Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zdziczałe pastwistka; winnice na rynkach i placach wyrosły, a wierzba puszcza latorózgi we wnętrzu komnat rozsypanych gmachów.
Szczere pole rozwiodło, rozepchnęło sobą dawne jego części. Po ugorach, po haszczach, po zarosłych cierniem wertepach szukać trzeba jego obwodu, jego starych granic. „Monastero,” dziś osobna osada, obrosła ubogiemi siedzibami rybaków, jak grzybem, to jeden z dawnych klasztorów miasta, odcięty od niego teraz uprawami kukurydzy i koniczyn. Idź dalej jeszcze na wschód, w kierunku dawnej „via Gemmina” rzymskiej, a napotkasz folwarczne podwórze, u którego wrót, po obojej stronic stoją dwie korynckie kolumny. Siwe jałowice przychodzą się czochać o ich złotawy marmur, kiedy je pastuch do obory pędzi. Idź na północ, a ogarną cię role ciche i bezpłodne, na których chudą trawę gryzą chude kozy; co gdy miniesz, obaczysz w pustce kilka nędznych domostw, w miejscu, gdzie dawniej była brama miasta: dotąd noszą one nazwę „All’ porta Aquileia.”
Idź na południe, a zajdziesz w karczowiska, które, nim na nich las porósł ten, co go już niema, były miejscem, gdzie stała świątynia przez celtów czczonego Apolina-Belena, na południowym obwodzie miasta, nieopodal amfiteatru, wzniesiona. Z świątyni ocalały fragmenty rzeźby i ofiarne ołtarze: o amfiteatrze świadczy jedna