Akwilea

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Akwilea
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1898
Druk Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Akwilea.


Kto Akwileę chce zwiedzić, niech przedewszystkiem weźmie z sobą choć tyle, ile najwstrzemięźliwszemu z arabów do posiłku trzeba: garść daktyli i jęczmienny placek. Łatwiej tu bowiem o stary sandał patrjarchy, niż o chleb, i o gwoźdź z podkowy Atyli, niż o kawałek mięsa.
O hotelach, łóżkach, pokojach także tu nie marzyć. Kto chce spocząć, siada na pierwszym lepszym sarkofagu i patrząc na czarne wianki kawek, oblatujące szczyty starej Campanilli, myśli o rzeczach świetnych a minionych; kto chce się wyciągnąć, czyni jak pierwsza lepsza kolumna, upada w trawę i gałązkom powoju pełzać po sobie pozwala.
Chce pić — przychyla do ust opartą gdzieś o płot wysmukłą rzymską amforę i pije, jak ptak wodę, która z nieba spadła; a chce za gościnę dziękować, obraca mowę do popielnic, które po warzywnych sadach ciche stoją, ukazując z pod okrągłych pokryw czarne, zasnute pajęczyną wnętrza, a w nich nieco prochów tych, co tu panami byli. Dziwne miasto! Dwie cywilizacje, jedna na drugiej pod niem leżą, a na obu rozkorzeniły się cyprysy i bluszcze. Nie skonało gwałtowną śmiercią jak Pompeja i jak Herkulanum; nie zachowało w czystości zagrobowego piękna dawnych swoich rysów: ani tych, w kamei ciętych, jakie miało za Cezarów; ani tych wpół mniszych, a wpół wojowniczych, jakie na niem patrjarchat wycisnął.
Zmieszane, zbite, stłoczone, wieki na wiekach tu leżą, nie syn po ojcu, jak je rodzi czas, ale jak je stratował i skopał biały koń Atylli, co kopytami w piorunowych błyskach spadł na rzeczy żywe i umarłe, razem je druzgocąc pod jakiś nowy, wielki posiew życia.
Ale życie cofnęło się przed tym gwałtem i nowego posiewu nie dało.
Pustka było imię tego, co tu przyszło przesiewać widmową dłonią popioły, po owej pożodze, którą sobie wielki barbarzyńca podesłał pod nogi, górę sypać dawszy tam, gdzie teraz dawny Castel nad Udino sterczy, by mieć u stóp widzenie ognistego morza, gdy się płomień na białość marmurowej Akwilei rzuci, i upajać się dymem śmierci, z tej olbrzymiej kadzielnicy płonącego grodu, nad którym orzeł nagłą jasnością z gniazda swojego ruszony, bił skrzydłami od wschodu słońca do zachodu słońca, myśląc, że jest zorzą. Aż zmordowawszy loty, oparł je na czerwonych łunach, spadł piersią w płomienisko i tak się dokończył.
Dziwne miasto! Zrzuć z piędzi ziemi barwinki, co ją modro kwiecą, i wiosenne darnie, rozkop ją przed sobą głęboko, a dobierzesz się do jakiegoś akweduktu z czasów Augusta lub Trajana, do potrzaskanych mozaik jakiegoś atrium, do maszkar jakiegoś impluvium, do cokułu zgruchotanego posągu, do pogrzebanych podstaw kolumny, do opadłych z czoła świątyni fryzów.
A na tem wszystkiem pokład skruszałych marmurów, prochów ludzi i zwierząt, spalenizna kości, cały ten żywy humus historycznej gleby, na którym korzeniło się i bujało bliższe ciebie życie: życie, co także już rumowiskiem jest tylko. Tu ci więc z pod nóg wyjrzą połamane płyty grobowe, znaczone palmą, oliwną gałęzią, rybą i swastyką; tu rozbite ręce grubo ciosanych posągów, z bizantyńska, dwoma palcami błogosławią pokolenia mar dawno minionych; tu zaszłe mułem czaszki, których usta wołały: „Chryste! Chryste!” usta, których prochu nie rozróżnisz w tej kostnicy wieków od prochu liszki ziemnej i szarańczy wietrznej. A na tem znów zwir i glina i kamień i pot nędzarzy, uprawiających te grobowe ziemie, aby na nich siać i żąć, a nędzę swoją podeprzeć jeszcze na czas mały.
Dziwne miasto! Wskróś dawnych jego ulic woły płowe zaorują skiby; bazylikę jego obeszły zdziczałe pastwistka; winnice na rynkach i placach wyrosły, a wierzba puszcza latorózgi we wnętrzu komnat rozsypanych gmachów.
Szczere pole rozwiodło, rozepchnęło sobą dawne jego części. Po ugorach, po haszczach, po zarosłych cierniem wertepach szukać trzeba jego obwodu, jego starych granic. „Monastero,” dziś osobna osada, obrosła ubogiemi siedzibami rybaków, jak grzybem, to jeden z dawnych klasztorów miasta, odcięty od niego teraz uprawami kukurydzy i koniczyn. Idź dalej jeszcze na wschód, w kierunku dawnej „via Gemmina” rzymskiej, a napotkasz folwarczne podwórze, u którego wrót, po obojej stronic stoją dwie korynckie kolumny. Siwe jałowice przychodzą się czochać o ich złotawy marmur, kiedy je pastuch do obory pędzi. Idź na północ, a ogarną cię role ciche i bezpłodne, na których chudą trawę gryzą chude kozy; co gdy miniesz, obaczysz w pustce kilka nędznych domostw, w miejscu, gdzie dawniej była brama miasta: dotąd noszą one nazwę „All’ porta Aquileia.”
Idź na południe, a zajdziesz w karczowiska, które, nim na nich las porósł ten, co go już niema, były miejscem, gdzie stała świątynia przez celtów czczonego Apolina-Belena, na południowym obwodzie miasta, nieopodal amfiteatru, wzniesiona. Z świątyni ocalały fragmenty rzeźby i ofiarne ołtarze: o amfiteatrze świadczy jedna tylku marmurowa deska, której grecki napis opowiada o pięknej Bazylii, rozkoszy oczu widzów tu i w Taorminie, aktorce niezrównanego wdzięku, która, młodo umierając, urnę z popiołami swemi pod sceną amfiteatru w Aquilei pogrzebaną mieć chciała. Deska ta może oznaczała miejsce, gdzie owe wdzięczne popioły spoczęły.
Dziwna rzecz! Kiedy z takiego amfiteatru nie zostało nic, a z świątyni drobne tylko okruchy, tu owdzie między karczowiskiem widać wielkie, ciężkie, z szarych głazów budowane rudery, które jeszcze krzepko stoją, choć sądząc z ich przeznaczenia, co najmniej współczesne amfiteatrowi być musiały. Są to koszary kamienne, w których na noc zamykano niewolników, używanych do osuszania bagien i uprawy pól, owych to „Coloni”, skupowanych w Panonii, Noryce i Sławonii. Właściwie mówiąc, nie jest to nawet dziwnem. Z marmurów Akwilei budowała się przez długi czas Wenecya i zdobiła niemi, zabierało je Udine i inne, co bliższe miasta. Kiedy trawa po Hunnach zarosła, nieszczęsny gród zburzony stał się wprost łomami marmuru, z których brał kto chciał i jak chciał korzystał. Ale rudery owe kamienne nie budziły niczyjego pożądania i tak przetrwały.
A w niej przetrwał jęk, który, gdy idziesz mimo, a duszę masz echową, dziś jeszcze odbija się w niej skargą. I stajesz wtedy i słuchasz, bo ci się zdaje, że słowa tej skargi rozumiesz...
I tak jest! Slavus sclavus tu jęczał, jego to głos przywarł do tych kamiennych murów.
Akwileja za swoich świetnych czasów pod panowaniem Trajana prowadziła szeroki handel winem i oliwą, za które w zamian brała niewolników i bydło. Nie wiem, jak się tu działo bydłu na tych chudych i bagnistych paszach, ale z napisów na płytach grobowych zebranych w muzeum widzę, że niewolników wyzwalano często. I tego nie wiem, co o tych częstych wyzwoleniach historycy mówią, ale gdy wyzwoleńcy do siedzib nie wracając tutaj wymierali, to wyobrażam sobie, że wyzwolenia te były częściowe może tylko, i że się odbywały mniej więcej w ten sposób.
Slavus sclavus zjadany smutkiem marnieje. Ma chleb, trochę wprawdzie ościsty i spleśniały, ale zawsze chleb. Ma wodę, czasem trochę zatęchłą, ale zawsze wodę. W wielkie upały nawet mu do niej trochę octu leją. A jednak marnieje. Już w nim tej dobrej siły niema, co przed rokiem; już mu twarz spadła, drżą ręce, oczy mgłą zachodzą.
— Co ci to, niewolniku? — pyta pan. Slavus sclavus ma pana wyrozumiałego, jaki się często za zbożnej dynastyi Antoninów trafiał.
— Czyś głodny?
— Nie głodnym, panie.
— Czyś chory?
— Nie chorym, panie.
— Czemu więc twarz twoja spadła, a dobrej siły niema w ręku twoich? Oto cielec, któregom razem z tobą kupił; rośnie pięknie i już rogi puszcza. Dlaczegóż z ciebie nie mam tej korzyści?
— Za wolą tęsknię, panie!
Pan zamyśla się, milczy przez chwilę, aż rzecze:
— Za wolą tęsknisz? Nie mogę tracić ceny tych łagwi oliwy i wina, którem za ciebie dał. Skoro jednak marniejesz, coś stracić muszę, bym nie utracił wszystkiego. Słuchaj tedy, co uczynię: Wolę ci dam i nie będziesz się liczył między niewolników; postronek, który na szyi nosisz, zdjąć każę. Uprawiać będziesz pole moje przez dni cztery; przez dzień Marsa, przez dzień Saturna, przez dzień Jowisza i przez dzień Wenery; przez resztę dni rób co chcesz i pracuj jako chcesz na wyżywienie swoje.
Slavus padał do nóg panu i wstawał — pierwszym pańszczyznianym chłopem. Cztery dni obrabiał grunt pański, a piątego i szóstego, a także i siódmego wolny sobie chodził, grając na piszczałce, uczynionej z trzciny, na blizkiem „Paludi” rosnącej, a krzepiąc tą odrobiną woli duszę swoją, o chlebie zapominał, tylko grał, grał, a na północ ze łzami poglądał.
Daleko mu było i teraz, co prawda, do rosnącego i puszczającego rogi współtowarzysza doli, panońskiego cielca; ale choć przez trzy dni w tygodniu głodny, życie miał przecież w oczach, a tak rozegrał duszę, że gdy przyszedł dzień Marsa i dzień Saturna i Jowisza i Wenery, przy robocie śpiewał. Co słysząc pan jego, wysoko podnosił głowę, wydymał wargi i mówił: „Mój wyzwoleniec śpiewa”. Tak jak teraz, dajmy na to, wydawca mówi: „mój poeta pisze”. A gdy srodze wychudły i nagiem ciałem świecący Slavus sclavus umierał, co zwykle czynił dość rychło w tych klimatach, które mu przyrodzone nie były, pan na kawale granitu albo marmuru pisać dawał, jako umarł wyzwoleniec takiego to a takiego zacnego kwiryty. Co widząc insi, jaka z tego chluba rośnie, iż to ludzi próżnych jak teraz, tak i za zbożnej dynastyi Antoninów było dość, toż samo czynili. Ile, że z podziwieniem przekonano się, jako wyzwoleniec przez dni cztery tyleż wykonał pracy, ile Sclavus przez dni siedm wykonywał, co oczywiście poślednią pobudką ku szlachetnym czynom żadną miarą być nie mogło. A tak się owych tablic za czasem sporo zebrało.
Do dzisiejszej Akwilei przybywa się od strony Bazyliki. Zdala już widać jej potężną Campanillę, wpośród pól płaskich, położystych, ku lagunom Adryatyku skłonionych. Dwa stołby kwadratowe jeden na drugim stoją, na ogromną wysokość z szarego granitu dźwignięte, ostrym dachem nakryte, arkadami pod nim rozświetlone, a jak baszty forteczne, gęsto wylotami strzelnic czerniejące. Z dzwonnicy tej otwiera się widok ku wschodowi na Julijskie Alpy, a ku południowi na morze. Ziem wszakże na zachód leżących i na północ nie rozeznasz, taką ci się w oczach modrą mgłą ta dalekość czyni. Powiadają, że kiedy z tej wysokości huczały wielkanocne dzwony, to je w Wenecyi słychać było i w Tryeście. Teraz tej mocy głosu już nie mają: dzwonników dawnych brakło.
Sama Bazylika, ciężka masa posiwiałych murów, osiadła w ziemi tak, że wchodząc do niej, przestępujesz próg nizko, pod warstwą dzisiejszego życia leżący. Ale ta zaklęsłość nie jest jej najdawniejszym poziomem. Więzienie św. Hermagorasa, w kryptę po jego męczeństwie zamienione i pierwotnem jądrem świątyni tej będące, leży niżej jeszcze. Leży tak nizko, jak wielkie płaskie kamienie starych rzymskich bruków, któremi na jakie dwa metry w głąb podesłane są winnice i pastwiska, zajmujące dziś pięć szóstych części dawnej Akwilei.
Jakiś wielki smutek, jakaś niezmierna melancholja leży w tej perspektywie głębokiej, pełnej jednostajnej szarzyzny, jaką tworzą trzy puste, bardzo długie nawy Bazyliki.
Idziesz, a razem z tobą zdają się iść te rzeźbione figury sarkofagów, proste, sztywne, w ornament architektoniczny wciśnione, same jeszcze z przewagi ornamentu nie wyzwolone. Idą z tobą, czepiają się ciebie, stają się cieniem twoim. A wszystkie z ust twoich czekają użalenia, westchnienia, wspomnienia. A wszystkie z oczu twych patrzą współczucia, z niezmiernym smutkiem kamieni opuszczonych, nie wiedzących, po co się narodziły i żyją, i poco to życie tak bardzo podobne jest śmierci?
W pośrodku dwa przecudne kapitele, z korynckich kolumn strącone, za kropielnice służą; dalej nizki starożytny ołtarz, po za którym absyd przyćmiony zasłoną poruszaną wiatrem, wchodzącym przez wybite szyby. W absydzie tym, na podwyższeniu, modli się ksiądz na pulpit skłoniony i z zakrytą twarzą. Mała lampa kołysze czerwony płomyk tuż nad jego głową. Jest coś przejmującego w tej ukorzonej postaci, w tem oświetleniu, w tych szeptach chwiejącej się zasłony, w tym momencie całym.
Pod staremi murami, z których przeświecają gdzieniegdzie zblakłe freski, z odpadłych tynków, stoją marmurowe sarkofagi wielkich patryarchów. Te sarkofagi są jedynym zbytkiem Bazyliki. Jedne stoją w kaplicach bocznych, drugie w chórze, na kolumienkach marmurowych podniesione, jak owe grobowce z XIII-go wieku na placu Dominikańskim w Bolonii. Z niektórych zostały tylko marmurowe deski przednie rzeźbą zdobne. Na prawo taki sarkofag, podniesiony na czterech nadzwyczajnej lekkości kolumienkach, zagrodzony jest od dołu z dwu stron marmurowemi deskami, od wnętrza gładkiemi, a zewnątrz zarzuconemi przebogatą rzeźbą liści, kwiatów, gryfów, lwów, jeleni, między któremi powtarza się postać orła, jako motyw przewodni, co wszystko obramia i dzieli niezmiernie delikatna i subtelna w prostocie swej plecionka geometrycznych linij.
Wygląda to zdaleka jak płot rozgrodzony, zblizka zaś oczu od tego oderwać nie można, takie to bujne, żywe, naiwne, takie wcale nie klasyczne, a takie wdzięczne.
Główny korpus Bazyliki połączony jest rodzajem perystylu, na kolumnach zbieranej drużyny opartym, ze starem Babtisterium. Jest to niewielka podłużna świątynia, w zupełnej ruinie stojąca, po za którą, w obmurowanym obwodzie, znajduje się prastara chrzcielnica, w której pogan chrzczono: wielka ośmiokątna cysterna, ze stopniami wnętrznemi, aż do źródła wody chrztu, co tam z niej biło. Wszystko to, zawalone dziś gruzem, wprost trudne do zwiedzenia; widok pustego po ołtarzu pierwotnym miejsca i wydartej mensy — nadzwyczaj przykry. W pośrodku świątyńki tej koło z kamienną Swastyką, a w niem wyobrażenie baranka: po kątach, po framugach okien okruchy marmurów, ułamki fresków, napisy, kości. Cały legion angielek miałby tu co na pamiątkę brać.
Przed kilkunastu jeszcze laty był tu tymczasowy skład wykopalisk, dobytych tak w Akwilei, jak w „Monastero” i w „Colombara”, dawnem Columbarium rzymskiem, które to wykopaliska znalazły teraz pomieszczenie w nieopodal stojącem muzeum. Nim owo muzeum zbudowane zostało, radzono sobie z owemi skarbami rozmaicie. Jedni mieścili wykopane rzeźby i urny pod ścianami domów, w ogrodach, w kramach, w pomieszkaniach. Inni sprzedawali kolekcyonistom takim, jak Ritter-Zahony, albo jak Eugen-Ritter; jeszcze inni roztłukiwali urny kamieniami, patrząc, ażali w nich skarbów jakich niema. Ale był tu inżynier Hieronim Moschettini, który z takich ułamków wielki kawał muru zbudował, na cement wziąwszy kolumny, kapitele, głowy Meduzy, satyrów, torsy, konie, urny, płyty grobowe, dzbany, lampy, posągi, wszystko, co mu się zgromadzić udało.
Proszę sobie wyobrazić taki galimatias!
I stał ten mur dość długo i może niejeden z tych, co te kartki czyta, widział go na własne oczy. Było to zapewne najosobliwsze muzeum, jakie powstało kiedykolwiek w Europie, a chociaż dobry smak oburza się na taką „kamienną marmeladę”, jak opowiadający o murze tym Majonica, konserwator obecnego muzeum, go zowie, ja żałuję, żem tego nie widziała. Bo co to za fantazya, proszę! Jaki bujny barok! Teraźniejsze muzeum mieści się w siedmiu dobrze pełnych salach, z których dwie do owych Ritterów należą. Ale niewszystko tam się mieści. Popielnice, urny, kolumny, sarkofagi, amfory pod gołem niebem stoją, zajmując klomby i trawniki w obrębie muzeum. Typ wykopalisk tych i tych zabytków nie ma w sobie nic bardzo znamiennego; znaleźć tu można to wszystko mniej więcej, co się znajduje po innych zbiorach tego rodzaju w miastach włoskich. Na wzmiankę zasługuje wszakże ogromna obfitość płyt i napisów grobowych, które wprost z bogactwem Muzeum Lateraneńskiego w Rzymie porównana być może.
Po za tem i tu, jak wszędzie na tych klasycznych ziemiach, wiele bardzo ciekawych fragmentów rzeźby, przeważnie dekoracyjnej; na wszystkich niemal wszakże znać, że je dobywano w sposób nieumiejętny i całkiem dorywczy. Uwagę turysty zwracają głównie na dwa olbrzymie posagi cezarów: Tyberyusza, występującego jako Pontifex maximus w todze na głowie, i w akcie czynienia libacyi bogom — jeden, a Klaudyusza w Cesarskiem „Pallium” — drugi; na wdzięczną Wenus, bez rąk i bez głowy, w takiemże przygięciu ciała, jak kapitolińska, tudzież na tors męzki w silnem naprężeniu muskułów i w śmiałym ruchu szyi, tem ciekawszy, że z nieskończonego jeszcze posągu pochodzący i zdradzający technikę starej szkoły swojem punktowaniem.
Jabym dodała do tego wyborną, lubo uszkodzoną silnie grupę dwóch młodych satyrów jadących nu jednym ośle, tudzież bachantkę z odrzuconą w tył głową, płaskorzeźbę tak delikatną, że zdaje się być cieniem rzuconym na białość marmuru.
Najcenniejsze przedmioty dobyto z grobowców: tych przynajmniej nie eksploatowała Wenecya. Odznaczają się szczególniej wytworne Intaglios, kamienie rznięte, równie jak drobne figurki z bronzu, kości i bursztynu. Specyalnością starej Akwilei zdają się być te wyroby z bursztynu; ciekawe są zwłaszcza pierścienie z popiersiami do trzech cali wysokości mającemi, tak że pierścień podobny w żaden sposób do noszenia służyć nie mógł, ale był raczej pamiątkowym klejnotem, który w urnę zmarłemu kładziono. Zbiory Akwilejskie łzawnic, popielnic szklanych, amfor z terrakoty i lampek, tak z pogańskiej epoki, jak i z czasów chrześciaństwa, są wprost pierwszorzędne. Dekoracyjne rysunki pogańskich lampek czynią z nich już dzieła sztuki jakby. Ritter-Zahony ma bogaty zbiór muszel i naszyjników dobytych z Colombara, ciekawą kolekcyę kluczy z Monastero i delikatnych naczyń szklanych, tak zwanych Vasa arretini. Ale choć muzeum akwilejskie otwarte jest od lat dwunastu, podawnemu przecież niema ogrodu, w którymby starożytne, pociemniałe amfory nie obrastały bluszczem, niema podwórka, w którymbyś nie spostrzegł jakiej małej votivary (wotywnego ołtarza), ofiarowanego to Fatum, to Nemezis, to Parkom, to istocie opiekuńczej, którą jeden zowie: Spes-Augusta, a drugi Bona dea. Niema domu, przed którym ławka nie byłaby oparta na kapitelach, lub ułamkach kolumn. Zabawny jest czasem użytek, jaki z kapitelów takich się czyni. Na jednym stoi miska bobu na sprzedanie przed małym kramikiem; drugi wyżłobiono na stępę do maku; trzeci opasany powrozem, założonym za nogę kozy, zastępuje miejsce kołka.
W ogóle jest tu wielkie spoufalenie ze starożytnościami. Dzieciaki dziś jeszcze znajdują często: monety, kawałki rzniętego agatu albo karniolu, bursztyny, fibie, skarabeje, bierki do gry w kości. Bawią się tem podrzucając i łapiąc, ciskając do celu lub handlując między sobą; gdy zaś zobaczą cudzoziemca, hurmem lecą za nim, rade sprzedać per un soldo choćby duszę własną. W Akwilei przewodników urzędowych i oprowadzaczy z rzemiosła niema; ale czereda dzieciaków stale ci towarzyszy. Chcesz naprzykład zwiedzić zamkniętą kryptę. Zakrystyana niema, wykopuje gdzieś resztki przeszłorocznych głąbów, ale niech cię to wcale nie martwi. Natychmiast ze dwadzieścia dzieciaków wpada do kościoła, do zakrystyi, jeden drugiego podsadza do gwoździa, na którym wisi pęk kluczy, porywają ten pęk i lecą majstrować u krypty. Hałas, krzyk, rwetes, jakby raz jeszcze hunny miasto naszły. Szturchają się, popychają i wymyślają sobie, póki jakoś nie dobiorą klucza. Wtedy wpada cała zgraja kłębkiem do podziemia, przewraca się, toczy, gubi w niepewnem świetle czapki i pantofle, poczem z tą poufałością przedziwną, jaką włosi mają do swojego świętego, wdrapuje się to wszystko na kraty, zagląda z wierzchu do żelaznej skrzyni, puka w nią, dudni piąstkami, próbuje, czy mocna, pakuje się między kratę a skrzynię, gospodaruje, jak u siebie w domu.
Gdy wyjdziesz, lecą przed tobą z tymże pękiem kluczy i otwierają ci Babtisterium. Teraz zaczyna się prawdziwa heca. Wszyscy zrzucają pantofle i włażą do basenu; krzyczą, śpiewają, wywijają czapkami, obsiadają stopnie, jak wróble; a że każdy chce się popisać z erudycyą swoją, z dwudziestu ust dowiadujesz się na raz, że tu się „Gli pagani” chrzcili. Ano dobrze! Masz naturalnie tej wrzawy więcej niż dość, i chciałbyś się od tego tałatajstwa odczepić. Gdzie tam! Opanowali cię zupełnie, uważają cię za swoją provincia capta. Teraz już ci nawet nic nie proponują, tylko zapowiadają ci wprost, że idziesz oglądać una strada romana. Co masz robić? Idziesz. Okazuje się, że ta strada romana, to jest kawał rozkopanego pastwiska, o kilometr jaki od Bazyliki może, które ukazuje starą brukowaną płaskiemi kamieniami ulicę z rzymskich czasów, jakąś już gdzieindziej widział. Nie żałujesz wszakże, żeś poszedł; tu bowiem czekało na ciebie wybawienie twoje. Któryś z malców wygrzebał kawałkiem szkła między kamieniami skruszały drobny pieniążek. Natychmiast wszyscy rzucili się do poszukiwań, a tak zostałeś zapomniany, wolny.
Ta natarczywość dzieciaków byłaby wprost nie do zniesienia, gdyby nie nadzwyczajna piękność tego typu. Nigdzie chyba niema tak przedziwnie pięknych dzieci, jak w Akwilei. Twarze są przeważnie śniade, szczupłe, jakby przywązkie nieco stosunkowo do rozwiniętego przepysznie czoła, wspaniałego łuku brwi i wielkich, podłużnych ciemno szafirowych oczu, z rzęsami bajecznie i tak jak włosy czarnemi. Jakaś gwiaździstość jest w tych oczach, jakaś niezwykła promienność źrenic — coś co stanowi specyalny jakiś gatunek oczu w tych małych akwilejskich putti. Kobiety też są piękne, ale znać, że w biedzie więdną nazbyt wcześnie. I tu powtarza się ta szczupłość twarzy, ten szafir źrenic i te podłużne, silnie ocienione powieki.
Jakieś szczególne wrażenie czepia się wędrowca opuszczającego Akwileję: zdaje mu się, że turkot kół byłby tu czemś niestosownem, czemś nie w miejscu. Woli iść pieszo choć do Monastero. Zdaje mu się, że z takiego cmentarzyska wieków wychodzi się, ale nie wyjeżdża.
Idzie tedy i odwraca głowę raz, i jeszcze raz, i zaczyna ogromnie rozumieć Jeremjasza. Wprost słyszy w powietrzu cichem bolesny głos lamentacyi jego: ...„Quomodo sedet sola civitas plena populo? Facta est quasi vidua domina gentium: princeps provinciarum facta est sub tributo...”
Idzie, a oto w szczerem polu zastępuje mu drogę strzaskana kolumna z czarnego marmuru. Samotna, bezimienna, rozkoronowana z kapitelu swego, stoi w szerokiej pustce i milczeniu zarosłych zielskiem, zdziczałych ugorów. Jest to najbardziej przejmujący wyraz spustoszenia, jaki mi się widzieć zdarzyło. Ni życie to, ni śmierć, tylko jakieś beznadziejne i niepocieszone istnienie...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.