Żywe grobowce/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


VII.

Siedziałem teraz bezczynnie w celi. Na jedną godzinę dziennie chodziłem do szkoły i na pół godziny na spacer. Tak snuł się dzień za dniem, jeden podobny do drugiego. Elcia nie próżnowała; wystarała się o blatnego dozorcę, ktory przynosił mi do celi takie rzeczy, które były zabronione dla więźniów. Nieraz, by mi uprzyjemnić smutne chwile, przysyłała i wódkę.
Pewnego razu o mało nie wpadłem. Dozorca ten nie zawsze miał sposobność wręczyć mi wszystko osobiście. Było to wtedy, gdy dyżurował w nocy; a żaden dozorca w nocy nie posiada kluczy od ceł. Tylko dyżurny całego więzienia m a prawo trzymać klucze przy sobie. Otóż razu pewnego, nie mając sposobności podczas służby nocnej wręczyć mi przysłanej przez Elcię wódki, dozorca włożył mi ją do buta (jak wspomniałem, ubranie i buty na noc były wystawiane na korytarz). Chwyciłem nieostrożnie buty, butelka wypadła i potłukła się. Zapach wódki rozszedł się po całej celi. Na szczęście jednak jakoś mi to uszło.
Elcia przychodziła też często do mnie na widzenia, wciąż przynosząc ze sobą „wałówki“. Z rozmów z nią widziałem, że całą nadzieję pokłada w apelacji. Mówiła mi zawsze: „Nie martw się, kochany. Apelacja napewno cię zwolni, a wtedy zostanę twoją na zawsze“.
Co miałem robić? Nie chcąc jej smucić, dodawałem jej otuchy, że tak będzie. Jednakże w duchu postanowiłem dla jej dobra zerwać z nią, aby nie cierpiała przeze mnie. Odbywała się we mnie walka. Co robić? Zerwać z Elcią — to głodówka. Nie zrywać, — żal mi było tej dziewczyny, która od dala mi się całą swoją niezepsutą duszą. Opowiadała mi nieraz, jak moi koledzy po fachu prześladowali ją mówiąc:
— Co ty tam będziesz chodziła do Nachalnika. On i tak ma tyle lat do siedzenia, napewno już wolności nie ujrzy. Gdy nawet wszystko przetrzyma, i tak się z tobą nie ożeni.
On zawsze tylko „szyksy“ lubił. Nie bądź głupia, dostaniesz jeszcze lepszego, niż on.
Wiedziałem o tem dobrze, że gdyby nawet była tak silna, jak żadna z kochających kobiet, przy takich prześladowaniach kto wie czy nie ulegnie. Zresztą tyle lat i tak nie wytrzyma, by mnie ciągle odwiedzać. Nawet, jak mi się zdawalo, wyczuwałem już pewną jej niechęć do mnie. Tylk o nadzieja na apelację podtrzymywała nasze stosunki.
Minęła zima, przyszła wiosna. Pewnego dnia przyszedł do mojej celi dozorca, który kierował kuchnią i piekarnią.
— Czy jesteście piekarzem? — zapytał.
— Tak jest, proszę pana, — odparłem.
— Gdzieście pracowali? — zapytał dość groźnie.
Począłem wyliczać najlepsze firmy piekarskie, jakie znałem, by mu zaimponować.
— Dobrze, dobrze, jutro zrana przyjdę po was i wyszykujemy piekarnię, która cały czas po Rosjanach stoi nieczynna. Trzeba tam obejrzeć piece, zreperować, — zresztą co będzie trzeba, to się zrobi. Ale żebym się nie zawiódł na tobie! Dziś zamelduję o tem naczelnikowi, a jutro po was przyjdę.
Zmierzał już ku drzwiom, jednak zatrzymał się i żartobliwie zawołał:
— A możeś ty taki piekarz jak murarz? Słyszałem jak za Niemców podałeś się za murarza i co z tego wyszło. Myślę, że nas nie będziesz tak bujał, jak Niemców?
— O, nie, panie starszy, wtedy było co innego. Szwaby dawały się zawsze w „kant“ nabić. Kto panu o tem opowiadał?
— Znam, znam wszystkie wasze numery. Opowiadał nam dozorca, który tu był za Niemców, o waszych figlach, jakie wyplataliście Niemcom. Boki zrywaliśmy ze śmiechu, kiedy opowiadał. Ale u nas musicie się dobrze zachowywać, wtedy będzie wam dobrze.
Gdy dozorca opuścił celę, skakałem z radości. Piekarzem być w więzieniu... Mieć pod nosem zawsze świeży chlebek, wiele dusza, a raczej żołądek zapragnie! Co za szczęście! Przecież to znaczy tyle, co być burżujem na wolności. Wyobrażałem sobie, jaki to respekt będą mieli przede mną więźniowie. Pomyśleć tylko, jaką rolę odgrywał tu bochenek chleba! Za bochenek chleba więzień oddaje nowe buty, ubranie i inne wartościowe rzeczy. Z radości, z nadziei, że się wzbogacę, całą noc zasnąć nie mogłem.
Rozmyślałem też o tem, jakim sposobem ująć cały przemysł więzienny w swoje ręce. Handel pomiędzy więźniami, mimo srogiego zakazu władzy i surowej kary, jaka za takie przestępstwo czeka, po wszystkich więzieniach jednak panuje. Zapewne kara ta wypływa z tego, że więźniowie nie wykupują patentów i nie opłacają dochodowego, szyldowego, obrotowego i t. p., jak to frajery na wolności płacić muszą. Nawet w niemieckich więzieniach, gdzie więzień jest skrępowany do ostatnich granic i nigdy nie jest bez nadzoru wszystkowidzącego oka dozorcy, gdzie ani jednej sekundy nie jest sam z sobą, nawet i tam handel się uprawia. Na Czerwoniaku przemysł był następujący. Przedewszystkiem szły w obrót handlow y pieczone kartofle. Dostarczali ich więźniowie, którzy chodzili na robotę za bramę. Szmuglowali ten poszukiwany specjał w ten sposób, że nawet dozorca przy rewizji nie mógł się połapać. (Trzeba tu dodać, że wielu dozorców, którzy prowadzą więźniów do pracy, patrzy na różne drobne przekroczenia przez palce. Dzięki temu, nawet gdy dozorca przy rewizji po skończeniu pracy namacał w rękawach lub nogawicach kartofle, udawał, że tego nie spostrzegł).
Głównym składem, dokąd więźniowie dostarczali kartofle i gdzie też po upieczeniu można było je nabyć, była kotłownia centralnego ogrzewania. Tam, jak już wyżej wspomniałem, palaczem był Jadek, ten sam, który Mańka wydał władzom. Ten to Jadek zabierał kartofle i po upieczeniu sprzedawał. Nabywców nie brakło. Kotłownia bowiem mieściła się pod wałami więzienia, i wszyscy więźniowie, którzy pracowali przy różnych fizycznych robotach, codziennie tędy przechodzili; tutaj odpoczywali, tu też rąbano drzewo, przy czem pracowało codzień trzydziestu więźniów. Ci byli stałymi klientami potężnego Jadka.
Jadek, przezwany przez więźniów „stary Leser“, miał też na składzie tak pożądany artykuł, jak papierosy i machorkę. Palenie wówczas było surowo wzbronione, a jednak u Jadka można było nabyć papierosów. „Stary Leser“ z jednej strony donosił o wszystkiem władzy, czem wyrobił sobie zaufanie; z drugiej zaś strony prowadził różne ciemne i najbardziej zabronione przez władze interesy. Nawet wódkę miał w swoich tajnych kryjówkach po piecach; ale dostarczał jej tylko w wyjątkowych chwilach, naprzykład na jakąś ważną dintojrę, która odbywała się pod walami, a której jako stary weteran zbrodni przewodniczył.
Złodzieje, do których i on się zaliczał, dobrze wiedzieli o tem, że jest prowokatorem; jednak bez niego nie mogli się tu obejść. Jadek ze swej strony był tak chytry i podły, że jednych „zasypywał“, a innym nawet dopomagał do ucieczki. Dlatego też jawnie nikt nie śmiał przeciwko niemu wystąpić i wytoczyć mu dintojry.
Jadek skupywał wszystko, co posiada jakąkolwiek wartość i wysyłał do domu żonie. Żona zaś dostarczała mu przez blatnego dozorcę wszelkich zabronionych rzeczy, jak papierosów, tytoniu, wódki, za co też nabywał od więźniów wciąż nowe rzeczy. Jednem słowem, handel zamienny rozwinięty był do tego stopnia, że braku waluty nikt tu nie odczuwał.
Za funt słoniny lub cukru cena targowa była pół paczki machorki. Półfuntowa porcja chleba równała się dwu papierosom. Za nowe lub mało używane buty z cholewami płacił Jadek trzy paczki machorki. Za ubranie i bieliznę płacił ile chciał, — zależało to od upodobania Jadka. Najwięcej wyzyskiwani byli ci więźniowie, którzy palili tytoń.
Położenie materjalne więźniów we wszystkich więzieniach dzieli się na trzy kategorje. Kategorja pierwsza — to tak zwana burżuazja; są to ci, którzy otrzymują stale pieniądze 1 wałówki od rodziny i znajomych. Druga kategorja to ci, którzy nie otrzymują znikąd pomocy, ale w więzieniu dorabiają się różnemi kombinacjami. Są to przeważnie recydywiści, którzy czują się tu jak w domu. Zajmują tu różne stanowiska i wodzą rej między więźniami. Ostatnia kategorja to ciury, którzy nie mają znikąd żadnej pomocy i nie mogą tu sobie poradzić, dzięki czemu są wyzyskiwani na każdym kroku i nie mają tu żadnego głosu.
Kano, gdy tylko dano sygnał do wstawania, przybył po mnie dozorca i zabrał mnie ze sobą do piekarni. Jak wielce się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że kuchnia mieści się obok piekarni i że pracują w niej same kobiety! Uśmiechnąłem się w duchu, widząc młode aresztantki uśmiechające się do mnie. Co za rozkosz mieć w więzieniu kobiety przy boku... Może nawet da się coś zrobić...
Po chwili przy odemkniętych drzwiach piekarni pojawiły się dwie młode kobiety i poczęły mi się pożądliwie przyglądać. Ja udawałem, że wcale w ich stronę nie patrzę i że mnie one zupełnie nie interesują. Wiedziałem bowiem, że dozorca mnie obserwuje i gdybym okazał wzruszenie na widok kobiet, odprowadziłby mnie z miejsca zpowrotem do celi.
Dozorca pokazał mi piece, których tu było dwa, i różne narzędzia piekarskie, pozostałe po Rosjanach; radził się mnie co do urządzenia nanowo piekarni. Udawałem wielkiego fachowca, zarzucając go trafnemi uwagami i poleciłem, aby sprowadził mularza i stolarza. Obiecałem wszystko tu urządzić jak należy.
Dozorca pouczał mnie jak się mam zachowywać:
— Pamiętajcie, grunt nie zadawać się z babami. One i w więzieniu mogą człowieka zgubić, a macie tu pewny kawałek chleba. Jak będziecie się dobrze prowadzić, to cały wyrok możecie przesiedzieć w piekarni.
— Panie starszy, — odparłem, — ja bab nienawidzę i żadnych interesów nie chcę z niemi mieć. Może pan być co do tego zupełnie spokojny.
— No, pamiętajcie, żebym był z was zadowolony, a już tego nie pożałujecie. Ja wiem, jak się obchodzić z moimi ludźmi. Za kacapa dwadzieścia lat tu byłem gospodarzem nad piekarnią i kuchnią. Zęby na tem zjadłem. Mnie nabrać będzie trudno.
Po udzieleniu mi jeszcze kilku więziennych morałów, zamknął drzwi, krzyknął do kobiet, by tu nie przeszkadzały i oddalił się.
Zabrałem się do sprzątania różnych rupieci, które tu były porozrzucane; jednocześnie rozglądałem się nieznacznie, w jakiem położeniu piekarnia się mieści. Myśl o ucieczce zawsze górowała nad innemi myślami. Teraz też natychmiast błysnęła myśl: „Jesteś uratowany, stąd napewno brykniesz, tylko staraj się nie wzbudzić żadnego podejrzenia, a reszta sama się złoży“.
Po chwili usłyszałem kobiecy śmiech i obejrzałem się. Przez szyby w drzwiach piekarni przyglądało mi się kilka kobiet. Patrzały na mnie wyzywająco i szeptały jedna drugiej różne uwagi na temat mojej męskiej powierzchowności. Przez chwilę jednej patrzyłem w oczy. Była to kobieta lat dwudziestu trzech zgórą; jej strój aresztancki podnosił nawet jej urodę. Jak mi się zdawało, od pierwszego spojrzenia doskonale się porozumieliśmy; na dowód tego pierwsza nawiązała ze mną rozmowę.
— Co pan tu będzie, bułki sadzał do pieca?
— Tak, proszę pani. Mam tu wyszykować piekarnię dla więźniów i administracji, dostarczać świeżego chleba i bułek.
— Morowo, — zawołała wesoło. — Niech pan i dla mnie wsadzi do pieca coś dobrego. — Poczem wraz z koleżankami wybuchnęła śmiechem.
Dozorczyni, zwabiona śmiechem, przybiegła z kuchni i zawołała:
— Marsz do kuchni! Kobiety uciekły z jeszcze większym śmiechem.
Po chwili znów ukradkiem zajrzano do mnie. Udawałem, że nic nie widzę, ale jednak niepostrzeżenie dobrze je obserwowałem.
Przez cały dzień starałem się doprowadzić piekarnię do zupełnego porządku. Gdy wieczorem dozorca odprowadził mnie do celi, był ze mnie tak zadowolony, że nawet poczęstował mnie papierosem.
W celi, nie wiem sam dlaczego, rozweseliłem się. Nabrałem teraz pewności siebie. Wesołość moja wzrastała do tego stopnia, że śmiałem się sam do siebie i wykrzykiwałem zaciskając pięści.
— Muszę stąd bryknąć — myślałem, — ale przedtem muszę się zabawić z kobietkami. Z tą wysoką już, jak mi się zdaje, zwąchałem się. Ona mi i do ucieczki pomoże. Nareszcie mam okazję odzyskania wolności. Jeśli nie teraz, to już nigdy, — myślałem sobie. — Więc tę okazję wykorzystać muszę.
Biegałem po celi, nie czułem potrzeby odpoczynku. Odzyskałem znów sprężystość myślenia, po tak długim czasie zwierzęcego spokoju i beznadziejności. Uczucie wielkiego zadowolenia opanowało mnie do tego stopnia, że począłem nawet nucić sobie ulubioną piosenkę.
Była to stara rosyjska piosenka złodziejska, której początek brzmiał jak następuje:

„Kogda ja imieł liet piatnadcat‘, umier mnie otiec.
Matieri pierestał ja bojatsia, stał ja ulicznoj podlec.
Po traktirach stał ja szliatsia, dziewczonok stał ja lubit‘,
Worowat‘ naczał ja, i po tiurmach stał ja tiepier żit‘.
Pierwyj raz sidieł ja niedołgo, czetyre godika wsiewo,
Kak ja wyszoł na swobodu, pierestał ja bojatsia nikawo“.

Przerwałem, gdyż dozorca zapukał do drzwi, abym natychmiast spać się położył. Nie chcąc wchodzić w konflikt z władzą, co przeszkodziłoby mi w moich zamiarach, natychmiast rozkaz spełniłem.
Zasnąć jednak nie mogłem. Przed oczyma mojemi przesuwały się widziane w dzień aresztantki, w kuszących pozach. Nie mogłem w żaden sposób pozbyć się ich widoku. Najwięcej natrętna okazała się ta aresztantka, której oczy spotkały się z mojemi. Czego nie czyniłem, by o niej nie myśleć, — ale wszystko nadaremnie. Drażniła mnie ciągle, aż zmuszony byłem popełnić to, co więzień w takich chwilach popełnić musi...
Nerwy wreszcie potrochu uspokoiły się i wyczerpany zasnąłem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.