Anafielas (Kraszewski)/Pieśń trzecia i ostatnia. Witoldowe boje/XLI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Anafielas
Podtytuł Pieśni z podań Litwy
Tom Pieśń trzecia i ostatnia

Witoldowe boje

Wydawca Józef Zawadzki
Data wyd. 1843
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cała pieśń trzecia
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XLI.

Kto na Wileńskim zamku panuje?
Kto się na Krzywym weseli Grodzie?
Kto dnie i nocy hula, ucztuje?
To Olgerdowicz. We swoim rodzie
Jagiełło wybrał na Wilno Pana.
Skirgiełł z wilczemi usiadł oczyma,
Wziął w rękę Litwę, na wodzach trzyma,
A co pociśnie w silnéj swéj dłoni,
To krew wyciska, łzy Litwa roni.

Skirgiełł na Wilnie — Witold poddany,
Witold lennikiem Olgerdowicza.
W Grodnie się rozsiadł, rwie swe kajdany,
W myślach swe wojsko zbiera, rozlicza.
A Skirgiełł w Wilnie, na Krzywym Grodzie,
Mnichów pozbierał z Kijewskiéj Rusi,
Siedzi przy piwie, siedzi przy miodzie,
Pije i bije, biedny lud dusi.

W zamkowych oknach dzień i noc blaski,
Słychać śpiewanie i słychać wrzaski,
Dzień i noc świeci łuna ucztowa;
A lud strwożony tuli się, chowa,
Mija Gród Krzywy, do domów zbiega,
I ledwie Dzieckich zdala postrzega,
Jak wróble, jastrząb’ gdy na nie bije,
W lasy i góry przed niemi kryje.
Skirgiełło w Litwie. Smutno w czużynie!
Na Rusi przywykł gościć, ucztować.
Ciasno mu tutaj w małéj drużynie —
Ni z kim się napić, ni z kim polować.

— Pojadę na Ruś — woła pijany —
Niech dziką Litwę licho zabierze!
Lud wymęczony, biedny, znękany!
Zjadła go wojna, zjadło przymierze.
Cisnę a cisnę, i nic wycisnąć,
Ni z niego siłą datku wydusić.
Nieraz krwi struga musi wytrysnąć,
Nim do poboru potrafisz zmusić. —

Woła, i rogi napełniać każe,
Mnichów zwołuje, zwołuje straże,
Sadza na ławy, przepija z niemi;
A gdy znękani żarty pańskiemi,
Słowo mu jakie rzekną nieskładnie,
Woła na ludzi, rękoma skinie —

Wiodą w podwórzec — głowa upadnie!
Skirgielł się śmieje. — Znaj mnie, psi synie! —

I pusto w grodzie, pusto po siołach,
W kraju, jak gdyby świeżo po wojnie.
W zamku wesoło, na krwawych czołach
Trunek rozlany zabłysnął hojnie.

Skirgiełł weseli, śpiewa, ucztuje,
Ale mu na Ruś tęskniéj co chwila;
I róg po rogu duszkiem wychyla,
W drogę się jechać, w Kijew gotuje.

W Rusi i miody lepsze i głowy,
Kraśniejsze dziéwki, druhy weselsze,
W Rusi bogatsze z ludu obłowy,
I Skirgiełłowe serce tam śmielsze.


Noc była ciemna, wicher wył z burzą,
Grzmiał Perkun w niebie i ziemia drżała,
W Wileńskim zamku ognie się kurzą,
A w ogniach cała, w okrzykach cała
Góra Zamkowa w burzy szalała;
I słychać było biesiadne krzyki,
I widać było ognie płonące,
Z okien wylatał głos jakiś dziki,
I dymy czarne, i skry błyszczące.
W niebie szalało, szalało w grodzie.

Na każdy piorun wykrzyk wtórował —
Skirgiełł tam w zamku, przy starym miodzie,
Swych ulubieńców, gości przyjmował.

W świetlicy wielkiéj okna otwarte,
Drzwi wywalone, w środku ogniska;
Dokoła pijane postacie sparte,
Do śpienionego miód leją pyska.
Ogień im w oczy, ogień na suknie
Skacze iskrami, płomieniem pryska,
Oni nie widzą, oni nie słyszą!
Gdy niebios piorun po ziemi huknie,
Aż się krawędzie ziemi kołyszą.

Pijani wszyscy! Co w gardło wleją,
To z pieśnią nazad wyjdzie im z gardła;
Tarzają w ogniu, z piorunów śmieją;
Rozum utonął, bojaźń umarła;
Miód im pozostał, co w mózgach światy
Jasne maluje, złotem, szkarłaty,
Co strach odebrał, rozum wygonił,
Ciało obnażył, dusze odsłonił.

W niedźwiedziéj skórze, w miękkiéj pościeli,
Skirgiełł się z swemi druhy weseli.
U jego boku dziéwka pijana,
Tuli się, śmiejąc, do swego Pana.
Piersi jéj nagie, oko jéj łzawe,
Rozwite płyną po ciele włosy,

Usta krwią prysną, zda się, tak krwawe!
Niepojętemi mówią cóś głosy.
Krew na podłodze i krew na ścianie!
Czyja krew? Xiążę! powiedz mi, Panie!
Ojca to dziéwki, matki dziewczyny!
Przyszli wypraszać córkę niebogę,
On ich krwią obmył swe zaślubiny,
Krew prysła w ściany, zlała podłogę.
Potem płaczącéj miód w usta leli,
Póki pijana, póki szalona,
Nie padła napół-martwa w pościeli,
Nie przycisnęła Pana do łona.
A teraz patrzy na krew rozlaną!
Teraz się śmieje z plam na podłodze!
Skirgiełł ku sobie ciśnie pijaną
I pieśni każe śpiewać niebodze.

Rzucił na druhów oczy krwawemi.
— O, jak pijani! — Klasnął na sługi —
Ogień podłożyć pod pijanemi!
Niech ich żółtemi podleje strugi.
Zobaczym, jak się będą w płomieniu
Wić podpaleni. Czy ich wytrzeźwi? —
Posłuszna służba Xięcia skinieniu,
Lecą pachołcy ku ognióm rzeźwi.
I płoną szaty, plonie świetlica!
Pęki podnoszą! Pan klaszcze w dłonie.
— O jakże pięknie drużyna płonie!

Jak im w płomieniach pięknie, do lica!
Pogasić ogień! dosyć płomieni!
Niech moja przyjdzie tu niedźwiedzica.
A okna zaprzeć i drzwi od sieni.
Zobaczym, jak ich czule uściska! —

Wnet z hucznym śmiechem rozewrą wrota,
Leci zgłodniała pańska służebna,
Wzniosła na łapy, oczyma błyska,
I na pijanych, wpół-martwych, miota.
— Odważnaś! Meszko! Byłaś potrzebna!
Ślicznie-bo moje spełniasz życzenie!
Rwij cielska podłe, nie żałuj strawy! —
W komnacie przestrach, głuche milczenie,
A potém krzyki, potém bój krwawy.
Wzniesie się człowiek, pada rozbity.
Z krwawéj mu czaszki źwierz mózg dobywa,
I ssie, cóś mrucząc; a Skirgiełł spity
Zabawce z łoża w dłoń przyklaskiwa.
— Precz mi z trupami! precz mi z niedźwiedziem!
Dawajcie rogi! znowu pić będziem!
Druhy tu do mnie! Bestje! na nogi!
Co? już padliście? nie podniesiecie?
Oknem ich, jak psów, rzucić na śmiecie!
Przypędzić z domów, wołać z ulicy!
Nowi przybędą wnet biesiadnicy.
I precz z tą dziewką! wygnać za wrota!
Przywieść mi inną, młódszą, weselszą!

Tą jakiś zły duch po łożu miota.
Dajcie mi młódszą, piękniejszą, śmielszą,
Co się nie zlęknie ognia, źwierzęcia,
Miodu, i swego Pana Xiążęcia! —


— Kto? do stu czartów! — Skirgiełł zaryczał,
Kiedy we wrotach rogi usłyszy. —
Jaki to tam pies tak zaskowyczał?
Kio śmié w noc późną drwić z mojéj ciszy,
Kiedym przykazał, by z Litwą całą
Wilno usnęło, kamieniem spało,
I tchnąć nie śmiało, i drgnąć nie śmiało? —

Wzniósł się na łoże, a w drzwiach ukaże
Witold. I słudzy padli na twarze.
On pięść złożywszy, zęby zacisnął,
I klątwą dziką w oczy mu prysnął.
— Słudzy ci czołem, ty bij mnie, sługo! —
— Ja! tobie? Xiążę! poczekasz długo,
Nim Kiejstutowicz czołem uderzy!
Nikomu jeszcze nie biłem czołem! —
— To mnie uderzysz, lenniku hardy!
Wiész, że Xiążęcą czapkę ja wziąłem,
W ręce Xiążęcy miecz wziąłem twardy. —
— O! wiém! lecz widzę na twojém czole
Miód nie koronę; a w twojéj dłoni
Róg, co podżega cię na swawole,

Z głowy ci resztę rozumu goni. —
Skirgiełł się porwał, chciał rogiem rzucić,
Ale bezsilny padł na podłogę.
— Po co przyszedłeś? pokój mi kłócić!
Idź w swoję drogę! idź w swoję drogę!
Albo cię każę ściąć tu przed sobą! —
— Mnie ściąć? Bezsilne, rozpustne źwierzę!
Jabym ulęknąć miał się przed tobą? —
Rzekł, i z uśmiechem za brodę bierze,
Spójrzał mu w oczy, głową potrząsa.
Skirgiełł za rękę szarpie i kąsa.
— Patrzcie, o, patrzcie! Pan to tutejszy!
Oto Jagiełło dał Litwie Pana!
Biedny mój kraju! Pan twój dzisiejszy
I drewnianego nie wart bałwana.
Niechby Jagiełło widział cię, Xiążę,
W błocie i we krwi obluzganego,
I namiestnika ujrzał swojego,
Jak z podłym gminem rozpustny wiąże,
Jak wieprzem w błocie podły się tarza,
I na swych braci w szale odgraża!
Litwo! o Litwo! biednaś ty ziemia!
Na takich panów ręceś popadła!
Twoje się stare słońce zaciemia,
Piękna twarz twoja zżółkła, pobladła! —

Puścił pijanego Skirgiełły brodę.
Ten pieni z gniewu, w gniewie bełkocze:

— Na pień lennika! na pień wywiodę!
Serce mu wyjem, krew mu wytoczę! —
Witold ramiony ruszył z pogardą.
Napróżno Skirgiełł ciągnął się, wrzasnął,
Chce go pochwycić. On popchnął hardo,
I drzwi za sobą, śmiejąc, zatrzasnął.

Jedzie i duma, śpieszy do Grodna,
W Podlasie bieży, zbiera swe woje.
— Na Bogi! Litwa lepszego godna!
Skirgiełło! w ręce popadła twoje!
Niedługo będzie królować źwierzę,
Przyjdzie silniejszy, swoje zabierze. —

Mówił, lecz napaść sił miał zamało.
Walczy sam z sobą, choć wre w nim męztwo.
Rozum wątpliwe wskazał zwycięztwo;
Każe mu czekać — czekać przystało.
Skirgiełł niedługo w Litwie pobędzie,
Na Połock rusza — czas Witoldowi;
Pójdzie na Wilno, w Wilnie usiędzie,
A wówczas biada Polski Królowi!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.