Żywe grobowce/XLV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XLV.

Słońce już ukazało się na niebie i zapowiadał się piękny dzień wrześniowy. Gdym patrzał na piękny poranek, wróciło we mnie znów pragnienie życia rodzinnego, życia które płynie spokojnie, normalnie, bez żadnych niespodzianek, jakie są chlebem codziennym w życiu tułaczy i niebieskich ptaków.
Usiadłem na ławce za naszą stodołą z silnym bólem głowy. Moje postanowienie i chęć zemsty, z jaką tu przyjechałem, opuściły mnie zupełnie. Czułem się okropnie osamotniony i nieszczęśliwy, aż serce pękało mi z bólu. Chciałem pozostać w domu i zapomnieć o przeszłości. Ale jak tego dokonać? Po rozważeniu niespodzianek, jakie zastałem w domu, zdałem sobie sprawę, że to jest niemożliwe. Brat ożenił się, ma już dzieci, zagarnął wszystko dla siebie. Po siostrach też poznałem, że im nie jest dobrze u brata i bratowej. Kiedy wracałem do dom u jeszcze za życia ojca, jako „początkujący“, też nie mogłem tu długo wytrzymać, a teraz...
Postanowiłem tylko wydobyć, co będzie możliwe i uciec stąd gdzie mnie oczy poniosą. Znajomy nasz, Żyd, handlarz koni, przeszedł obok mnie. Poznał mnie odrazu.
— Dzieńdobry! A to mi gość u nas...
Nic nie odpowiedziałem. Handlarz zbliżył się do mnie.
— Ny! Co taki zły jesteś? Tak długo u nas nie byłeś, to powinieneś być wesoły, że jesteś znów w domu. Oj... Nieboszczyk ojciec twój w moich oczach skonał, a przed śmiercią tylko ciebie wspominał. Mówił, że przez ciebie umiera, że ciebie najwięcej kocha ze wszystkich dzieci. Przed zgonem rodzina nastawała, by cię wydziedziczył, a on odpowiedział: Ja go uważam za takie same moje dziecko, jak i wszystkie moje dzieci. Nawet go więcej kocham; i dlatego, że on zbłądził, może nie z własnej winy, mam go wydziedziczyć? Nie, nigdy na to nie pozwolę. On potrzebuje jeszcze więcej niż ten drugi, — zaśmiał się gorzko ojciec. — Potrzebuje bawić się i używać i dlatego dam mu, co mu się należy. Twój ojciec mówił nawet, że on i matka nie rozumieli cię i dlatego tak się stało.
— Tak mówił ojciec? — zawołałem, zrywając się z ławki i chwytając go za klapę, potrząsałem nim, jakbym chciał z niego wydobyć głos ojca.
— Przysięgam ci, że tak twój ojciec mówił, a nawet rabin na pięć minut przed jego zgonem, to samo słyszał.
Upadłem znów na ławkę, a handlarz koni zaczął mnie pocieszać.
— Ty dobrze wiesz, że ja byłem najlepszym przyjacielem twego ojca. Takich ludzi, jak był twój ojciec, dziś trudno znaleźć. Powiedz mi, jak ojcu, dlaczego tu siedzisz i nie idziesz do brata? Przecież to twój dom tak samo jak i jego. Po ojcu zostało czem się dzielić. Najlepsze konie i krowy w miasteczku miał twój ojciec, a jakie domy! — tu nachylił się nad mojem uchem i szepnął: — Pieniędzy też dużo zostało. Ja wszystko wiem, tylko sza. Ja nie chcę mieć twego brata za wroga i nie chcę, żeby on wiedział, że to ja ci o wszystkiem mówiłem. Żona jego, to też dobry ptaszek, — tu znów nachylił mi się nad uchem. — Mówią, że ona bije twoje siostry, a nawet im jeść żałuje. O, Boże, — westchnął stary, — czego się dzieci F... doczekały! Ja ci coś powiem. — Usiadł teraz przy mnie. — Niech ci brat da twoja część i ożenisz się. Co było, plunąć na to i już. Nie jesteś panną, co dzieci przynosi do domu. Jesteś mężczyzną i nic po tobie nie znać. Kilka lat przejdzie, ty i ludzie zapomnicie co było i będzie znów dobrze. Co ty na to?
Trącił mnie w ramię, widząc, że nie odpowiadam, tylko patrzę w dal.
— Dlaczego nie odpowiadasz? — trącił mnie po raz drugi.
— Idź do djabła, — zawołałem zrywając się. — Nie zawracaj mi głowy.
Ruszyłem przed siebie zatopiony w myślach, a handlarz koni kroczył przestraszony za mną.
— Jesteś głodny? — zawołał. — Chodź ze mną, starym przyjacielem ojca. Chodź do mojego domu, jeśli nie chcesz iść do brata. Może masz rację. Chodź, będziesz u mnie.
— Idź do cholery, bo jak nie, to ci mordę rozbiję, rozumiesz? — Nie! Tego zrozumieć nie mogę. Ja cię chcę ratować, a ty mnie tak przeklinasz! Na rękach cię nosiłem, kiedy byłeś dzieckiem. Ojciec także mnie prosił, abym dał baczenie na jego sieroty, a ty tak postępujesz...
— Daj mi spokój, — zawołałem przybierając groźną minę.
Stary wlepił we mnie przestraszony wzrok i splunął kilkakrotnie, powtarzając sam do siebie: „Zwarjował chłopak, zwariował...“
Szedłem w kierunku pól, które ciągnęły się zaraz za miasteczkiem. Starzec stał jeszcze na miejscu, gdy się już znacznie oddaliłem od niego. Żałowałem teraz, że tak brutalnie z nim postąpiłem. Kiedy tak snułem swoje żale przed samym sobą, nagle i nieoczekiwanie, sam nie wiedziałem skąd, zjawiła się moja młodsza siostra, za nią zbliżała się bratowa, na końcu zaś kroczył starzec, wzdychając ciężko.
— Czego wy ode mnie chcecie? — zawołałem.
Bratowa poczęła mnie prosić i błagać, abym wrócił do domu.
— Przebędziesz wszystkie święta, a potem jak zechcesz opuścisz nas. Nie rób nam wstydu, — prosiła niepewna, jak przyjmę jej zaproszenie. Siostra tylko płakała.
Starzec stał na stronie i kiwał smutno głową, a widząc mój upór, chwycił mnie za rękaw mówiąc:
— Zaklinam cię, abyś natychmiast wrócił do domu. To nieładnie zaraz pierwszego dnia tak postąpić. — Tu zwrócił się do bratowej. — A ty pamiętaj, przyjmij go jak brata. Na co wystawiać się na ludzki śmiech? Nieładnie, nieładnie, — powtarzał, ciągnąc mnie jedną ręką, a siostrę i bratową drugą.
Nie było rady. Choć udawałem, że nie chcę wracać, ale w duchu pragnąłem tu odpocząć i odreperować się po tyłu latach tułaczki.
Brat chodził jak mruk i tylko zukosa zerkał na mnie. Był on z charakteru i budowy zupełnie podobny do ojca. Zrozumiałem, że obawia się rozmowy ze mną na temat spadku po ojcu.
Wieczorem tego dnia wypadało pierwsze święto Trąbek. Siostry starsza i młodsza uwijały się dokoła mnie, starając się mnie ubrać przyzwoicie w dobry czarny garnitur brata, kapelusz i obuwie. Nielada kłopot miała młodsza siostra z doborem krawata dla mnie. Chciała koniecznie, abym się udał się na wieczorną modlitwę do bóżnicy i przyzwoicie zaprezentował się przed współwyznawcami. Odmówiłem jej stanowczo, wiedząc, że moi współwyznawcy zamiast patrzeć w modlitewniki, będą patrzyli na mnie; ona jednak nie ustąpiła i zdecydowawszy, że w białym krawacie będzie mi najbardziej do twarzy, zmusiła mnie, bym jej przyrzekł, że spełnię jej prośbę. Postanowiłem coprawda w duchu udać się gdzieś za miasto, zamiast do bóżnicy, ale siostra odprowadziła mnie do samych drzwi. Nie ufała mi.
Nigdy nie zapomnę spojrzenia współwyznawców, jakiem mnie przyjęli. Była w niem pogarda, szyderstwo i drwiny zarazem. Oddychałem ciężko, jakbym się znalazł w cieplarni. Dusiłem się poprostu od zapachu zapalonych świec i potu ludzkiego. Dawno nie byłem w takiej łaźni. Krew uderzyła mi do twarzy, kiedy brodaci starcy i dzieci poczęli się grupować wkoło mnie i pokazywać na mnie palcami. Wyraz „ganew“ co chwila uderzał moje uszy jak kula rewolwerowa. Słyszałem też inne dwuznaczne słówka pod moim adresem:
— Mamy dostojnego gościa na święto, — mówił otyły Żyd, handlarz ryb. — Trzeba urządzić bankiet na jego cześć.
— Może poprosimy tego „tachszyta“, aby wygłosił nam kazanie jutro po modlitwie, — drwił głośno znany w miasteczku naszem lichwiarz o przezwisku “Drałacz“.
Byli i tacy, co witali się ze mną, ale gdy odchodzili, widziałem, że kpią ze mnie.
Czytelnik łatwo zrozumie, że w takiej atmosferze nie myślałem o modlitwie. Brat mój mienił się na twarzy widząc, jak cała bóżnica jest mną zajęta. Nawet stary rabin, który kiedyś był moim nauczycielem, ukradkiem spoglądał na mnie. Nie było rady, musiałem wynieść się jeszcze przed zakończeniem modlitwy.
Byłem tak zły, że chciałem każdemu napotkanemu człowiekowi napluć w oczy. Gdzie tylko się ruszyłem, wszystkie oczy szły za mną. Każdy wie, że w małem miasteczku na każdą nową twarz wszyscy się patrzą, wiedząc, że to jest obcy. Nic więc dziwnego, że byłem teraz centralnym punktem zainteresowania całego miasteczka. Gdy ukazałem się na ulicy, w różnych dom ach otwierały się furtki, a ciekawe oczy moich współwyznawców kłuły mnie jak szpilki.
W ciągu tych paru dni, które tu spędziłem, brat mój chodził jak lunatyk. Dobrze go rozumiałem i cierpiałem z tego powodu więcej niż on. Ale on mnie napewno nie rozumiał. Żal mi było patrzeć na siostry, jak unikały teraz spacerów po miasteczku.
Pewnego dnia, w ostatnim dniu Kuczek, postanowiłem rozmówić się z bratem. Ten zmiarkował to widocznie, gdyż jeszcze bardziej starał się mnie unikać. W reszcie przy obiedzie, gdy zamierzał już odejść, zawołałem:
— No, tak długo być nie może. Po świętach rozliczymy się i pójdę stąd. Poco macie się czerwienić, że jestem waszym bratem? Daj mi, co mi się należy, i już mnie niema. Daję ci też słowo, że nigdy więcej w życiu do tego przeklętego miasteczka nie wrócę.
Brat nie słuchał mnie wcale, tylko zbierał się do wyjścia, a bratowa zbladła jak płótno i tuliła do siebie przestraszone siostry.
Zastąpiłem mu drogę.
— Czego chcesz ode mnie? — Chcę mojej części po ojcu, — krzyknąłem mu nad uchem.
— Po twoim ojcu nic nie zostało, — odpowiedział nie patrząc na mnie, a bratowa poczęła głośno płakać.
— Jakto nic nie zostało? — chwyciłem go za kołnierz i oczy nasze spotkały się.
— Puść mnie! Czego ode mnie chcesz? — wołał przestraszony, a wszyscy obecni uderzyli w płacz wołając o pomoc.
— Nie puszczę cię, póki mi nie powiesz, czy mi się należy coś po ojcu, czy nie.
Do mieszkania wpadł stryj i sąsiedzi, a za oknami już było pół miasteczka. Odważniejsi zaglądali nawet przez okno do mieszkania. Brat zwolniony z moich rąk przez przybyłych, siedział teraz blady na kanapie i wykrzykiwał:
— Co ty sobie myślisz, że ja się ciebie boję? Zawołam policję i każę cię zabrać. Idź, skąd przyszedłeś. Nic nie mam dla ciebie. Nie jesteś moim bratem. Znać cię nie chcę, złodzieju, bandyto. Wszystko, co zostało po ojcu, poszło na zapłacenie długów. Nic tu dla ciebie niema, wszystko jest moje i żony. Jeszcze siostry mam na swojej głowie.
A bratowa, siedząc teraz wygodnie na krześle, otoczona przez swych braci i ojca, krzyczała:
— Precz stąd, bandyto I Męża chciałeś mi zamordować! Chciałeś zabrać ojca moim dzieciom, jak twój ojciec przez ciebie umarł, chcesz i nas wymordować! Precz stad, złodzieju, majątek jest zapisany na mnie. Idź do twojego adwokata, któremu w więzieniu zapisałeś swoją część, niech ci daje jeść. Nawet w więzieniu nie mogłeś się powstrzymać od hultajstwa i wszystko, co ci się należało, oddałeś adwokatowi za kiełbasę i masło. Idź do niego, to on wszystko zabrał, — drażniła mnie.
Dłużej nie mogłem wytrzymać; odruchowo sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni, potem zaś chwyciłem nóż ze stołu sam nie wiedząc co robię. Z krzykiem i piskiem wszyscy rzucili się na mnie, a ja wymachując groźnie nożem w powietrzu, wybiegłem na ulicę.
Ledwie przedarłem się przez tłum, zebrany koło naszego domu. Jedno spojrzenie na tych ludzi wystarczyło mi, by poznać, że opinja publiczna jest tu po mojej stronie. Do moich uszu dobiegały nawet urywane zdania: A to podły braciszek, to podły, no! Brata z więzienia tak przyjąć! Przecież i on jest synem i t. d.
Cała ta scena tak mnie wzruszyła, że o kilkanaście kroków od domu nawpół zemdlałem. Oparty o parkan stałem dłuższą chwilę, aż z moich gorzkich rozmyślań wyrwał mnie stary przyjaciel ojca. Ujął mnie po ojcowsku za rękę i pociągnął za sobą.
— Żal mi cię, żal. Serce mi się kraje, gdy widzę, co się dzieje z jego dziećmi. Słuchaj mnie synu. Ja więcej dbam o twoje dobro, niż o brata, który tak podle z tobą postępuje. On nie tyle jest winien, co jego żona. Ona tu chodzi w spodniach, a nie twój brat. Tu dla ciebie miejsca niema, kłótnia między wami za daleko już zaszła, dobrze już być między wami nie może. Wysłuchaj mojej rady, a wszystko będzie w porządku. Masz tu trochę pieniędzy, jedź natychmiast do Łomży, albo — idź piechotą. Zajdziesz do rejenta powiatowego i do archiwum przy sądzie okręgowym i sprawdzisz tam, kto jest spadkobiercą po ojcu i matce. Później trzeba odnaleźć tego adwokata, który cię oszukał, a który jeszcze stąd nic nie wziął. Trzeba od niego wydostać umowę, a w tedy będziesz mógł wytoczyć bratu proces; świadków na twoją korzyść nie braknie. Każdy prawdę powie, żeś nie gorszy syn, niż twój brat. Tylko o jedno cię proszę, synu... — tu pieszczotliwie pogładził mnie po głowie i ciągnął dalej: — Daj mi rękę, że więcej nie pójdziesz tą. drogą, którą szedłeś. Czas rozpocząć nowe życie. Ożenić się i pomodlić od czasu do czasu za spokój dusz ojca i matki twojej. No, daj rękę.
Bez słowa podałem mu rękę, a on mnie po ojcowsku uścisnął. Nie bacząc na deszcz, który teraz lał i rozpędził ciekawskich koło naszego domu, staliśmy tak na rogu ulicy żegnając się czule. Odprowadził mnie też ze dwa kilometry za miasto, przez cały czas prawiąc mi bardzo rozsądne morały, w przeciwieństwie do handlarza koni. Pożegnaliśmy się jak ojciec z synem. Kazał mi, gdy załatwię wszystko, natychmiast przyjechać do niego, a dalszych wskazówek mi udzieli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.