Żywe grobowce/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


VIII.

Na piekarni powodziło mi się nieźle. Aresztantka, o której wspominałem i która mnie tak zainteresowała, okazała się bardzo dobrą dziewczyną. Nazywała się Adela. Siedziała w więzieniu wraz ze starszą siostrą, jeszcze w śledztwie, za udział w zabójstwie jej męża. Była ona starszą kucharką. Nic więc dziwnego, że dbała o to, abym nie był głodny. „Odpalała“ mi zawsze to kawał słoniny, to mięsa i przechowywała je w pończochach przed okiem chytrej dozorczyni.
Na kuchnię wstęp miałem wzbroniony. Jednakże przy okazji, — to po obiad, to po wodę gorącą do ciasta — wchodziłem tam. Później zaś, gdy pozyskałem zaufanie dozorczyni, która była czterdziestoletnią panną o wyglądzie Ksantypy, a której prawiłem komplementy, co jej bardzo pochlebiało, miałem już tam wstęp dozwolony.
Zaufanie mego dozorcy zdobyłem także. Miał on pod sobą i kuchnię, a także magazyn żywnościowy. Codziennie po obiedzie wydawał prowianty do kuchni na następny dzień. Po prowianty przychodziła dozorczyni z Adelą i dwie aresztantki. Ja zawsze pomagałem w wydawaniu prowiantów. Wraz z Adelą kradliśmy to cukier, to słoninę, wreszcie co do ręki wpadło. Jedna z aresztantek zagadywała dozorcę, który lubił poflirtować, a m y tymczasem robiliśmy swoje.
Taki stan rzeczy trwał dość długo, aż wreszcie gdy nastąpiła kontrola i okazało się, że brak do wagi pewnej ilości produktów, wstępu do magazynu stanowczo nam zabroniono.
Do pomocy wziąłem sobie więźnia, którego znałem z wolności. Miał on tylko sześć miesięcy za to, że w piekarni, w której pracował, skradł trochę mąki.
Pomocnik mój znał fach piekarski lepiej ode mnie. Wiedziałem też, że potrafi trzymać język za zębami i dlatego wskazałem na niego, będąc pewny, że on mnie nie zdradzi.
Mimo wszystko byłem ostrożny. Nie zwierzałem mu się z moich planów ucieczki. Wszystko co mogłem, czyniłem tak, aby on o tem nie wiedział; tylko w wyjątkowych wypadkach, gdy już coś nie mogło ujść jego uwagi, wyjaśniałem mu, że robię to wszystko dla naszego wspólnego dobra.
Ja, jako majster, mogłem przychodzić z celi do piekarni kiedy tylko chciałem. Pomocnika puszczano z celi tylko wtedy, kiedy ja kazałem go wypuścić do pracy. Urządzałem się zawsze tak, że dyżurny oddziału wypuszczał mnie czasami już o świcie i jeszcze wcześniej; motywowałem to koniecznością, twierdząc, że w przeciwnym razie kwas na chleb byłby do niczego.
O tej samej porze Adela, jako starsza kucharka, przychodziła do kuchni, by zacząć pracę około śniadania dla więźniów. Dyżurny zamykał nas i oddalał się na oddział.
Pewnego dnia stanąłem przy drzwiach nadsłuchując. Gdy przekonany już byłem, że dozorca pozamykał za sobą drzwi prowadzące do kuchni i gdy kroki jego zupełnie ucichły, prędko wyciągnąłem z ukrycia dorobiony przeze mnie wytrych do drzwi piekarni i kuchni. Adela na to tylko czekała, gdyż działałem za jej zgodą. Z początku nie chciała się na to zgodzić, obawiając się skutków i kary. Jednakże zgodziła się. Czyż mogła ona jako młoda kobieta i to będąc w więzieniu oprzeć się takiej pokusie?
Zabawialiśmy się w ten sposób nie więcej jak kilka minut. Wprawdzie ciężko nam było się rozstać, cóż było jednak robić? Byliśmy więźniami, a dyżurny często do nas zaglądał.
Tego rodzaju uciechy, które w więzieniu są rzadkością, lub są zupełnie niemożliwe, urządzaliśmy sobie dwa lub trzy razy tygodniowo. Nie chcąc ściągać na siebie uwagi dozorców, byłem ostrożny, bardzo ostrożny. Nieraz miałem kłopot z Adelą, gdyż nie chciała mnie puścić od siebie. Gdy tylko otwierałem drzwi kuchni, padała mi prosto w objęcia niemal nieprzytomna. Zapominała o wszystkiem, nawet o tem, gdzie nasze spotkanie się odbywa. Nieraz musiałem użyć całej siły woli, by z jej rozkochanych ramion się wydostać.
Często gdy byliśmy zajęci sobą, Adela była niemal bez przytomności; ja jednak nie zapominałem gdzie się znajduję i chwytałem najmniejszy szmer dochodzący do moich uszu.
Wieleż to strachu najadłem się z powodu naszych rendez-vous! A jednak z utęsknieniem czekałem na tę chwilę, by się móc do niej przedostać.
Adela zaś, o ile początkowo nie chciała się zgodzić na tak ryzykowne spotkanie, o tyle teraz sama nalegała, bym urządzał spotkania jak najczęściej.
Dla lepszej orjentacji czytelnika, jakiego rodzaju kobietą była Adela, umieszczę tu niektóre grypsanki, z naszej korespondencji, jaką prowadziliśmy ze sobą skrycie na początku naszej znajomości.
Grypsanki te doręczaliśmy sobie w ten sposób: Adela kładła gryps w umówionem miejscu na korytarzu pod spluwaczką i pukała do drzwi piekarni. Był to znak, że mam wezwać dozorcę, by mnie wypuścił dla załatwienia naturalnej potrzeby. Wówczas niepostrzeżenie zabierałem gryps. Ja tak samo kładłem tam swoje grypsy, dając jej także znak tem, że przychodziłem do dozorczyni pytać o godzinę.
Przyznam się, że pierwszy gryps pisałem ja, albo raczej ja dyktowałem, a napisał go Maniek. Widywaliśmy się z Adelą kilka razy dziennie i nawet rozmawialiśmy z sobą; jednakże nigdy nie mogliśmy sobie mówić tego, cobyśmy chcieli; zawsze ktoś nam przeszkadzał.
Oto treść pierwszego grypsu do Adeli:

„Droga Pani!
Od pierwszej chwili, kiedy panią ujrzałem, jak mi się zdaje, dusze nasze porozumiały się. Przez Panią po nocach spać nie mogę. Przewracam się na swoim barłogu, jakbym leżał na żarzących się węglach i myślę o Tobie. Pani tak samo, jako więzień i kobieta, domyślam się, że przechodzi te same męki, co ja. Obraz Pani stoi mi przed oczyma i wabi mnie do siebie, obiecując raj. Ale to wszystko tylko marzenie, jesteśmy więźniami i nie możemy sobie powiedzieć tego, co czujemy i cierpimy. Piekło, w którem żyjemy, nie pozwala nam myśleć o raju, którym jesteś Ty. Mam Pani coś do powiedzenia, ale obawiam się to uczynić przy pierwszem spotkaniu, by nie urazić Pani. Jeśli mnie Pani uszczęśliwi natychmiastową odpowiedzią, zaryzykuję i wszystko, co serce moje czuje, wyznam.
Załączam kawałek ołówka i papier, o co Pani będzie trudno się wystarać i z biciem serca czekam rychlej odpowiedzi“.

Dopiero nazajutrz otrzymałem odpowiedź, która brzmiała:

„Szanowny Panie!
Szczęśliwa jestem, gdy myślę o tem, że Pan o mnie myśli po nocach. Nie wiem, czem na to u Pana zasłużyłam. O, Boże! Gdyby Pan wiedział, jaka ja jestem podia i za co siedzę, zapewne czułby Pan wstręt do mnie i gardził mną. Jestem straszną jędzą i morderczynią własnego męża, męża, którego kochałam. Czy teraz Pan mnie też jeszcze kocha? Ha... ha... ha... Wyobrażam sobie, jak Pan wygląda podczas czytania tych wyznań. Zapewne pluje Pan, czytając te wstrętne słowa. Powiem Panu jeszcze coś, że gdyby zdecydował się Pan i miał możność zostać moim kochankiem lub nawet mężem, zamordowałabym go także. A wie Pan dlaczego? Dlatego, że każdy mężczyzna udaje tylko przed kobietą, że ją kocha. Każdy mężczyzna jest zdrajcą i człowiekiem podłym do ostatnich granic. Niema wyjątków. Śmierć zdrajcom! To stare hasło, którego jestem zwolenniczką. Pan nie jest lepszy od nich. Wstydź się Pan! Czy Pan myśli, że ja nie wiem, że ja nie znam dziewczyny, która przychodzi do Pana? Miałam raz widzenie z matką obok Pana. Niech Pan sobie przypomni, jak Pan mówił do tej dziewczyny o dozgonnej miłości i t. d. Ta frajerka — widziałam po niej — wierzyła Panu. Ja nie jestem taka naiwna i głupia, jak Pan sobie wyobraża. Mimo młodego wieku poznałam was dobrze. Bujać to my, a nie nas...
Zapewne przeczytawszy to, przestanie Pan zalecać się do mnie. Mnie czeka kilka lat więzienia i muszę się pilnować, pracować i nie myśleć o romansach, do tego jeszcze z tak podłym człowiekiem jak Pan.“

Przeczytawszy ten list, stanąłem jak wryty. Trafiła kosa na kamień, — pomyślałem; ale właśnie dlatego jeszcze więcej mnie zaintrygowała. Ta jej cywilna odwaga tak mi zaimponowała, że nie czekając długo, postanowiłem znów atakować, co też zaraz uczyniłem.
Sam jeszcze nie umiałem dobrze pisać po polsku, udałem się więc znów do Mańka, który pracował przy rąbaniu drzewa; ten pod moje dyktando natychmiast napisał:

„Odważna Pani!
Po przeczytaniu listu Pani nie poczułem się wcale obrażony; stało się zupełnie inaczej. Kocham Panią tem bardziej za odwagę i szczerość. Nie wierzę, aby Pani była zdolna kogoś zamordować. Ale choćby i tak było, jak Pani sama wyznaje, że zamordowała Pani swego męża, zapewne sobie zasłużył i wcale Pani za to nie potępiam. To, czem mi Pani grozi, — że gdybym został Jej mężem lub kochankiem, to i mnieby Pani — zamordowała, — nie odstrasza mnie od starania się o przychylność Pani dla mnie. Więcej nawet, uważałbym to sobie za wielki zaszczyt i szczęście być zamordowanym przez kobietę, którą kocham i którą jesteś Ty. Zresztą jestem pewny, że gdy Pani pozna mnie bliżej, nietylko nie zamorduje mnie Pani, lecz nawet mocno, bardzo mocno pokocha.
Zarzuca mi Pani, że jestem podły, gdyż mam dziewczynę, która mnie kocha i która przychodzi do mnie z wolności, a którą zapewniam, że ją także kocham. Sam przyznaję, że to podłość. Ale niech pani weźmie nasze życie takiem, jakie ono jest, bez sentymentów, a w tedy Pani przyzna mi rację. Należę do tych mężczyzn, którzy nie umieją kochać na odległość. O na jest na wolności, jest młoda i niebrzydka, kto wie, czy i ona jest mi wierna? Jestem przecież za kratami i kto wie, czy jeszcze ujrzę wolność. A choćby tak było, choćbym doczekał się wolności, — co to za szczęście dla niej mieć przestępcę za męża? Ona jest warta lepszego niż ja. Właśnie dlatego postanowiłem zerwać z nią, dla jej własnego dobra. Chcę to zrobić dlatego właśnie, że ją kocham. Czy teraz jeszcze nazwie mnie Pani podłym? Zna Pani nasze nędzne życie tutaj. Wiem, że bez pomocy materjalnej z wolności życie tu jest niemożliwe. A jednak chcę zrezygnować z jej pomocy, dbając tylko o jej dobro.
Natomiast Panią kocham miłością praktyczną. Jest Pani więźniem i kobietą. Ja jestem także więźniem i stuprocentowym mężczyzną. Czy więc nie możemy sobie ulżyć, — kto wie czy nie po raz ostatni w życiu? Panią czeka, jak Pani sama przyznała, kilka lat więzienia. Ja już mam wyrok na sześć lat ciężkiego więzienia. Kto wie czy jeszcze skosztujemy kiedy miłości. Tej jedynej pociechy w życiu ludzkiem, tutaj nam zakazano. Niech Pani pomyśli, życie jest krótkie, tem bardziej w więzieniu śmierć czyha na nas na każdym kroku. Dlaczego nie mamy wykorzystać okazji?...
Wiem, co Pani mi odpowie. Obawia się Pani, że ktoś nam przeszkodzi i tylko postradamy pracę, która w więzieniu równa się dobrobytowi. Niech Pani mnie to zostawi. Zaręczam, że ja wszystko urządzę i będziemy mieć to, dla czego warto zaryzykować.
Przepraszam najmocniej, że tak otwarcie piszę do Pani. Robię to jedynie dlatego, że wiem i miarkuję, że mnie Pani zrozumie i nie odmówi sobie tej przyjemności!“

Maniek podczas pisania listu pękał ze śmiechu, mówiąc do mnie:
— Ty jesteś praw dziwy Nachalnik, niech cię cholera weźmie. Tak zaatakować kobietę, i to kobietę, która ci taki gryps odpaliła, to trzeba umieć. No, zobaczymy, czy ta „Szpara“ ci odpisze. Będę się śmiał, jeśli odda gryps dozorczyni; w tedy możesz się pożegnać z piekarnią. Szkoda, że ja i Stasiek za parę dni będziemy wolni. Chciałbym widzieć, czy ten „kant“ się uda. Ale to ładna baba, widziałem ją, kiedy zanosiłem drzewo do kuchni, — zwracał się do Staśka, który tajemniczo się uśmiechał.
Stasiek wziął mnie za ramię i odprowadził na stronę.
— Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć. Strzeż się z tą babą, daj spokój. Ona ma tu kochanka, z którym razem zamordowała męża. To jest znany „bandzor“; radzę ci daj spokój. Znam ją trochę. Ojciec jej był woźnym w gimnazjum za Rosjan, a mąż, ten właśnie, którego zamordowała wraz z kochankiem, był porucznikiem. Czeka ją z dziesięć wiosenek. Daj spokój. Pamiętaj, że i ty masz sześć wiosenek. Pilnuj lepiej pieca, z którego chleb jadasz. Wybij sobie romanse z głowy. Elcia przez cały czas nie będzie przychodzić do ciebie, a jak się zasypiesz z grypsem, to cię z piekarni wytrynią i mortus cię przyciśnie. Mówię ci to jak przyjaciel...
— Co tam! Ja się nie zasypię. Tę babę muszę mieć. Byłbym ostatnim głupcem i frajerem, gdybym, będąc w piekarni i mając okazję po......, nie wykorzystał tej okazji. Ja już wszystko obmyśliłem: będę do niej wpadał zawsze nad ranem na „chybcika“ i swoje załatwiał. Pomyśl, Staśku, w więzieniu mieć taką kobietę, czy nie warto zaryzykować?
— Co warto to warto, ale może się nie udać. Zresztą rób jak uważasz. Te baby jeszcze cię zgubią. Pamiętaj..


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.