Żywe grobowce/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXVI.

Nie było teraz dnia, by władza nie wykryła w którejś z cel ogólnych pieniędzy pochodzących z kotłowni. Zaczęto przeprowadzać srogie rewizje osobiste więźniów. Wśród nocy wypędzano z łóżek na korytarz, rewidowano najmniejsze sprzęty znajdujące się w celi. Tu i tam znaleziono ukryte pojedyńcze banknoty. Ci sami dozorcy, którzy brali od nas forsę i przynosili wódkę i papierosy, okazali się teraz najsurowsi w przeprowadzaniu rewizji.
Werkmistrz udawał teraz, że mnie wcale nie zna. Po pamiętnej nocy przyniósł mi ze dwa razy po kawałku kiełbasy; był na tyle ostrożny, że nie dawał mi jej do własnych rąk, tylko wskazał gdzie leży. Wspólnicy moi, a szczególnie Tadek grozili mi, że mnie zabiją, jeśli nie oddam im ich doli. Tysiącmarkówki, które schowałem, także rozdałem blatnym klawiszom, którzy obiecywali złote góry, a przynieśli ze dwa trzy razy wódkę i papierosy, które oddawałem wspólnikom; potem zaś udawali, że mnie nie znają wcale. Pewną część oddawałem też pomocnikom pana werkmistrza. Ten nietylko że mi nic nie przynosił, ale nawet zaczął mnie prześladować. Raz postanowiłem zapytać werkmistrza co będzie, dlaczego mi nic nie przynosi? A on mi na to odparł:
— Dziękuj Bogu, że cię trzymam na piekarni. Jak będziesz dużo gadał, to cię do pojedynek zamknę. Co ty sobie myślisz, złodzieju jeden, że jestem tobie rów ny? Pieniądze, które mi wmówiłeś, dawno spaliłem. Nie chcę o niczem wiedzieć.. Trzymaj mordę, bo będzie źle z tobą. Jeśli chcesz ujrzeć wolność i spokojnie na piekarni wyrok odsiedzieć, więcej mi o tem nie wspominaj. Pamiętaj!
Pogroził mi pięścią i wykręcił się, rzucając przytem szydercze spojrzenie w moją stronę.
Skamieniałem ze zdziwienia. A to bezczelność! Własnym uszom nie dowierzałem. Trafiła kosa na kamień: widać był cwańszym złodziejem odemnie. Co było robić? Kapusiem zostać nie chciałem, o czem werkmistrz dobrze wiedział. Więc milczałem i zabrałem się do pracy.
Starszym piekarzem był obecnie niejaki Gąbin, Galicjak, który już odkiwał piętnaście lat w więzieniu. Przyjechał tu z Czech, gdzie siedział w znanem więzieniu w Szpilbergu. Miał dwadzieścia lat więzienia za zabójstwo kochanki, a siedział od 1907 roku. Był on zawodowym piekarzem. Pewnego dnia spostrzegłem, jak zawinął w kawałek płótna paczki tysiącmarkówek i owinął ciastem, poczem wsadził to do pieca. Zmiarkowałem odrazu, że chce ten oryginalny bochenek chleba przenieść do celi, skąd ma powędrować na wolność.
Nie lubiłem tego Gabina. Był to lizus, a pędził nas gorzej niż dozorca. Przytem był to więzienny „leser“ i kombinator. Opowiadał on w celi moim wspólnikom, że ja pieniądze zagarnąłem dla siebie. Więc czekaj, — pomyślałem. — Już ja cię tu urządzę.
Przy obiedzie Gąbin zebrał gęstą kapustę, która została i wsypał ją do wiadra, poczem na sam spód wsadził chleb który zawierał pieniądze. Postawił to za szafą z ubraniami i był pewny, że nikt jego kawału nie spostrzegł. Przypilnowałem go i w odpowiedniej chwili niezauważony przez nikogo wyciągnąłem chleb, a na jego miejsce wsadziłem inny bochenek; tamten zaś z banknotami schowałem pod mąką.
Śmiałem się w duchu na myśl, jak głupio będzie wyglądał Julek, ów palacz z kotłowni, który był kolegą Gabina i pieniądze przyniósł z kuchni, gdy szedł na obiad. Stamtąd Gabin, idąc także na obiad, przyniósł pieniądze na piekarnię, skąd już łatwiej było przeszmuglować je do celi.
Paczkę wydobytą z chleba udało mi się łatwo przynieść do celi. Zrobiłem to zaraz w ten sam dzień, gdy werkmistrz wziął mnie do odniesienia chleba do wydziału gospodarczego do kancelarji. Nie rewidował mnie wcale; ale choćby nawet zrewidował i znalazł, postanowiłem mu nie ustąpić.
Pieniądze oddałem Tadkowi o niczem nie mówiąc. Tem załagodziłem trochę naprężone stosunki między mną a wspólnikami. Gąbin i Julek dopiero na drugi dzień spostrzegli się, że zrobiono im kawał. Jednakże mieli tyle rozumu, żeby milczeć. Patrzyli jednak od czasu do czasu podejrzliwie w moją stronę.
Pewnego dnia jeden z nas na piekarni krzyknął niespodziewanie przy pracy: „Hipisz“. Ten wyraz, tak wiele znaczący dla nas, a tak nagle wyrzucony, uderzył w nas jak piorun. Nie zdążyliśmy się zorjentować, co zaszło, jak piekarnia zapełniła się groźnemi twarzami klawiszów. Przystąpiono do rewizji. Każdy z nas odrzucał od siebie zakazane owoce, jakie miał przy sobie. Jeden z więźniów rzucił do ciasta, które mieszałem, kilka banknotów. Po godzinnej rewizji klawisze z niczem poczęli się wynosić jeden za drugim z celi. Po ich wyjściu śmieliśmy się, że nic nie znaleźli i rzucaliśmy różne niepochlebne uwagi pod ich adresem.
Następnego dnia zawołano mnie do kancelarji więzienia. Stanąłem przed pomocnikiem naczelnika. Miałem nieczyste sumienie i inspektor D. odrazu to spostrzegł, to też patrząc na mnie dwuznacznie, uśmiechał się.
— Dużo macie pieniędzy? — zapytał mnie prosto z mostu. Zawahałem się jedną sekundę, poczem odparłem:
— O jakich pieniądzach pan inspektor mówi?
— No, te pieniądze z kotłowni. Dużo ich mieliście? Jestem bardzo ciekawy.
— Nie wiem o żadnych pieniądzach.
— Zato ja wiem, — odparł ironicznie inspektor i dodał: — Daremne wasze wykręty. Zaraz się przekonamy.
Po chwili skonfrontowano mnie z jednym z więźniów z naszej celi. Ten nietylko na mnie kapował, ale nawet nie wiem jakim sposobem kapował i na werkmistrza.
Nie chciałem się przyznać do niczego, inspektor więc kazał mi stanąć na korytarzu twarzą do ściany. Po całym korytarzu rozstawieni byli twarzą do ściany znani mi więźniowie; po kolei prowadzono ich na śledztwo. Śledztwo trwało dwa dni; ściągnięto również na nie werkmistrza. Postawiono nas naprzeciw siebie, jednakże nie chciałem się przyznać do niczego. U jednego więźnia znaleziono nawet stempelek, którym stemplowano serje na banknotach; palono bowiem i takie banknoty, na których nie było jeszcze numeru serji.
Inspektor próbował wydobyć ze mnie przyznanie się do winy to groźbą, to dobrocią, ale nic nie pomogło. Na wszystkie pytania odpowiadałem, że o niczem nie wiem i trzymałem się przy swojem, że jestem zupełnie niewinny.
Inspektor rozkazał mnie znów odprowadzić pod ścianę; jednakże po chwili wezwano mnie znowu. Przed inspektorem stał werkmistrz mieniąc się na twarzy. Zaraz od drzwi inspektor zawołał triumfująco:
— Teraz nie będziecie mówić, że jesteście niewinni. Werkmistrz przyznał się do wszystkiego. Powiedzcie tylko, komu oddaliście resztę pieniędzy?
Milczałem.
Inspektor, zły, zawołał:
— Co, oniemieliście? Ja was zgnoję tutaj. Znajdę sposób, jak ci gębę otworzyć.
— Nic nie wiem, — powiedziałem, postanawiając w duchu na dalsze pytania nie odpowiadać ani słowa.
Inspektor groził i błagał, a gdy przekonał się, że na wszystkie pytania milczę jak mur, rozkazał zaprowadzić mnie do karceru.
Smutno i gorzko na duszy mi się zrobiło, gdy dozorca zatrzasnął drzwi karceru. Zgrzyt zamku i rygli wrzynał się głęboko w mózg. Wiedziałem dobrze, że wykręcić się z tej całej afery nie będzie zbyt łatwo. Rozmyślałem o pogróżkach inspektora; wiedziałem dobrze, że jeśli zechce, potrafi tak skarcić więźnia, że obróci go w proch, i wydostać z niego wszystko, co zechce. Widziałem teraz jego groźną twarz pobladłą od złości, przypominałem sobie, jak drżał jego głos i jak się trząsł, gdy do mnie mówił.
Postanowiłem jednak za wszelką cenę, nawet za cenę życia milczeć. Zrozumiałem, że gdy zacznę śpiewać, będę zmuszony wplątać towarzyszy i wielu innych.
Rzuciłem się na deskę leżącą na asfalcie i będącą jedynym meblem mojego grobu. Ciemno tu było rzeczywiście jak w grobie. Choć na dworze był jasny dzień i słońce, tutaj nie wdzierał się żaden promień światła. Grobowa cisza i ciemność. Wpadłem w trans rozmyślania.
Rozmyślałem, jak zwykle w takich chwilach, o dzieciństwie aż do chwili obecnej. Stawiałem sobie różne pytania i na wszystko starałem się sam sobie odpowiedzieć. Pierwsze pytanie w najsmutniejszych chwilach mego życia zawsze było jedno i to samo: jakim sposobem upadłem tak nisko? Kto jest winien temu wszystkiemu, co się ze mną dzieje? Co stało się z moją duszą, wiarą i sercem? Dlaczego mam takie szczęście, że gdy tylko coś zbroję, musi się zaraz wydać! Wieluż to jest ludzi, którzy popełniają stokroć większe z brodnie przez całe życie, a wszystko im uchodzi bezkarnie. Badałem w takich chwilach sam siebie, starając się dociec, co było przyczyną mojej zguby. I zawsze znajdywałem tę samą odpowiedź: Miałem za dużo energji w sobie jako dziecko. Każdy wie, że energja gromadzona musi być wyładowana. Gdybym był trafił między dobrych ludzi, moja energja byłaby wyładowana w dobrym kierunku; na moje nieszczęście trafiłem między złych ludzi i wyładowałem ją w kierunku złym. To było przyczyną mojej zguby i nic więcej.
W takich chwilach, gdy mózg mój był już wyczerpany i zmęczony, następowały inne uczucia. Uczucia dziwne, nie dające się określić słowami. Wszystko wkoło mnie tchnęło zgrozą i śmiercią. Słyszałem jakby z innego świata znane mi dobrze ciężkie westchnienia i przekleństwa więźniów. Dochodziły mnie jakby z grobu zduszone, chrapliwe głosy ludzkie, łajanie, narzekanie na ludzi, Boga i świętych.
Otwieram zmęczone oczy, siadam i natężam słuch. Wszystko dokoła mnie drży i obraca się w nieustannym ruchu. Upadam znów bezwładnie na twardy tapczan i widzę siebie dzieckiem pięcioletniem. Widzę oczyma wyobraźni moją matkę, jak pieszczotliwie głaszcze mnie po dziecięcej główce. Staram się jak najdłużej zatrzymać tę wizję przy sobie. Jednakże tak przyjemny dla mnie obraz rozpływa się i pozostaje rzeczywistość. Szary, smutny, śmiercią tchnący fakt...
Po chwili mam jakieś mgliste wspomnienie z chederu i jeszybotu; znika ono jednak prędko, a na jego miejsce przychodzą inne obrazy.
Widzę wszelkiego rodzaju przestępstwa. Widzę meliny złodziejskie, trzeciorzędne dom y publiczne, restauracje, kawiarnie, kabarety i inne miejsca rozrywek znane tylko przestępczemu światu. Widzę także więzienia lekkie i ciężkie, karcer, samotność w celi pojedyńczej, chleb i wodę lub tylko samą wodę, kajdany i mordobicie.
Bardzo mało widzę dobrych chwil w tem życiu. Zrywam się i biegam poomacku po moim grobie tam i zpowrotem. Wszystko boli: głowa od myślenia, oczy od wszystkich przywidzeń, przypominających lata zmarnowane w poniżeniu i męce. Boki bolą od twardego tapczana, który niemiłosiernie odgniata ciało. Nogi z wyczerpania także odmawiają posłuszeństwa. Znów po kilkakrotnem uderzeniu twarzą o ścianę upadam na tapczan. Tym razem próbuję leżeć na brzuchu i tak zgorzkniały przymykam oczy. Głośne pukanie do drzwi karceru zmusza mnie do odezwania się. To dyżurny wali w drzwi abym się odezwał: sprawdza w ten sposób, czy jeszcze się nie powiesiłem. O, gdyby to można było tam uczynić, napewnobym to zrobił! Niestety ściany karceru są gładkie i niema na czem się zahaczyć.
Gdy dyżurny oddalił się i ucichły jego ciężkie kroki, zasnąłem.
Rano obudzony zostałem hukiem łóżek zamykanych z hałasem na piętrach przez więźniów. W stałem; wszystko mnie bolało. Powietrze było duszne nie do wytrzymania. Oddychałem ciężko. Wszystko dookoła mnie wydawało się złowróżbne. Ciemność boleśnie raziła oko. Trawiła mnie gorączka, tak że jednym łykiem wciągnąłem brudny dzbaneczek wody, który namacałem w kącie. Usiadłem po turecku na tapczanie i oczekiwałem, co poranek przyniesie. Byłem pewny, że śledztwo na tem się nie skończy.
Dla umilenia sobie nudnego czasu, dużo mówiłem głośno sam do siebie. Musiałem się wygadać, by sobie ulżyć, więc mówiłem do czterech ścian karceru. O, gdyby tak ściany karceru po więzieniach umiały przemawiać, — one jedne tylko słyszały szczere narzekania i jęki ludzkie...
Około dziewiątej rano podano mi porcję chleba i wody. Korytarzowy odpalił mi nieznacznie drugą porcję chleba. Zabrałem się do jedzenia. Dozorca, który przyniósł wodę i chleb, łaskawie uśmiechnął się do mnie. Dozorcy po więzieniach lubią więźniów, którzy umieją milczeć, gdy rzecz ich dotyczy.
Zjadłem kawałek chleba i przestałem jeść mimo głodu, gdyż coś uwięzło mi w zębach. Położyłem się na brzuchu i spojrzałem przez szparę w drzwiach, skąd światło wąskim paseczkiem sączyło się do karceru. Wtem drzwi moje otworzyły się. „Wychodź!“ — padł rozkaz. Po chwili byłem znów na śledztwie.
— Dzieńdobry panu, — zawołał ironicznie pan inspektor. — Jak się tam spało?
— Bardzo dobrze, panie inspektorze, tylko kobiety bram kowało.
Inspektor groźnie spojrzał na mnie i ryknął:
— Zdechniesz u mnie w karcerze. Ja cię tak długo będę tam trzymał, aż wszystko wyśpiewasz.
— Za długo przyjdzie panu czekać. Choćbym całe życie tam siedział, nic nie powiem. Proszę mnie ukarać, o ile zasłużyłem, ale nic więcej nie powiem.
— Zabrać go! — ryknął na całe gardło.
Dozorca prędko wyprowadził mnie, skąd przyszedłem.
Zacząłem teraz przemierzać celę tam i zpowrotem. Drżałem z zimna, aż mi zęby dzwoniły. Po wszystkich więzieniach karcery znajdują się w piwnicach i podziemnych lochach. Latem nawet, gdy na dworze słońce grzeje i ludzie ukrywają się przed upałem, tam chłód przenika do głębi kości.
Chodząc po celi, niechcący wylałem wodę, która stała w kącie. Zrobiło się ślisko, więc usiadłem zpowrotem na tapczanie. Sięgnąłem po chleb, który mi odpalił korytarzomwy. Jakże się zdziwiłem, gdy przełamując chleb, natrafiłem na grypsankę. Zrozumiałem, że koledzy dają mi wskazówki, co mam czynić. Ale jak ten gryps przeczytać? Ciemno było jak w grobie. Wtem usłyszałem, że któryś z więźniów szoruje korytarz przy moich drzwiach. Zbliżyłem się do drzwi.
— Te, brachu, odsuńno trochę wizyterkę, — poprosiłem.
Wizyterka odsunęła się. Mogłem teraz z trudnością przeczytać gryps.
„Drogi Nachalniku, pamiętaj, nie wydaj nas. My podam my ci co wtroić w karcu. Pamiętaj, trzymaj fason“.
Świadomość, że wspólnicy dopomogą mi, abym tu nie cierpiał głodu, dodała mi otuchy i odrazu odzyskałem humor. Ogarnęło mnie błogie poczucie, że towarzysze widzą we mnie ofiarę za winę popełnioną razem z nimi. Byłem dumny z tego, wiedząc, że uważają mnie za bohatera. Odzyskałem humor, i zacząłem nucić nagłos ulubioną piosenkę:

Świeci księżyc, świeci także słońce,

W mojem nieszczęściu niema końca.
Niema końca i nigdy nie będzie,

Bo jestem zapisany w mokotowskim urzędzie.
— Cicho tam, psiakrew! Zamkniesz ty mordę, bo jak nie, to ja ci ją zamknę...

Poznałem głos groźnego dozorcy więźniów Stef., i odrazu zamilkłem wiedząc, że nie jest on leniwy i może spełnić swoje pogróżki.
Odgłosem, który teraz pochłaniał moją uwagę, było ciche stękanie i jęki więźnia, pochodzące z drugiego karceru. Słyszałem już w nocy, jak ktoś chodził w tę i tamtą stronę po karcerze. Różne domysły przychodziły mi do głowy. — Wszystko to było dla mnie zagadką. Zapewne tak samo i on słyszał moją bieganinę po celi, jęki i narzekania. Chętnie jeden drugiemu chciałby pomóc, ale jak? Grube ściany i żelazne drzwi są nieczułe na ból ludzki i nie chcą ustąpić...
W południe dziwny hałas panował w jego celi. Zapewne spuścili mu “manto“ i wzięli go w „krzyżowy ogień pytań“. Ciekaw tylko byłem, kto to taki.
Spędziłem tak czas do wieczora; gdy noc już zapadała, w czem zorjentowałem się podług gwizdków kotłowni i spuszczania łóżek w celach, zawezwano mnie znów na śledztwo. Tym razem wyszedłem z celi jakby na stracenie. Byłem pewny, że teraz wezmą mnie w krzyżowy ogień pytań. Jednakże stało się to, w co nigdybym nie uwierzył. Inspektor rozmawiał ze mną łagodnie i rozkazał mnie zaproś wadzić zpowrotem do ogólnej celi, w której przedtem siedziałem. Rozkazał nawet, by mnie zpowrotem puścić do pracy na piekarnię.
W celi koledzy przywitali mnie, jakbym wrócił z tamtego świata; bardzo byli uradowani, że wróciłem, tylko Tadek patrzył na mnie podejrzliwie. Myślał zapewne, że musiałem coś „lignąć“, gdy mnie wypuszczono z karceru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.