Żywe grobowce/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


IX.

Kilka dni trwało, zanim na list znowu dostałem odpowiedź. Przez ten czas spotkaliśmy się kilka razy, to przy wydawaniu produktów, to w kuchni, ale ona nawet nie spojrzała na mnie. Myślałem już, że wszystko przepadło, aż pewnego dnia przechodząc obok mnie, własnoręcznie wsunęła mi odpowiedź, grożąc mi przytem kokieteryjnie palcem. List był treści następującej:

„Przeklęty Nachalniku!
Widzi Pan, dowiedziałam się, jak Pana koledzy nazywają... Trafne przezwisko. Musi Pan być szatanem, je* śli nie wytrzymałam i muszę odpisać Panu. Po nocach mimowoli myślałam o propozycji, nad którą doprawdy warto pomyśleć. Czuję, że jestem pod Pana wpływem i nie potrafię oprzeć się pokusie. Ma Pan rację, życie jest doprawdy krótkie, użyjmy póki czas. Ciekawa jestem tylko, jak się Pan do mnie dostanie. Przecież Pana zamykają pod klucz, a ja także jestem pod kluczem, strzeżona przez dozorczynię, która jest bardzo zazdrosna. Myślę, że możeby Pan spróbował umizgać się do dozorczyni, ona napewno nie pogardzi Panem. A ja, choćbym się zgodziła, to nie dlatego, że jestem zakochana, tylko ot tak sobie, zpowodu braku mężczyzn. Ale Panu to się jednak nie uda. Zresztą, jak to się mówi, dla chcącego nic trudnego, a że Pan chce, w to wcale nie wątpię. Ja także chcę, ha, ha, ha. Niech Pan to tylko zrobi jak najprędzej, by się do mnie dostać. Już to samo, gdy się Panu uda, warte jest zainteresowania. Zobaczymy, ale radzę być ostrożnym. Mojej dozorczyni nie bardzo się obawiam; mam ją w ręku. Kilka razy wyniosła do domu słoninę, którą ja skradłam i jej „odpaliłam“. Nawet wódkę mi raz przyniosła. Najlepiej jednak być ostrożnym. Oczekuję Pana jak najprędzej i przyjmę Pana z otwartemi ramionami...“

„Kobiety, kobiety“, — pomyślałem, czytając ten list. Wszystkiego spodziewałem się, ale nie takiej odpowiedzi. A może to zasadzka na mnie? Nie, to niemożliwe, przecież nie jest frajerką. No, zobaczymy. Jeszcze dziś powiem Szoferowi, by mi dorobił wytrychy do piekarni i kuchni. Szofer pracował jako majster na ślusarni, był bowiem wykwalifikowanym ślusarzem. Nie chciał jednak robić wytrychów, póki mu nie objaśniłem, do czego są mi potrzebne. Ślusarnia i stolarnia były na tym samym korytarzu pod wałami, co piekarnia i kuchnia.
Opowiedziałem m u całą tajemniczą historję, że chcę zwiać i dlatego potrzebuję wytrychów. Obiecałem mu, że i on skorzysta, gdy droga będzie gotowa. Szofer nie był tak lekkomyślny, by dorabiał mi klucze do drzwi do prowadzenia romansów, wiedząc, czem to pachnie w więzieniu.
Nie będę tu długo opowiadał o dalszych grypsach, jakie między mną i Adelą kursowały. Dość, że udało mi się w zupełności osiągnąć pożądany cel. Adela stała się w więzieniu moją kochanką...
Trwało to parę tygodni. Stasiek i Maniek po czułem pożegnaniu ze mną zostali już dawno zwolnieni. Myślałem już teraz więcej o ucieczce, niż o Adeli. Zaufanie mego dozorcy i władzy osiągnąłem już znaczne; sam pan inspektor gospodarczy był ze mnie zadowolony. Chodziłem mimo dużego wyroku po całem więzieniu bez zbytniego nadzoru. Gdy na piekarni było mało roboty, udawałem się pod wały i prowadziłem rej między więźniami. Każdy z więźniów uważał to sobie za zaszczyt, że z nim rozmawiałem. Pomyśleć tylko: rozmowa z samym piekarzem! Musiało to imponować głodnemu więźniowi.
Pewnego dnia po pięciotygodniowem niewidzeniu się z Elcią, zawezwano mnie na widzenie. Elcia była zmieniona nie do poznania. Zmizerniała, twarz miała pokrytą podejrzaną bladością, oczy świeciły chorobliwym blaskiem. Gdy mnie ujrzała, wybuchnęła łkaniem. Patrzałem na nią chwilę, niezdolny słowa wyrzec. Czułem się winny wobec niej i to mnie bardzo bolało.
— Elciu droga, — zapytałem, — co się stało, powiedz, powiedz, — nalegałem tym razem szczerze błagalnym głosem.
Elcia otarła oczy, jakby jej coś przeszkadzało mnie widzieć i odparła:
— O ja nieszczęśliwa, co ja teraz ze sobą pocznę! Wydalono mnie z pracy za to, że chodzę do złodzieja do więzienia. Nie wiem kto o tem doniósł. Zapewne ta twoja fryzjerka to zrobiła. Skąd ja dla ciebie teraz wezmę pieniędzy, by cię wyratować z więzienia? Boże, Boże, — załamała ręce, uderzając w płacz.
Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, jakiego bólu doznałem; nie mogłem się do niej zbliżyć, aby ją uspokoić. Szarpałem z całej siły kraty dzielące mnie od dziewczyny, ale cóż? Zdałem sobie sprawę gdzie jestem i dałem spokój złości, która wzbierała we mnie. Łagodnie już zawołałem:
— Elciu, Elciu, opamiętaj się. Narzekanie i lamenty na nic się nie zdadzą. Nasze piętnaście minut rozm owy już się kończy. Szkoda czasu. Rozdzielą nas zaraz, więc błagam cię, wysłuchaj, co ci powiem.
Elcia opanowała się powoli i swoje wielkie smutne oczy utopiła we mnie.
— Kochana! Zapamiętaj sobie moje ostatnie słowo. Jeszcze dziś jedź do domu i nie wałęsaj się w podejrzanych miejscach. Jak wywnioskowałem z rozmowy z tobą, starają się ciebie tam wciągnąć. Uciekaj od bagna występku, które wyciąga do ciebie swe ramiona i nie patrz na mnie. Ja sobie poradzę, nie martw się o mnie. Powiem ci prawdę. Ja jestem już trupem, a trupy nie wracają. Nie wmawiaj sobie wcale, że apelacja mnie zwolni. Chcę i muszę raz na zawsze otworzyć ci oczy, abyś nie miała błędnego mniemania o mnie. Jestem zgubiony dla ciebie i dla świata raz na zawsze. Czuję to, że stąd nie wyjdę. Czerwoniak będzie moim grobem. Więc poco i naco ma przy mnie cierpieć niewinna dusza, jaką ty masz? Choćbym nawet kiedyś cudem odzyskał wolność, (miałem na myśli ucieczkę), to i tak nie jestem dla ciebie. Pójdę znów do świata i ludzi, do których należę, a którymi ty gardzisz. Stanę się jeszcze większym zbrodniarzem. Zemszczę się za to, że dali mi tyle lat więzienia, na które nie zasłużyłem. Ty jesteś młoda, piękna, możesz być jeszcze szczęśliwa, czego ci z całej duszy życzę. Czas zrobi swoje i zapomnisz o podłym zbrodniarzu, który cię wprowadził na drogę zguby.
— Wychodzić, wychodzić, koniec widzenia, — rozległo się wołanie starszego dozorcy, który stał pośrodku sali rozmów i podsłuchiwał rozmowy więźniów.
Elcia chciała coś jeszcze powiedzieć, jednakże nie zdążyła, gdyż kazano mi natychmiast odejść. Dorzuciłem tylko na pożegnanie:
— Pamiętaj, nie przynoś mi nic i nie przychodź do mnie, bo nie przyjmę. Jedź do domu. Pamiętaj i żegnaj...
Posłałem jej ręką ostatni pocałunek, łzy rzuciły mi się do oczu i wyniosłem się, słysząc jeszcze, jak rozpaczliwie wołała mnie po imieniu.
W ciągu następnych dni byłem bardzo smutny. Żal mi było, że już jej nigdy nie zobaczę, ale postanowiłem to uczynić dla jej dobra, choćby nadal przychodziła do mnie.
Teraz alfą i omegą mojego życia była ucieczka. Miałem już nawet potrzebne mi narzędzia i wytrychy. Ucieczkę mieliśmy zrobić zaraz nad ranem, gdy będzie silny deszcz i wiatr. Wtajemniczeni byli: jeden stolarz, znany mi złodziej, który także miał sześć lat więzienia, Szofer — mój wspólnik — i jeszcze jeden ślusarz, którego czekało kilka spraw i dożywotnie więzienie. Jeden tylko pomocnik mój nie wiedział nic o ucieczce. Tak mi się przynajmniej zdawało.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.