Żywe grobowce/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXV.

Cela nasza stała się bogata. Każdy z nas zdobył trochę pieniędzy z kotłowni. Cela zamieniła się w dom gry. Monte Carlo nie powstydziłoby się takich hojnych graczy, jakimi myśmy byli. Grano na tysiące i setki tysięcy marek, co wówczas było wielkim kapitałem.
Wiem, że czytelnik weźmie moje opowiadania o bogactwie, które było w naszych rękach, za przesadzone, lub za wybryk fantazji. Doprawdy, sam rozumiem, że jest to nie do uwierzenia, aby więzień mógł posiadać tyle forsy. A jednak tak było. Jest prawdą, że nie wiedzieliśmy, co z forsą robić. Na wolności sami jej wydać nie mogliśmy, schować nie było gdzie. Więc w chwilach wolnych od pracy graliśmy w karty. Ten i ów postarał się o blatnego klawisza, który przynosił wódkę i papierosy, za które pobierał sto razy więcej, niż wynosiła istotna wartość tych przedmiotów.
Pewnego dnia niespodzianie, przytransportowano zpowrotem do Mokotowa ze stu więźniów wysłanych stąd do Poznańskiego. Bolszewików odpędzono od Warszawy. Zły byłem teraz na nich, że wpierw nas nie wypuścili; potem mogli sobie uciekać do djabła...
Wszyscy więźniowie wyobrażali sobie wówczas, że bolszewicy dążą tylko do tego, aby wpaść do obcego kraju i opróżniać więzienia. Każdy z nas święcie wierzył w to, że wypuszczonych więźniów bolszewicy zaciągają do czerwonej armji i udzielają im zaszczytnych stanowisk i t. d.
Po paru dniach Mokotów znów przygarnął do swego troskliwego łona wszystkich swoich utraconych wychowanków. Więźniowie, po kilku tygodniach nieobecności, wrócili przygnębieni tem, że nie udało im się podczas takiej zawieruchy zwiać i odzyskać wolność. Niejeden skorzystał z okazji i z chaosu w niedobrze strzeżonych wagonach i zwiał. Do takich szczęśliwców należał także wspólnik mój Szofer.
Warto tu wspomnieć, jakim sposobem Szoffer uciekł. Opowiedział mi o tem jeden z cyganów należących do ucieczki, który nazywał się Michalewicz, a którego żona po dwu tygodniach wydała w ręce władzy. Cygan ten miał piętnaście lat ciężkiego więzienia, pochodził z Tarnowa, a zakończył także swój nędzny żywot w „towarowej stacji“ Mokotowa. Zmarł z powodu „krzyżowego ognia pytań“, których za wiele mu zadano podczas śledztwa.
Spotkałem go raz na naszym korytarzu, gdzie był jakiś czas korytarzowym. Nie znałem go wcale, ale opowiadano mi, że uciekał wraz z moim wspólnikiem. Byłem więc ciekaw dowiedzieć się, jakim to sposobem zwiali. Z zamiłowania lubiłem po więzieniach notować w pamięci szczegóły różnych ucieczek więźniów. Zagadnąłem go, przedstawiając mu się, jako wspólnik Szofera.
— Słuchajno, „Czerniak“. Toś ty wiał razem z Szoferem?
— Tak. Nietylko ja i Szofer bryknęliśmy. Pół wagonu nas się wtedy ulotniło.
— Opowiedz mi. Ciekaw jestem, jak to poszło.
— Oho. To była bardzo mądra „wystawa“. Jestem pewny, że gdyby sam prokurator wiedział, jak mądrze to było zrobione, darowałby nam resztę kary. Ale dajno co podulić. Już dwa dni ani razu nie zaciągnąłem się dymem. Same frajery siedzą w tym oddziele. A z frajerami nie będę się pętał o „szlugi“, choćbym zdechł.
— Chętniebym ci dał, ale nie palę. Dam ci sto marek, kup sobie. Tylko sza...
— Bądź spokojny. Cygan nie frajer. Cygan w lesie chowany. Śmierć kapusiom...
Wszedłem do celi, a gdy dozorca oddalił się, Cygan stanął przy kracie drzwi, udając, że wyciera kurz. Wsunąłem mu stumarkówkę i uradowany zaczął opowiadać:
— Było to tak. O godzinie dziesiątej wieczorem ze dwudziestu klawiszów skuło nas, jakich stu więźniów, razem i tak popędzono nas na dworzec główny. Umieszczono nas w dwu wagonach, takich, w których wożą bydło. Sztynk tam był nie do wytrzymania. Tam rozkuto nas i rozłożyliśmy się na podłodze. W orki z rzeczami ułożyliśmy tak, aby jeden mógł wleźć za worki i zrobić dziurę w podłodze. — W środku był z nami tylko jeden klawisz; na dachu i po bokach pilnowało jeszcze kilku. Na każdej większej stacji „argus“ przychodzi! sprawdzić, czy nic nie zaszło. Za jedno wyjrzenie na stacji przez okno wagonu bito po mordzie bez pardonu; gdy zaś podejrzewano kogo, że kombinuje „chody“, skuwano mu ręce i nogi w kajdany. Były między nami same „bandziory“, każdy z nas miał dychę, piętnachę, koło. Najmniejszy ochłap mniał twój wspólnik. Klawisz wyręczał się nim. Szofer pomagał mu nibyto uważać na porządek w wagonie.
— O, twój wspólnik, to był morowy chłopak. Miał nawet ze sobą kluczyki do branzoletki i w ostatniej chwili rozkuł dwu podejrzanych, którzy także uciekli z nami. Urządziliśmy się tak, że każdy z nas pokolei obrabiał dozorcę. Najpierw jeden opowiadał piękne anegdotki, z których klawisz był tak zadowolony, że patrzał przez palce, gdy na jakiejś stacji jeden z więźniów sprzedał „bimber“ konduktorowi i przyniósł dużo do palenia. Następnie ja się wziąłem do dzieła. Wyciągnąłem z mego majdana skrzypce, które miałem przy sobie, gdy mnie „wychlali“. Ja pięknie gram na skrzypcach; nieraz wyratowały mnie one z nędzy w przeklętem życiu cygana. Wszyscy ciekawie słuchali mojej smutnej gry, która przemawiała do duszy człowieka. I osiągnąłem to, co przewidywałem. Klawisz zaczął drzemać i, ukołysany mojem graniem, zawtórował mi głośnem chrapaniem. Jeden z naszych wtrynił się za majdany i począł nożem robić podłogę. Na zmianę co pół godziny właził kto inny i cierpliwie rozszerzał otwór do ucieczki. Klawisz wołał od czasu do czasu półsennym głosem: Cygan, graj! Cygan, graj! — i znów spał. Ja nie przestawałem grać, co zagłuszało odgłos noża dochodzący zza majdanów. Loch był już gotowy; teraz każdy radził inaczej. Jeden mówił, żeby Klawisza wziąć za „maszynkę“, a potem śmiało wiać. Drugi radził wyrzucić go przez drzwi pociągu. Najwięcej głosów było za tem, by robić pocichu; każdy chciał być pierwszym. Co było robić? Wszyscy naraz przez dziurę uciekać nie mogli. Po jednemu zaledwie mogli się przecisnąć, gdy pociąg stanie na jakiejś stacji. Postanowiliśmy ciągnąć losy. Najpierw miało uciekać czterech, a gdy tym się uda, druga czwórka i tak dalej po kolei. Wskutek tego losowania, mimo że staraliśmy się zachować jak najciszej, zrobił się jednak taki harmider, że musieliśmy zaprzestać, obawiając się, że klawisz się obudzi. Ja wciąż grałem skoczne kawałki, a klawisz we śnie pokrzykiwał: Cygan, graj Cygan, graj!
— Nie było chwili czasu do stracenia. Pociąg zatrzymał się o kilka kroków od lasu na odległej stacji. Pierwszy wysunął się właśnie twój wspólnik. Odważny Żyd! Za nim drugi, trzeci. Gdy zaś zauważyłem, że pociąg już ma zamiar ruszyć, kopnąłem skrzypce w kąt i także skoczyłem, odpychając z całej siły innych. Pociąg ruszył; ledwie nie wpadłem pod koła. Biegliśmy do lasu, sami nie wiedząc dokąd... Ucieczka nasza została jednak zauważona przez straż. Usłyszeliśmy salwę karabinową, jaką dano za nami.
— Dopiero po kilkunastu dniach przywlokłem się do domu. Wędrowałem tylko po nocach, bojąc się, aby mnie ktoś nie zwąchał. Żywiłem się marchwią, którą zrywałem w polu i owocami, które kradłem po nocach. „Skufa“ moja udawała, że jest rada z mojego przybycia. Przyjęła mnie z otwartemi ramionami. A na drugi dzień lignęła mnie i wydała policji. Ach te kurwy... Zamęczę, gdy wyjdę...
Wymachiwał pięścią tak groźnie, że zrobiłem krok wtył.
Cygan, jak wiadomo, groźby swojej nie spełnił. Ale nie myśl czytelniku, że cyganka mogła wobec tego być spokojna i nie obawiać się zemsty: jak się później dowiedziałem, została ona w straszliwy sposób zamordowana przez wspólników męża.
Pow iem ci także, czytelniku, co stało się z Szoferem. Szofer przeszmuglował się do Ameryki i tam też wkrótce dorobił się kilkunastu lat więzienia. Odbywa on karę w osławionem więzieniu amerykańskiem Sing-Sing.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.