakcyi pozagrobowych: śmierć stanowi ostateczną granicę bytu. Ma on też do niej wielką niechęć i jakoby żal. Tembardziej kochając życie, zawsze o śmierci wspomina ze smutkiem, broni się przeciw niej, chciałby ją jaknajbardziej oddalić. Ponieważ zaś życie wyczerpuje wszystko przeto trzeba je sobie uczynić najmniej kłopotliwem, najprzyjemniejszem, folgę dając godziwym zachceniom osobistym; a według jego zdania, często tu powtarzanego, najskuteczniejszym środkiem przeciw troskom jest ów boski płyn, dar Djonizosa: wino, za które śmiertelni składają wdzięczność nieśmiertelnemu dawcy. Orzeźwia ono, wzmacnia, rozbija ponure myśli, wesoły pogląd na świat sprowadza: zatem pić, póki życia stanie. Lecz, pić, nie znaczy to u niego, zasiąść samotnie za stołem i milczkiem wypróżniać garniec. Wino jest u niego jakoby wcieleniem samego boga; więc używanie jego daru powinno zachować cechę uroczystości, czyli łączyć się z muzyką, śpiewem, tańcem, dowcipnemi dykteryjkami. I nie może ono popadać w brutalną orgję, — bo my nie horda Scytyjska — powiada (p. 30), — aby przy uczcie bić się i ryczeć; nam przy winie „najpiękniejsza pieśń niech płynie“. Tym sposobem, stojąc na gruncie uczuć narodowych, gdyż cała Grecja szczególniejsze miała nabożeństwo do Djoniza-Bacha, jako wyobraziciela tak cennego daru, Anakreon podnosi, poetyzuje to, co w pospolitem znaczeniu jest tylko czynnikiem fizycznie podniecającym: czara wina w jego ręku, to ogniwo łączące go z bóstwem. Niepodatny więc do składania hołdu Zeusowi, Atenie, Temidzie, cały oddaje się Bachowi, a obok niego hołdując Afrodycie i Muzom; o innych bóstwach zawsze ze czcią, ale rzadko wspomina. Wielkie sprawy pozostawiając innym, sam potrzebuje tylko uciechy jaką dać może wiosna zstępująca z niebios z pękiem kwiatów, winnica wschodząca z gronami nabrzmiałemi ciemnym sokiem, uczta w towarzystwie uroczych kobiet, obsługiwana przez ładne chłopięta, brzmiąca wesołym śpiewem; oto i cały program życiowy, streszczony w końcowym czworowierszu pieśni 42: — „Obym cicho żywot cały spędził w pięknych kobiet gronie; śpiewał, tańczył śród biesiady, grając na swym baribitonie!“.
W tych też granicach roztacza się i jego poetyczna twórczość, którą tak sobie upodobała Grecja. Twórczość to niedoniosła, bo czyż daleko zajść można pod rękę z Bachem, śladami Afrodyty? Niema w niej miejsca na akcenty silne moralnie i przeszywające duszę, a lot jej nie może być wysoki. Ale wysokość lotu i brak szerszych widnokręgów jeszcze wszystkiego nie przesądzają w poezyi; zawsze tam za filozofem kryje się artysta. Podziwiamy lot orłów pod obłokami i widok ten nas podnosi; czaruje nas urok potężnych lasów z ich głębokim a tajemniczym szumem; lecz jednocześnie z jakimże serdecznym uśmiechem w duszy zasiadamy śród małego zakątka ogrodu strojnego wesołem kwieciem, kędy nad brzegiem cichej sadzawki krążą różnobarwne motyle, naspoły to z pszczółką, to z muszką o złotym połysku. Jest to, istotnie, ta sama lekkość, wiotkość, błyskotliwość, elegancja kształtów, ruch i życie: tak, że jeżeli Pindar orłem, to o Anakreonie powiedzieć można że jest motylem poezyi lirycznej w Grecyi. — W tym to zakresie jest on jakimś swoistym, nieporównanym i, rzec można, jedynym mistrzem, pod którego ręką drobnostki układają się w kształty nadające całostkom trwałą wartość artystyczną. I w tej też myśli mógł jeszcze Horacy, w pięćset lat o nim powiedzieć:
„Nec si quid olim lusit Anacreon
Delcvit aetas...“ (tego, co niegdyś wyśpiewał Anakreon, wieki nie stłumiły); a krytyka nowszych czasów potwierdziła.
Jako śpiewak wina jest on jednolitym w tem znaczeniu, iż nigdy nie zaprzecza sam sobie; zawsze myśl jego uderzywszy o ten przedmiot, wydaje dźwięki wesołe, pełne ożywienia, podatne do śpiewu i pląsów. Inaczej jest z miłością. Tej i pragnie on, i uskarża się na nią, a skarg znajdujemy nierównie więcej; nigdzie zaś nie zdaje sprawy z tego przeciwieństwa. Raz tylko (p. 53) oświadcza wyraźnie, że przykro jest niekochać, ale i kochać przykro; ale wyrażenie to dotyczy szczególnego wypadku: kiedy miłość sprzeniewierzy się dla pieniędzy. Pośród dziewiętnastu (w zbiorze naszym) pieśni, mających wyłącznie za temat miłość, wyróżnić musimy dwie, mianowicie 15 i 16, w których poeta ten, oprócz osłonek odnoszących się do jego czasu i narodowości, stoi na ogólno-ludzkim i konkretnym gruncie uczucia: kocha i miłość swą wyraża tak, jakby się wyrażał człowiek dzisiejszy, podszyty poezją. I on pragnie się zmienić w perłę zdobiącą szyją kochanki, jak później Mickiewicz „we wstęgę złocistą“. Kocha szlachetnie i z prawdą; a co mianowicie zbliża te dwie pieśni do dzisiejszych, to że niema w nich żadnych alegoryi afrodyzjackich, zrzędzeń i interwencyi boskich: refleks uczucia ludzkiego na całym człowieku, i koniec.
Lecz poza temi dwiema pieśniami istnieje cały szereg jakoby trenów, użalających się na dokuczliwe dotknięcia miłosne, których sprawcą jest Eros. Bożek ten, w różnych epokach Grecyi, różnie się uzewnętrznia, lubo zawsze symbolizuje miłość, jako uczucie psychiczne i jako żądzę (amor, cupido) — Homer jeszcze go nie wymienia; pierwszy wspomina go Hezjod (Teog. 120), wśród pierwszych bóstw kosmicznych, zaraz po Chaosie, Ziemi i Tartarze, jako potęgę łączącą w jedność rozstrzelone cząstki dla wytwarzania nowych istnień. Ale Hezjod sam zepsuł swą myśl tej powszechnej atrakcyi w świecie, zaraz potem, snadź już według kursującej za jego czasów opinii, dodając, że ten Eros „u bóstw i u ludzi wiąże serca i zdrowe ogłupia umysły“: nie jest to rola zgodna z pierwotnie zaznaczonym charakterem twórczej potęgi kosmicznej. To Eros poetów późniejszych: młodzian, a raczej chłopczyk, swawolny, podstępny, wielce dokuczliwy ludziom i bogom, nie szczędzący własnej nawet matki, Afrodyty. Oblatuje on świat na złocistych skrzydełkach, z łukiem i kołczanem pełnym cieniutkich strzałek, któremi naprawo i nalewo zadaje bolesne, nieuleczalne rany miłości, a właściwie żądzy. Oto jest właśnie Eros Anakreona, a psoty jakie dzieciak ten wyrządza, stanowią temat dla pieśni.
Nieobfity w pomysły, a częstokroć naiwny, Anakreon ma za sobą formę, odpowiadającą treści tak, iżby zlewała się i tworzyła z nią jedność, niby szata, barwami i krojem przystosowana do ciała. Prosta, zwięzła i jakoby zwyczajna dykcja nie zatrąca nigdzie pospolitością, a lubo proste, wyrazy przybierają kształt obrazów: rzadko gdzie, jak zobaczymy, i to w utworach prawdopodobnie niewłasnych, Anakreon popada w prosty dydaktyzm, cieniowany frazesem poetycznym. Utwory swe, jako śpiewak, przeznaczał on widocznie pod muzykę; starał się więc i zewnętrzność nadać im odpowiednią, tak, iż cała dykcja odbywa się w takt muzyczny. Jak w życiu nierad kłopotom i trudom, tak i tu, ażeby się nie mozolić zbytecznie, wybrał sobie najprostszy, wiersz trochaiczny trimeter trochaicus ( – ⏑ | – ⏑ | – ⏓ ), który przez dodanie na początku t. z. anakruzy (odbitki), łatwo przechodzi w jambiczny, i zawiera siedm lub ośm sylab.
Rękopis zbioru Anakreońskiego, odkryty przez Henryka Estienne, (Henricus Stephanus) roku 1551, wydrukowany został pierwszy raz, z przekładem łacińskim, w Paryżu 1572 r., i niebawem też Kochanowski przyswoił z niego kilka pieśni naszemu językowi; ale była to tylko próbka. Po nim pierwszy dopiero rzucił się w r. 1774 na całość Naruszewicz, „umiejący — jak skromnie wyznaje w przemówieniu do Czytelnika — „cokolwiek łaciny, a przy dykcjonarzu i greczyzny“, i przetłumaczył wierszem rymowym 58 numerów, czyli wszystko co zawiera owa editio princeps Estienne’a; a nadto opatrzył swoje wydanie życiorysem poety oraz krótką charakterystyką jego utworów: dzieło zaś swe przypisał hetmanowi polnemu koronnemu, Fr. Ksaw. Branickiemu, w dzień ślubu jego z ks. Dorotą Jabłonowską. Musiał się on bardzo posiłkować dosłownym przekładem łacińskim, umieszczonym w edycyi tuż obok tekstu greckiego, gdyż naczele każdej pieśni daje pierwszy jej wiersz w brzmieniu łacińskiem.
Mieliśmy więc już w ośmnastym wieku całkowity przekład Anakreona, dokonany przez jednego z pierwszorzędnych pisarzy, historyka i poetę, — przekład chlubnie też zawsze przez krytykę wspominany, lecz nigdy nie rozebrany gruntownie. Nie poprzestaliśmy jednak na nim. W bezmała pół wieku potem, kiedy i w stanie politycznym kraju i w umysłowości społeczeństwa dużo się zmieniło, na progu walki między klasycyzmem a romantyzmem, gorliwie zajmuje się Anakreonem młody wówczas powieściopisarz a z powołania ekonomista, Fryderyk Skarbek i w r. 1816 wydaje wierszowany przekład 43 jego pieśni, zatem mniej niż zawiera editio princeps. Już tedy czyni on wybór, wybrakowywa, co dowodzi że mu, jako uczniowi szkół niemieckich, znaną była ówczesna krytyka eliminująca, i co wreszcie widać z bardzo rozsądnej przedmowy tłómacza, który znowu pracę swą przypisał, z wysokiem uznaniem, Samuelowi Bogumiłowi Lindemu. Mam przekonanie, że Skarbek przekładu dokonał wprost z oryginału (choćby i posiłkując się jakiem tłumaczeniem), bo język Anakreona nie przedstawia szczególnych trudności, a każdy uczeń szkół niemieckich podszyty jest filologiem.
To samo powiedzieć można i o Brunonie Kicińskim, ruchliwym literacie klasycznego pokroju, który pomnik sobie wystawił wybornym przekładem „Przemian“ Owidjusza. Kiciński, nie obdarzony talentem twórczym, lubił tłumaczyć, tłumaczył wierszem dużo z różnych języków, nie darował też i Anakreonowi, co tem godniejsze jest uwagi, że miał przed sobą niedawny przekład Skarbka. W którym czasie zabrał się do tej pracy, nie wiem; może tłumaczył dorywczo, kawałkami, przez dłuższe lata, w odpowiednim nastroju ducha, ale całość wyszła dopiero roku 1841, w piątym tomie ogólnego zbioru jego „Poezyi“; przypisana w dowód przyjaźni Fr. Skarbkowi, i zawiera numerów aż 84, czyli całą edycję magistralną, z dodatkiem 26 obcych anakreontyków, wybranych z innych różnych wydań, aż do fragmentów Bergka[1]. —
A teraz, uprzedzając innych, mógłbym sam sobie zadać pytanie: czy po trzech tłómaczeniach całkowitych (nie licząc szczypty Kochanowskiego) była zasada do obciążania literatury polskiej jeszcze jednym przekładem Anakreona? Zasad tych może być kilka. Jeżeli jaki naród za rzecz korzystną dla swej umysłowości uważa przyswajanie językowi poetycznych arcydzieł obcych, to na jednym przekładzie nie poprzestaje. W postępie czasu i kultury język się bogaci i doskonali, formy gramatyczne ustalają się i nabierają giętkości, ładnieje i urozmaica się wersyfikacja, tak iż w pewnej dobie takiego postępu, już ta forma językowa z okresów poprzednich nie zadowalnia poczucia estetycznego narodu. Ztąd też Niemcy mają aż dwanaście przekładów Anakreona. Powtóre, przekład poetyczny jest w pewnym rodzaju dziełem sztuki, którego zatem wartość zależy przedewszystkiem od poetycznej zdolności tłumacza, i jego rozumienia istoty poezyi: porównajmy tylko nasze tłumaczenia Iljady, począwszy od Jacka Przybylskiego... Co tu wreszcie prawić takie komunały! Zasadą najbardziej pobudzającą jest osobista chęć jakiegoś zwolennika, który bez względu na inne okoliczności radby się za pośrednictwem własnej mowy zespolić z duchem ulubionego autora.
Mnie gdyby zapytano, dlaczegom się wziął do tej pracy, po tylu już dokonanych, nie umiałbym podać innej przyczyny nad prostą chęć przyjemnej rozrywki umysłowej... na starość. Nie myślałem poprawiać mych poprzedników, z tego mianowicie powodu żem ich nie znał i z oryginałem nigdy nie porównywał; a jeślim kiedyś przeczytał kilka anakreontyków, mianowicie Naruszewicza i Kochanowskiego, to i zapomniałem jak wyglądały: Skarbka i Kicińskiego nigdy nie miałem w ręku. Dopiero po ukończeniu pracy własnej z niezmierną ciekawością wziąłem się do porównania jej z poprzedniemi, i choć kilku słowy wrażenie me szkicuję.
Kochanowskiego mógłbym wyłączyć, gdyż zrobił bardzo mało, i podług mnie, bardzo źle. Bierze on tylko główne rysy oryginału, ale jako i sam oryginalny twórca, wypełnia je po swojemu, polonizuje, macha na wszystkie strony wyrazami, a nawet imionami własnemi, których tam niema; i obcym mu jest wzgląd na rytm pierwowzoru, który przecież stanowi jedną z cech charakterystycznych; zachowuje wszakże rzecz ważną, to jest humor oryginału, jego rezolutność, tylko nie jego delikatność.
Mało Kochanowski zrobił, ale ważność jego roboty polega na tem, iż on, jako wielka powaga w poezyi, wpłynął na Naruszewicza, który przyswoił sobie jego metodę, a robotę jego widać uznawał za tak doskonałą, że odnośne pieśni wprost do swej pracy wcielił, pod jego, rozumie się, nazwiskiem. Język nasz z czasów Naruszewicza dalekim był jeszcze od tego wyrobienia, aby mógł sprostać zwięzłym subtelnościom liryka greckiego, a Naruszewicz nie umiał go sam przez się gwoli temu urobić; znakomity prozaista, nie był on we władaniu formą poetyczną ani Trembeckim, ani Węgierskim. Wiersz jego nie spływa też kaskadą, nie podskakuje w równych tempach, jak u Anakreona; wlecze się raczej, rozdłuża rytm, rozwałkowywa wyrażenia ścięte tam w drobny kryształ; czasami użyje wyrazu krzycząco niestosownego, jak np. chram Bachusa nazywając kościołem. Z tem wszystkiem, jest to przekład co do treści duchowej wierny, tylko co do formy wcale, jak nadzisiaj, niezadowalający.
Nie dziwię się też, iż Skarbek, po 42 latach, zapragnął pracę tę dla literatury naszej podjąć nanowo, a przyszedł też z innem zgoła przygotowaniem i uświadomieniem, do czego dopomogły mu prawdopodobnie, dostarczając wzoru, dokonane już niektóre przekłady niemieckie. Zrozumiał on, jak ważną w liryce rolę odegrywa forma, i na nią główną zwrócił uwagę. Wystudjował wszechstronnie rytm Anakreona, i postanowił zbliżyć się do tego rytmu w przekładzie, stale jednej trzymając się zasady. Ale przecież nie jednakową jest zasada rytmu greckiego z polskim: mowa więc tylko być może o analogji, a tą będzie mniej więcej równa liczba zgłosek w wierszu, z właściwą cezurą. Owoż, rytm Anakreona, licząc na głoski, daje ich w wierszu zazwyczaj siedm: tłumacz więc ustawia swe pieśni stale w szeregi wierszy siedmiozgłoskowych, rymowanych, co istotnie nadaje dykcyi pożądaną a odpowiednią oryginałowi żywość. Ale, im krótszy jest wiersz, tem trudniejszy, zwłaszcza u nas, z powodu jednostajności akcentu, przypadającego stale na przedostatnią zgłoskę wyrazu; trudność zaś największą stanowi rym, bez którego znowu, mianowicie w poezyi lirycznej języków nowoczesnych, dykcja małoby się różniła od prozaicznej. Rozumiał to młody zwolennik Muz (ob. przedmowę), i poddał się wszelakim trudnościom rytmicznym nie bacząc, czy w tej walce z niemi nie narazi się z którejbądź strony na jaką porażkę. Bo, jakkolwiek trudną formę wierszową obrałby sobie poeta oryginalny, może on w razie skopułu językowego wyminąć go, zmienić swą myśl, czy obraz, nie dający się w tej oprawie słownej z duszy wydzielić; ale tłumacz nie ma tego prawa; musi on wiernie trzymać się tekstu, aby nie powiedziano o nim: traduttore, traditore. Owoź, Skarbek z tych wszystkich trudności nie mógł wyjść dość zwycięzko. Prawda, że od początku do końca przeprowadził jednostajną zasadę rytmiczności, najbardziej zbliżonej do oryginału, ale jakim kosztem! Jeżeli każdy jego wiersz pojedynczy w strofie równa się co do liczby zgłosek oryginalnemu, zato ogólna liczba wierszy polskich w każdej prawie pieśni większą jest od greckich; co znaczy, że tłumacz musiał coś dodawać, uobszerniać, naruszać treściwość oryginału, który mu się wciąż zpod jego formy usuwał. Zauważyliśmy też, z powodu tych właśnie trudności, i całkowite przejścia wcale nieudatne, jedno zwłaszcza. Oryginalny tekst (w naszym zbiorze pieśń 46) powiada dosłownie w czworowierszu: — „Trochą prochu legniemy, gdy kości się rozsypią; pocóż namaszczać głazy, czczym płynem zlewać ziemię“ (obrzędy nad umarłymi). Ustęp ten w przekładzie Skarbka wychodzi: — Nas garstka piasku składa, i kości nasze zgniłe; cóż grób namaszczać nada, lać wodę na mogiłę![2] Zwrotów jednak podobnych temu jest bardzo mało. Owszem, przekład Skarbka, na ogół wziąwszy, odznacza się troskliwością o poprawność i wdzięk wysłowienia, a książka jego, wydana w r. 1816, wytrzymuje porównanie z najlepszemi, jakie wychodziły podówczas czy to wierszem, czy prozą. Skarbek nie był mistrzem w poezyi: Anakreon też w jego przekładzie przybrał sukienkę szarawą i zadługo skrajaną, która, nie uwydatniła jego wytwornej postaci, ale go i nie oszpeciła.
Bruno Kiciński, biegły wierszopis, przez zażycie się z różnymi poetami, zyskał niemałą giętkość w piórze, i mógł śmielej mierzyć się z warunkami, którym nie podołał Skarbek. Inną też obrał on sobie metodę. Wpatrzywszy się w pracę poprzednika, odgadł że będzie dlań niepodobieństwem iść wiersz za wierszem oryginału w tym krótkim rytmie siedmiozgłoskowym; postanowił więc trzymać się w zasadzie wiersza najkrótszego, ale nie ograniczać się ani jednostajną liczbą zgłosek w wierszu, ani liczbą wierszy w strofie, byle zachowanym był ton anakreontyczny i żywy bieg dykcyi, obok wierności z tekstem. I to mu się udało. Każdy, naturalnie, kto zna oryginał, spostrzeże odrazu, że takim rytmem tworzyć pod muzykę nie mógł Anakreon, ale, oprócz złamania tej zewnętrznej formy, przyzna, że zpod pióra Kicińskiego powiewa duch ze wszystkich tych przekładów najbardziej zbliżony do anakreontycznego. — Ułatwienie w pracy osiągnął też on przez wprowadzenie do niej rymu, zwanego męzkim, czyli jednozgłoskowego (np. miecz, siecz, i t. p.), o czem żaden z poprzednich tłumaczów nie pomyślał, a przecież rym ten nietylko bogaci dykcję, ale i dodaje onej jędrności, urozmaica. — Jeden tylko zarzut można uczynić Kicińskiemu, dotyczący wreszcie i innych, że do bóstw greckich, wzorem pisarzy francuzkich, stosuje nazwy łacińskie: Jowisz, Wenus, Kupido (zamiast Zeus, Afrodyte, Eros), i t. p.
Gdybym był znał przekład Kicińskiego, byłbym prawdopodobnie z własnym się nie kwapił: bo jakkolwiek nie jest to jeszcze co byćby powinno i czem staćby się mogło pod piórem urodzonego poety a mistrza wersyfikacyi, jak np. choćby Bohdan Zaleski, to jednak nie miałbym tej zarozumiałości ażeby być pewnym iż zrobię lepiej od niego. Nie znając wreszcie żadnego przekładu, nie mogłem porównywać, i namyśliwszy się, wolałem wszystko zawdzięczać inicjatywie własnej, a przedewszystkiem dobremu wpatrzeniu się w tekst. Praca wreszcie tego rodzaju nie była mi obcą; miałem bowiem dosyć do czynienia z lirycznemi strofami chóru dwóch wielkich tragików greckich.
Mnie, co do formy zewnętrznej, wydało się że trimeter trochaicus Anakreona, będzie miał u nas najlepszy odpowiednik w wierszu ośmiozgłoskowym, z rymem mięszanym: żeńskim i męzkim, i taki też wiersz wziąłem sobie za zasadę stałą. Wiersz taki, zwłaszcza z cezurą pośrodku, sprawia dykcję żywą i skoczną, jaka potrzebna jest zwłaszcza przy biesiadniczych pieśniach greckiego poety; przy innych, poważniejszych treściach, można cezurę zmienić, to i tak spoważnieje. Zgóry przy jakiej pieśni obliczywszy, że mi 8zgłoskowy wiersz nie wystarczy, dodawałem jedną zgłoskę. Ale, iżby robota nie wyglądała na dowolność nieartystyczną, postawiłem sobie dwa warunki: nigdy w ciągu całej pieśni układu wiersza nie zmieniać, bo warunek ten ściśle przestrzeganym jest w oryginale; oraz zachować w całej pieśni taką liczbę wierszy, jaką ma oryginał, z całą dlań wiernością, a przynajmniej możliwie najmniejszym jej uszczerbkiem. Zasadę tę przeprowadziłem przez całość, z wyjątkiem kilku, trzech lub czterech numerów, gdzie nieprzełamana trudność zmusiła mnie albo jakiś mało znaczący szczegół opuścić, albo coś dla zaokrąglenia lub uwyraźnienia dodać od siebie, albo złamać jednolitość układu wierszowego.
Tyle co do formy zewnętrznej. Co zaś do samego ducha poezyi, kolorytu i tonu, czy powiodło mi się oddać w mowie naszej istotną treść oryginału, sądzić mi niewolno.
Przekładu dokonałem według edycyi pierwotnej, tylko w trzeciem jej opracowaniu (bez tekstu łacińskiego), z r. 1890, przez Walentego Rose, w Lipsku, której całkowity tytuł brzmi: — Anacreontis Teii, quae vocantur Symposiaca hemiambia, ex anthologiae Palatinae volumine altero, nunc Parisiensi, post Henricum Stephanum et Josephum Spaletti, tertium edita a Valentino Rose. — Z edycyi tej, zawierającej 58 numerów, opuściłem wiersze do Batylla, tchnące niemiłym erotyzmem, tudzież kilka widocznie obcych Anakreonowi, tak, iż pozostało tylko 54. — Nie trzymałem się też kolejnego porządku pieśni tamtej edycyi, ponieważ nie dostrzegłem żadnej w nim umotywowanej zasady. Zdawało mi się jednak iż dobrzeby było zasadę jakąś obmyśleć w przekładzie: polegać by ona mogła na treści utworów. Przeważnie, są to erotyki albo sympozjaki (pieśni biesiadne), i tu już podział zakreśla się sam przez się. Ale że znajdują się i inne treści, odmienne, niekiedy nawet dość poważne, sądziłem przeto iż, dla samej nawet dogodności czytających, nie zawadzi je rozgatunkować, i tym sposobem powstało aż sześć działów. — Dla lepszego zrozumienia aluzyi mitologicznych i innych, zaciemniających tekst, nie szczędziłem przypisków, na końcu książki do każdego numeru dołączonych, które radziłbym odczytywać przed odpowiednią pieśnią. — —
d. 30 września 1905 r.

Przypisy

  1. Tu nie mogę się powstrzymać od zaznaczenia, jak karogodnych błędów dopuszczają się u nas wydawnictwa monumentalne. „Encyklopedya powszechna“ S Orgelbranda, z r. 1898, pod art. Anakreon, przekład Skarbka podaje na rok 1846 (zamiast 1816), podając, że tłumaczyli go też Kochanowski i Kiciński, w wyjątkach, kiedy ten ostatni przetłumaczył wszystko, z ogromną nadwyżką.
  2. U Naruszewicza ustęp ten jeszcze nieudolniej wychodzi: — „Próżno skupujesz arabskie wonie, żebyś po moim niemiłe zgonie namaszczał grobsztyny.“ — Przedewszystkiem w tekście greckim niema mowy o kupowaniu arabskich woni: to już dodatek tłumacza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Kaszewski.