Żywe grobowce/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXVII.

Życie moje teraz stało się bardzo dokuczliwe. Na piekarni na każdym kroku dozorcy zastępujący werkmistrza prześladowali mnie. Dobrze zrozumiałem, że mszczą się za werkmistrza, którego wydalono ze służby. Władzy widać zależało na tem, by zatuszować tę sprawę i dlatego dali mi spokój.
Piekarnia stała się teraz dla mnie nie do zniesienia. Nawet pomocnik werkmistrza, który także wziął ode mnie forsę, najbardziej mnie prześladował. Zrozumiałem, że chce mnie się pozbyć. Pracować dalej w takiej atmosferze było rzeczą niemożliwą. Starszy piekarz, który dowiedział się, że świsnąłem mu bochenek z forsą, szukał mnie teraz na każdym kroku. Tadek, podejrzewając mnie, że forsę schowałem dla siebie, rozgłaszał między „swoimi“, że jestem kapusiem itd. Doszło nawet do tego, że starszy piekarz raz, udając niezadowolonego z mojej pracy, głośno zawołał na mnie: „Kapuś“. Tego było już za wiele. Skoczyłem do niego i tak go zbiłem, że w nagrodę otrzymałem siedem dni karceru i zostałem wydalony z pracy. Osiągnęli więc to, czego pragnęli.
Nastało teraz dla mnie życie nie do zniesienia. Głód wziął mnie w swoją opiekę. Prosto z karceru zabrano mnie na oddział szósty. Byłem tak wyczerpany po siedmiodniowej pokucie, że ledwo dźwigałem po schodach do góry swe manatki, składające się z siennika, zawierającego trochę starej słomy, podartego koca, ręcznika, miseczki i kubka do kawy.
Przez siedem dni karceru otrzymałem czternaście półfuntowych porcyj chleba; dwie porcje dziennie, rano i wieczorem. W odę dawano mi bez ograniczenia. Nic więc dziwnego, że po takiej kuracji, gdy przyszedłem do celi ogólnej, rozglądałem się po niej, czy nie znajdę znajomego, któryby poczęstował mnie kawałkiem chleba. Niestety, cela była zamieszkana przeważnie przez więźniów koszykarzy. Proletarjat więzienny składał się wówczas we wszystkich więzieniach właśnie z koszykarzy, gdyż robota ta nie dawała więźniowi żadnych korzyści. W całej celi, gdzie mieszkało 24 więźniów, na lekarstwo nie można było znaleźć ani okruszyny chleba. Bochenek kilowy chleba krajano wówczas na 18 porcyj dziennych dla 18 więźniów. Głód panował w celach nie do zniesienia. Mocno w duchu żałowałem bogatej celi piekarskiej i te wspomnienia powiększały mi jeszcze uczucie głodu.
Wieczorem, gdy reszta więźniów przyszła z pracy, poczęli przyglądać mi się ciekawie. Spacerowałem sobie po celi tam i zpowrotem. Zauważyłem, że obserwują mnie nie bardzo przychylnie. Większość moich współlokatorów stanowili wiejscy chłopi, jak ich tam nazywają — żłoby. Ci ludzie przygnębieni głodem i swemi wyrokami, siedzieli cicho po kątach. Natomiast kilku cwaniaków rozmawiało głośno między sobą, rzucając urągliwe dwuznaczne słówka pod moim adresem. Jak się “tropnąłem“, Tadek dał znać w celi, że jestem kapusiem i że należy się strzec przede mną. Cwaniaki jednak, widząc moje szerokie bary i śmiały spacer po celi, nie odważały się mnie zaczepić.
Rozległ się dzwonek na kolację. Wypiłem wstrętną zupę z marchwi, rozgrzewając wystygły w ciągu siedmiu dni żołądek. Za chwilę dzwonek na modlitwę i sygnał na spanie. Zbliżyłem się do starszego celi, którego nazywano Sierotą i poprosiłem o wyznaczenie mi łóżka. Starszy celi zawołał urągliwie: Kapusie mogą spać pod łóżkiem! Nie zdążył tego wymówić, gdy wymierzyłem mu silny cios między oczy. Sierota nie bronił się, narobił jednak takiego hałasu, że po chwili do celi przybiegło kilku dozorców. Ale żaden z więźniów nie ujął się za nim, gdyż Sierota krzyczał zamiast bić się ze mną. Po chwili zamieszkałem już w tym samym karcerze skąd przyszedłem. Coprawda dobrowolnie nie chciałem wejść zpowrotem do lochu. Jeden z dozorców, Wal... chwycił mnie za gardło, a więzień, pomagający w lochach, uderzył mnie kilkakrotnie pięścią w głowę i wepchnięto mnie z taką siłą, że upadłem nawznak. Po chwili założono mi kajdany na ręce i nogi. Podczas zakładania kajdan jeden z dozorców przygniatał mnie kolanami twarzą ku ziemi. Następnie przewrócono mnie jak beczkę, bym leżał na plecach.
Zpoczątku położenie moje wydawało się okropne. Skoro jednak z wielkim hałasem zaryglowano drzwi, pozostawiając mnie w ciemnościach, myślałem, że i z tem nieszczęściem się oswoję. Stało się jednak inaczej. Ręce zaczęły boleć, krew zatrzymała się w biegu. Serce jakby przestało bić. Płuca oddychały ciężko, pragnąc powietrza, którego tu nie było. Uczucie duszności było tak silne, że myślałem, że pękną mi płuca.
Po upływie kilku godzin spróbowałem się podnieść, jednakże sztywne kajdany na rękach i nogach nie pozwalały mi zrobić kroku w moim grobie. Czułem ostry ból we wszystkich członkach i ostre kłucie w sercu.
To nic, mówiłem sobie zbolały, starając się utrzymać równowagę, — jeszcze nie zdechniesz. Jednakże po chwili ból był tak straszny, że zacząłem jęczeć i wyć jak wściekły pies. Za każdem szarpnięciem i poruszeniem, kajdany wdzierały się głębiej w ciało. Wreszcie zdałem sobie sprawę, że na nic się nie zdadzą moje wysiłki i szał, że pogarszam tem tylko swoje położenie i wyczerpany upadłem jak pień na zimny asfalt.
Próbowałem teraz leżeć spokojnie. Pod wpływem duszności dostałem zawrotu głowy. Ręce i nogi bolały mnie tak, jakby zwalono na nie ciężar stu pudów. Znów straciłem panowanie nad sobą. Zerwałem się i zacząłem walić plecami w drzwi.
— Przymknij się tam, sk....synie! Przestaniesz hałasować? — wołał groźny głos dozorcy.
— Ręce mi puchną, — krzyczałem.
— Za mocno mnie skuto. Niech pan się zlituje i zluźni mi kajdany, — prosiłem błagalnym płaczliwym głosem.
— Jeszcze nie zdechniesz, — usłyszałem odpowiedź. Nie zawracaj głowy. Spij, kiedy ci każą. Jak będziesz, cholero, dokazywał, to ci kaftan założę.
Daremnie błagałem i prosiłem; wreszcie usłyszałem kroki dozorcy oddalającego się od mego grobu. Mogłem już teraz wzywać tylko Pana Boga, ale i On podobno zamieszkuje bardzo wysoko, więc zapewne nie usłyszałby mnie.
Rano, gdy przyniesiono mi do karceru moją porcję chleba i wody, zauważyłem, że na drzwiach nalepiony jest już mój wyrok, który brzmiał:
„Za ciężkie uszkodzenie ciała więźnia w celi, i za opór stawiany dozorcom w drodze do karceru, 14 dni aresztu. Co czwarty dzień ciepła strawa i światło dzienne“.
Na dole był podpis pana inspektora, który tak surowo wymierzał sprawiedliwość, nie racząc nawet wezwać mnie na śledztwo.
Straszne było życie w karcu. Przez pierwsze siedem dni liczyłem każdą godzinę, każdą minutę do końca, — a teraz musiałem tak siedzieć 14 dni. Myślałem, że to się nigdy nie skończy. A jednak nic wiecznego niema na świecie. Te czternaście dni skończyło się również. Wyszedłem tak wyczerpany, że gdy dozorca przyszedł mnie uwolnić, niechętnie podniosłem się z tapczana; wszystko już było mi obojętne.
Gdy dziś piszę te słowa, i przypominam sobie te straszne męki, jakie wówczas przeżyłem, odczuwam ucisk w żebrach i skurcz żołądka. Przychodzą mi na myśl święte słowa chińskiego poety Li-tai-po:

Szczęśliwy się skarży, że dzień mu za krótki,
Smutnemu — godzina wydaje się wiekiem;
Kto jednak nie zaznał, co radości, smutki,
O czas nie pyta, jest zwykłym człowiekiem.

O, niechaj w przeszłość myśl twoja nie goni!
Przeszłość obudzi smutek w sercu twojem.
Przyszłość?... Człowiecze, nie myśl także o niej,
Bo duszę twoją skazi niepokojem!

Ja ci dam radę, biedny przyjacielu,
Byś kres miał wszystkich złudzeń i omamień:
Przez dzień jak worek tkwij w swoim fotelu,
W nocy — leż w łóżku bez ruchu jak kamień.

Gdy jesz, — gębę otwórz, a gdy sen cię zmroczy,
To zamknij gębę, ale także oczy!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.