Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z Czech, gdzie siedział w znanem więzieniu w Szpilbergu. Miał dwadzieścia lat więzienia za zabójstwo kochanki, a siedział od 1907 roku. Był on zawodowym piekarzem. Pewnego dnia spostrzegłem, jak zawinął w kawałek płótna paczki tysiącmarkówek i owinął ciastem, poczem wsadził to do pieca. Zmiarkowałem odrazu, że chce ten oryginalny bochenek chleba przenieść do celi, skąd ma powędrować na wolność.
Nie lubiłem tego Gabina. Był to lizus, a pędził nas gorzej niż dozorca. Przytem był to więzienny „leser“ i kombinator. Opowiadał on w celi moim wspólnikom, że ja pieniądze zagarnąłem dla siebie. Więc czekaj, — pomyślałem. — Już ja cię tu urządzę.
Przy obiedzie Gąbin zebrał gęstą kapustę, która została i wsypał ją do wiadra, poczem na sam spód wsadził chleb który zawierał pieniądze. Postawił to za szafą z ubraniami i był pewny, że nikt jego kawału nie spostrzegł. Przypilnowałem go i w odpowiedniej chwili niezauważony przez nikogo wyciągnąłem chleb, a na jego miejsce wsadziłem inny bochenek; tamten zaś z banknotami schowałem pod mąką.
Śmiałem się w duchu na myśl, jak głupio będzie wyglądał Julek, ów palacz z kotłowni, który był kolegą Gabina i pieniądze przyniósł z kuchni, gdy szedł na obiad. Stamtąd Gabin, idąc także na obiad, przyniósł pieniądze na piekarnię, skąd już łatwiej było przeszmuglować je do celi.
Paczkę wydobytą z chleba udało mi się łatwo przynieść do celi. Zrobiłem to zaraz w ten sam dzień, gdy werkmistrz wziął mnie do odniesienia chleba do wydziału gospodarczego do kancelarji. Nie rewidował mnie wcale; ale choćby nawet zrewidował i znalazł, postanowiłem mu nie ustąpić.
Pieniądze oddałem Tadkowi o niczem nie mówiąc. Tem załagodziłem trochę naprężone stosunki między mną a wspólnikami. Gąbin i Julek dopiero na drugi dzień spostrzegli się, że zrobiono im kawał. Jednakże mieli tyle rozumu, żeby milczeć. Patrzyli jednak od czasu do czasu podejrzliwie w moją stronę.
Pewnego dnia jeden z nas na piekarni krzyknął niespodziewanie przy pracy: „Hipisz“. Ten wyraz, tak wiele znaczący dla nas, a tak nagle wyrzucony, uderzył w nas jak piorun. Nie zdążyliśmy się zorjentować, co zaszło, jak piekar-