Żywe grobowce/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXIV.

Kiedy przyszedłem do celi, zegar wybił drugą godzinę. W calem więzieniu panowała zła, groźna cisza, cisza, która nieraz mówi więcej od najgłośniejszego hałasu. Podobna cisza nieraz w duszy więźnia wywołuje żal i tęsknotę do zmarnowanych lat, spędzonych w poniżeniu i w pogardzie. Cisza ta przejęła mnie teraz do szpiku kości. Idąc przez korytarze, doznawałem wrażenia, że z cel, które teraz stały pustkami, duchy pokutujących więźniów wyciągają do mnie przez drzwi niewidzialne dłonie, chcąc mnie przygarnąć do siebie. Dopiero gdy przekroczyłem próg celi, odetchnąłem z ulgą, a odchodzący dozorca swoim głośnym chrapliwym kaszlem rozweselił nieco tę martwą ciszę, która mnie tak przeraziła.
Wszyscy więźniowie w celi spali snem sprawiedliwych. Tylko jeden Tadek nie spał; widać skrzynie napełnione szeleszczącemi banknotami przeznaczonemi do kotłowni na zagładę nie dawały mu zmrużyć oka.
— Co słychać? — zapytał mnie cichym głosem. — Zblatowałeś klawisza?
— Tak, wszystko zrobione, ale muszę natychmiast mieć kilka banknotów, by mu je pokazać. Chce się przekonać, czy one mogą mieć jakąś wartość i czy nam się opłaca ryzykować.
Tadek spojrzał na mnie napół podejrzliwie, — w tym świecie stale jeden drugiego podejrzewa, — i odparł:
— Mnie się zdaje, że klawisz chce cię nabrać i zaprowadzić cię z formą prosto do karceru. Czy go dobrze wypróbowałeś? Czy jesteś pewny, że on nas nie zakapuje? Już żałuję, że kazałem ci z nim się wdawać...
— Bądź spokojny, klawisz nie jest taki frajer, jak mnie samemu się wydawało. Ja za niego odpowiadam. Daj mi tylko na moją odpowiedzialność trochę papierków, a resztę zostaw mnie.
— Dobrze mówisz, że ty odpowiadasz. Ale radzę ci, bądź ostrożny, to nie groszowa robota. Co do mnie, nie ręczyłbym za własnego ojca i matkę. Frajerom ufać nigdy nie można. Ja za to, że zaufałem jednemu frajerowi, mam chleb na sześć lat.
— Mówię ci po raz ostatni, — rzekłem z przekonaniem, — że odpowiadam przed dyntojrą. Daj mi, co masz dać, bo zaraz znów po mnie przyjdzie. No, prędzej!
Tadek zlazł z siennika i pokolei obchodził wszystkie łóżka śpiących więźniów; a gdy przekonał się, że śpią, rozpruł róg swojego siennika i pakując rękę aż po ramię, wyciągnął mocno sprasowaną paczkę stumarkowych banknotów. Przełamał ją napół i zawołał:
— Masz połowę paczki. — Cała paczka zawiera sto tysięcy marek. Liczyć, wiele tu jest forsy, nie warto. Jak nam się uda, będziemy mieć tego do cholery i trochę. Jak z nim dobrze załatwisz, to resztę też trzeba m u będzie zanieść. Tu w celi może być „hipisz“. A klawisze potrafią i do „dzieci“ zaglądać. Powiedz tylko teraz, jak się podzielimy dolą?
— Ja mówiłem mu, że przyniesionemi przeze mnie pieniędzmi z kotłowni podzielimy się na równe części. Sam rozumiesz, że nie mogłem mu odrazu powiedzieć, że należą jeszcze inni wspólnicy do tego interesu. Napewno nie zgodziłby się, aby kilku wiedziało o tem. Ale gdy już forsa będzie, to on będzie w mojem ręku, a wtedy wszystko mu powiem. Będzie zmuszony milczeć, gdyż na wycofanie się będzie już za późno. Będzie wtedy skakał, jak my mu zagramy. Zobaczysz...
— Pamiętaj, żeby czasami nie było odwrotnie. Wtryń mu dobrze forsy, a on zaraz przyjdzie po ciebie. Pamiętaj, żeby na jutro na pierwszą w nocy było wszystko gotowe. Mieliśmy to dziś urządzić, ale już się nie da. Więc pamiętaj...
Uścisnęliśmy sobie ręce na znak zgody i przyjaźni, poczem usiadłem na mojem łóżku czekając na przybycie werkmistrza. Nie potrzebowałem długo czekać. Godzina jeszcze nie upłynęła, a już poznałem jego ciężkie kroki, zbliżające się do celi. Po chwili byłem już na piekarni.
Nie zdążył drzwi piekarni zamknąć, gdy mignąłem mu przed oczyma paczką banknotów. Rozwarł niedowierzająco szerokie oczy i wyciągnął pożądliwie dłoń. Tę samą szeroką dłoń, która waliła po pysku więźniów za skradzenie kawałka chleba. W tej chwili wydawał mi się najpodlejszym z podłych na świecie. Czułem teraz swoją wyższość nad nim: ja jestem tym, za kogo mnie uważają, — więc bez maski. On zaś nosi maskę uczciwego człowieka i wychowawcy więźniów, a w rzeczywistości nie jest lepszy ode mnie. Wielu podobnych mu ludzi pod maskami istnieje na świecie, — pomyślałem wówczas. Zawsze lubiłem dużo myśleć. Rozmyślałem przed popełnieniem przestępstwa, rozmyślałem także zawsze, jaki podły jestem, po jego spełnieniu. Poczucie zła i dobra nigdy mnie nie opuszczało, nawet w chwili dokonywania występku, — a jednak....
Paczkę banknotów schowałem za sobą, mówiąc teraz do niego głosem, jakby on był więźniem, a ja werkmistrzem.
— Mam tu około pięćdziesięciu tysięcy marek, może i więcej. Kamienicę można za to kupić, — drażniłem go. — Możemy mieć tysiąc razy więcej, jak pan mnie posłucha. Będzie pan mógł sobie założyć własną piekarnię i nie być stróżem w więzieniu, — zakończyłem ironicznie, widząc jak cały drży na samo wspomnienie o bogactwie, które mu obiecuję.
— Daj, daj, — prosił błagalnym tonem krocząc za mną z wyciągniętą dłonią. — Wszystko zrobię, wszystko, jak Boga kocham... Daj już, zobaczę jak wyglądają...
Podałem mu kilka banknotów. Prędkim krokiem skierował się do swojej dyżurki, a ja podążyłem za nim.
Oglądał banknoty pod światło: Wyjął własny banknot stumarkowy i porównywał każdą kreskę. Oglądał na wszystkie strony, trwało to z piętnaście minut, poczem zwrócił się do mnie wyciągając dłoń:
— Jak widzę, jesteś morowy żydek. Daj rękę, z tobą widzę można wszystko zrobić. Ja lubię z żydkami robić interesa. Copraw da żyd trochę czasami oszuka, ale za to potrafi język trzymać za zębami we wszystkiem. Niema jak z żydkami, — zawołał uradowany własnemi słowami, ściskając mi rękę po bratersku.
Poufałość jaką mi okazał ten człowiek, który bądź co bądź był moim panem życia i śmierci, pochlebiała mi i niemniej już uradowany od niego, zawołałem:
— Masz pan wszystko. Mnie pieniędzy tu nie potrzeba. Pan mi przyniesie codziennie trochę kiełbasy, — zresztą zawsze panu powiem, co mi pan ma przynieść. Moją część, która jutro razem przyniesiemy, także panu oddam. A gdy wyjdę na wolność, pan mi odda pewną sumę i będzie kwita. A jak pan myśli, zwolnią nas kilku, którzy tu jeszcze zostali, czy też nas wyślą do Poznańskiego?
— Napewno was dziś — jutro zwolnią. Bolszewicy są już na rogatkach Warszawy. Tylko starajcie się prędzej tę forsę dostać, zanim ją spalą. Tyle forsy, tyle forsy, — biadał pan werkmistrz tak, że obawiałem się, by nie dostał apopleksji z żalu, który wyczuwałem w jego słowach.
Wyciągnął z kieszeni mały pakuneczek i rozglądając się dookoła, wręczył mi go, mówiąc:
— Masz tu szynkę, zjedz sobie. Jak wszystko dobrze pójdzie to biedy nie będziecie mieć. — A zniżając głos dodał: — Wódeczkę też przyniosę, tylko sza...
Kiedyśmy się umówili co do naszej wyprawy po złote runo na kotłownię, zabrałem się do pracy. Po chwili też, pan werkmistrz przyprowadził pozostałych kilku piekarzy i praca poszła pełnym biegiem. Pan werkmistrz znów przybrał urzędową groźną postawę i patrzył na wszystkich surowo, jak to miał we zwyczaju.
Niezauważony przez nikogo, wszedłem do szafy z ubraniem i rozwinąłem pakuneczek. Ślinę łykałem na myśl o smacznej szynce, którą mam wziąć na ząb. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy zauważyłem, że pakuneczek zawiera więcej chleba niż szynki!
Złość mnie ogarnęła. Za tyle forsy, co mu dałem, mógł się okazać hojniejszy. Pocieszyłem się wszakże zaraz myślą, że tylko na pierwszy raz tyle przyniósł. Poprawi się napewno, gdy się teraz przekonał, że nie bujam. Zresztą niech tylko jutro ze mną należy do spółki, to już zobaczymy. Będzie musiał przynieść to, co ja zechcę.
Po skończonej pracy tym razem majster wcale nas nie rewidował. Był w dobrym humorze, jak nigdy dotąd. Wąsy, które zawsze patrzały nadół, teraz dumnie spoglądały w górę. Zażartował nawet z Józkiem przy wyjściu z piekarni:
— Co, Józek, dużo chleba dzisiaj zjadłeś? Masz brzuch jak kobieta w ostatnim miesiącu.
— Ja, panie werkmistrzu, chleba nie skosztowałem ani zucheleczka. Kapusty się nałykałem jak krowa.
Wszyscy śmieliśmy się, a pan werkmistrz sięgnął do półki z chlebem. Złamał bochenek napół, wręczając łaskawie połowę Józkowi i rozkazując mu, aby na oczach wszystkich chleb ten zjadł.
Józkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Otworzył gębę od ucha do ucha i po chwili chleb znikł, że nawet śladu nie zostało.
Wszyscy byli uradowani, że nasz pan jest w tak dobrym humorze. Różnie sobie to tłumaczyli. Zapewne sobie dziś łyknął, — mówi jeden. Stara musiała mu tej nocy dobrze dziachnąć, — dodał drugi. Tylko ja jeden znałem przyczynę dobrego humoru pana werkmistrza, z czego doprawdy czułem się dumny.
Gdy przyszliśmy do celi, było już dawno po południu. — Zdałem raport Tadkowi, poczem zjadłem obiad i udałem się z lekkiem sercem i pełnym żołądkiem na spoczynek.
Wieczorem wtajemniczeni zaszyli się w kąt celi, omawiając każdy szczegół wyprawy. Głównym organizatorem był, jak już wiadomo, Tadek. Głosem rozkazującym wskazywał każdemu zosobna jaką funkcję ma wykonać. Wszyscy słuchaliśmy go bez słowa sprzeciwu. Coprawda niebardzo zaimponował mi swojemi fachowemi wskazówkami, jednakże nie chcąc mieć w nim wroga, przytakiwałem mu we wszystkiem.
— Ja się już tem zajmę, — rzekł z wyrazem wyższości, — aby się wszystko udało. Punktualnie o godzinie pierwszej w nocy Julek zrobi tak, żeby dynamo się zepsuło i światło elektryczne zgaśnie w calem więzieniu; a z resztą wiadomo wam już, co macie robić. A o której majster przyjdzie po ciebie? — zapytał mnie.
— Umówiłem się na wpół do pierwszej. Musicie wszyscy udawać, że śpicie. Nie chcę, aby się domyślał, że wy należycie do spółki.
— Dobrze, dobrze, — odparł Tadek. — Jeszcze dwie godziny czasu. Może zagramy w oczko, nie będzie nam się nudzić. Mogę wam pożyczyć forsy, — zwrócił się do nas, — a jak dziś zarobimy, to mi oddacie. No, kto chce forsy? — zawołał z miną Rotszylda.
Wyciągnął z kryjówki paczkę banknotów pochodzących także z kotłowni. Odliczył każdemu po trzydzieści dwudziestomarkowych banknotów i zasiedliśmy w ustępie do kart.
Karty były własnego oryginalnego więziennego wyrobu. Stemplowano karty własną krwią i smołą, którą często smarowano podłogi asfaltowe w celi. Chowano je po każdej grze do kryjówki, która w każdej celi być musi. Niema po dużych więzieniach celi ogólnej, gdzieby więźniowie nie wynaleźli kryjówki, niedostrzegalnej dla oka władzy. Więzień jak mysz potrafi znaleźć sobie norę, by ukryć zdobycz, której oko wroga widzieć nie powinno. Nic tu nie wskóra wszystkowidzące oko dozorcy. Nie pomagają też częste ścisłe rewizje przeprowadzane szczegółowo w celi, ani osobiste rewizje więźniów. Więzień zawsze ukryje to, co chce ukryć. Władza więzienna wtedy jest mądra, gdy między więźniami w celi znajdzie się kapuś. Być jednak kapusiem w więzieniu, to bardzo ryzykowna rzecz; śmierć bowiem czyha na takiego na każdym kroku. Dlatego amator na kapusia jest tu rzadkim okazem.
Graliśmy tak długo, aż jeden z nas, który cały czas stał przy kratach na cynk i chwytał każdy szmer dochodzący z gmachu więziennego, zawołał:
— Chłopcy, zmiana warty już przyszła, już jest po północy. Jazda kimać. Werkmistrz zaraz napewno przyjdzie.
Zbliżył się do nas odbierając zapłatę za to, że stal na cynk i po chwili wszyscy już leżeli w pozycji śpiących; tylko ja jeden czuwałem przy kratach. Gdy zaś po chwili usłyszeliśmy kroki werkmistrza, Tadek począł chrapać nagłos, a reszta, która także udawała śpiących, poszła w jego ślady.
Werkmistrz wypuścił mnie bez słowa z celi; dopiero na piekarni przemówił do mnie głosem, w którym można było wyczuć tchórzostwo:
— Ja się rozmyśliłem. Możesz się zasypać. Posterunek może zauważyć. Mogę być zgubiony... Nie, nie, ja tego nie mogę zrobić.
W mózgu błysnęła mi myśl: jestem zgubiony. Wspólnicy pomyślą, że trajlowałem, aby wydostać od nich pieniądze. Kto wie, może już doniósł władzom? Zakatrupią mnie, niema dwu zdań... Co robić, co robić? Wtem zbawcza myśl przemknęła mi przez głowę.
— Panie werkmistrzu, chciałem właśnie powiedzieć panu, że z tego już nic nie będzie. Mamy teraz inny sposób, możemy flotę dostać inną drogą do celi. Mamy też innego blatnego klawisza, który wyniesie wszystko, gdzie zechcemy. Niech mi pan przyniesie zpowrotem pieniądze, które panu dałem.
Werkmistrz zamyślił się chwilę i odparł:
— Widzisz, sprawa jest taka. Ciebie się nie obawiam...
— Trudno taką sprawę przeprowadzić bez wspólników. Pan sam to rozumie. Ale na moich wspólnikach może pan polegać, jak na mnie samym. Zresztą jeżeli pan nie chce, to nie trzeba, poradzimy sobie bez pana.
Werkmistrz wyjął zegarek i zawołał:
— Za pięć minut pierwsza! Niech się dzieje co chce, ufam ci zupełnie. Ale pamiętaj, w razie nieszczęścia nie wydaj mnie, mam żonę i dzieci. Mów, co mam robić.
Zgadłem. Wiedziałem, że gdybym zaczął nalegać, aby się nie cofnął, napewnoby się wycofał; ale jak sam mu mówiłem, że sobie bez niego poradzimy, że mamy blatnego klawisza itd., odrazu zmienił zdanie. Znając jego chciwość, byłem pewny, że nie dopuści, by drugi klawisz obłowił się przy nas. Postanowiłem także teraz być ostrożnym z forsą.
Nagle światło zgasło w calem więzieniu i zostaliśmy w ciemności. Zapaliłem prędko lampę naftową, która w ubikacjach więziennych stoi zawsze w pogotowiu. Werkmistrz stał jeszcze na tem samem miejscu, blady. Zbliżyłem się do niego.
— No, jak będzie? Puści mnie pan czy nie? Za 10 minut będę z powrotem. No, prędzej. Każda minuta jest teraz dla mnie droga. Widząc zaś jego wahanie, dodałem:
— Pół kosza forsy przytaszczę. Wszystko panu oddam. Otwórz pan już! — zawołałem wreszcie tonem rozkazującym.
Werkmistrz drżącą ręką przekręcił klucz w drzwiach. — Chwyciłem za kosz od węgla i wybiegłem rozgorączkowany w kierunku kotłowni. Pan werkmistrz niepewnym krokiem zdaleka podążył za mną.
Furtka bramy, prowadzącej do kotłowni, stała otworem. Dopadłem do miejsca, gdzie popiół wywożą z kotłowni, zbliżyłem się do umówionego miejsca, odgarnąłem trochę nogą szlaki popiołu i już rękami począłem wybierać paczki pieniędzy i wrzucać je do kosza. Oglądając się dokoła, prędkim krokiem biegłem z powrotem. Pan werkmistrz teraz biegł za mną.
Gdy wpadłem do piekarni, gdzie drzwi były otwarte, prędkim ruchem wyrzuciłem tysiącmarkowe banknoty pod drzewo. Po chwili zdyszany wpadł „wspólnik“. Zamknął drzwi i upadł na krzesło oddychając ciężko. Podsunąłem mu kosz pod nos.
— Widzi pan, co forsy? Bogactwo. Jeszcze raz polecę. Co pan mówi?
— Nic, nic, — ledwo wykrztusił, chwytając mnie za rękaw. — Starczy dla nas. Ale to wszystko zabrać do domu?
— Zaraz, niechno pan stanie.
Werkmistrz wstał posłusznie, odpiąłem mu płaszcz i mundur. Kazałem mu zluźnić pasa i począłem mu wciskać paczki na brzuch. Obładowałem go i żartobliwie zawołałem:
— Teraz pan werkmistrz wygląda jak baba w dziewiątym miesiącu.
Spojrzał na mnie nawpół groźnie prostując całą swoją figurę, jednakże przypomniał sobie, w jakiej roli się znajduje. Spuścił więc oczy, a ja nie przestawałem naigrawać się z jego komicznego wyglądu po obładowaniu temi pieniędzmi.
— Teraz co do podziału, — zawołałem. — Zdaje się, że nie potrzebujemy się po raz drugi umawiać. Więc niech mnie pan odprowadzi do celi. Resztę niech pan schowa w dyżurce i po trochu już jutro wyniesie pan do domu.
Zakręciłem się, gdy poszedł do swojej dyżurki i ukryłem dobrze pieniądze rzucone poprzednio pod drzewo. Po chwili już zostałem odprowadzony do celi.
Tym razem jednak puścił mnie tylko na korytarz więzienny, a stamtąd inny dyżurujący dozorca odprowadził mnie do celi.
Światło elektryczne znów paliło się w calem więzieniu. Nikomu z władzy na myśl nie przyszło, co działo się w ciągu tych kilku minut, gdy światło zgasło. Tylko kilku nas więźniów wiedziało o tem, — no i pan werkmistrz także. W celi tym razem oczekiwano mnie z niepokojem. Tadek zbliżył się zaraz i pytająco patrzył na mnie. Kiwnąłem głową na znak, że wszystko w porządku.
Gdy zaś znów zasnęli ci więźniowie, którzy przebudzili się wskutek hałasu, gdy mnie wpuszczano do celi, Tadek usiadł przy mojem łóżku.
Nie był on zadowolony, gdy mu powiedziałem, że niemal całą przyniesioną przeze mnie forsę prócz tysiącmarkowych banknotów oddałem werkmistrzowi. Pocieszałem go, że na moje zawołanie werkmistrz ma mi przynieść forsy ile zechcę. To go trochę uspokoiło.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.