Żywe grobowce/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


X.

Elcia nie posłuchała mnie. Nietylko nie przestała przychodzić do mnie, ale nawet przynosiła mi jeszcze lepsze wałówki, niż przedtem. Zawołano mnie też pewnego razu na widzenie. Nie chciałem do niej wychodzić, jednakże gdy dozorca opowiedział mi, jak ona płacze z tego powodu, poszedłem.
Starałem się przywitać ją chłodno i obojętnie.
— Co? Znów przyszłaś? Kto cię o to prosił? Dlaczego nie jedziesz do dom u? Skąd ty bierzesz tyle pieniędzy na takie drogie wałówki dla mnie? — dodałem podejrzliwie.
Elcia zarumieniła się i nieśmiało odparła:
— Mam znów posadę. Zostałam służącą, aby tobie było lepiej i żebyś nie musiał głodować w więzieniu.
— Tyś została służącą? Może jeszcze służącą do wszystkiego? — rzekłem z ironją. — Kto cię o to prosił? Mówię ci po raz ostatni, masz jechać do domu. Ja cię znać nie chcę.
Wybiegłem ze złością z sali widzeń, jednakże w połowie drogi zawróciłem.
Elcia stała jeszcze na tem samem miejscu, jakby nieprzytomna, i gdy mnie zobaczyła, zawołała radośnie:
— Przecież ty mnie kochasz, dlaczego odpędzasz mnie od siebie? Ja cię nigdy nie opuszczę, wszystko jedno co będziesz robił. Moje miejsce jest przy tobie.
— Właśnie dlatego, że cię kocham, musisz przestać przychodzić do mnie. Przysięgam, że to jest ostatnia nasza rozmowa i że nic więcej nie przyjmę.
— Drogi! — wybuchnęła płaczem. — Czem ja zawiniłam, że mnie odpychasz od siebie? Dlaczego jesteś taki niedobry!
— Nie chcę nic wiedzieć. Masz jechać do domu. To jest moje ostatnie życzenie! — zawołałem stanowczym tonem.
Wtem znów nas rozłączono. Tym razem pożegnanie moje było zimne. Wszelkiemi sposobami starałem się zrazić ją do siebie. Nic to wszystko nie pomogło. Elcia przychodziła jak dawniej.
Chcąc, nie chcąc, widząc jej przywiązanie do mnie, przyjmowałem wszystko i nadal chodziłem na widzenia.
Życie teraz w więzieniu było marne. Głód czuło się codziennie. Naczelnik więzienia, widocznie obawiając się buntu, głaskał więźniów od czasu do czasu w oryginalny sposób.
W niedzielę, gdy było ładnie na dworze, rozkazywał wypuszczać wszystkich więźniów na obszerny dziedziniec więzienia. Rozstawiał uzbrojonych dozorców po rogach podwórza, a sam z pomocnikami siadał pośrodku między więźniami i rozkazywał, co więźniowie mają robić.
Jeden z dozorców grał na harmonji, a więźniom, którzy mieli jeszcze siły, by ruszać nogami, kazał tańczyć z aresztantkami. Urządzał także walki zapaśnicze, wybierając najsilniejszych i dobrze wyglądających, wygimnastykowanych więźniów. Mnie wybrał także, abym brał udział w walce francuskiej z najsilniejszym z więźniów. Zbierałem laury, gdyż nikt nie mógł mnie pokonać. Adela patrzała, zachęcając mnie do walki. Gdy sobie to dziś przypominam, śmiać mi się chce, tak komicznie wyglądał ten taniec głodnych więźniów z głodnemi aresztantkami. Tańczyła bieda z nędzą, bo pan naczelnik chciał się zabawić. Nawet dzwoneczek trzymał w ręku i dawał znaki co do prawidłowości walki.
Po skończeniu zabawy, która trwała od godziny dziesiątej do drugiej, rozdawano obiad na podwórzu i każdy z więźniów otrzymywał dodatkową półfuntową porcję chleba.
Głupsi więźniowie wychwalali ten postępek naczelnika. Mądrzejsi zaś rozumieli, że robi to z głupiej fantazji i z próżności rosyjskiego oficera, którym był kiedyś. Naczelnikowi wcale nie przychodziło na myśl, że ryzykuje życie swoje i dozorców, wypuszczając przeszło pięciuset głodnych więźniów, między którymi było kilku skazanych na śmierć. Uzbrojenie dozorców ułatwiłoby tylko sytuację.
Spisek taki, by rozbroić dozorców i uciec, uknuto zresztą wówczas. Tylko dzięki pewnym okolicznościom, o których nie mogę mówić, napad nie został wykonany. Zaręczam, że ów spisek miał wtedy miejsce, i powiem nawet, że ja sam byłem w to wtajemniczony. Podano nam nawet dwa rewolwery i sto nabojów z wolności. Jakim sposobem zostało to zrobione — musi nadal pozostać tajemnicą.
Zaznaczam też, że na początku po rozbrojeniu Niemców i przez cały rok 1919, a nawet i później w więzieniach panował wielki chaos. Służba nie była dobrana ani też zorganizowana jak należy. Nazlatywało się do więzień na urzędników ludzi zupełnie nieodpowiednich na wychowawców, a nawet prosto od pługa; nieraz zajmowali oni w więzieniach poważne stanowiska. Dziś już tego o więziennictwie powiedzieć nie można.
Pewnego dnia zawezwano mnie do kancelarji więziennej, gdzie mnie i Szoferowi oznajmiono:
— Sąd apelacyjny w Warszawie postanowił wyrok sześciu lat ciężkiego więzienia dla was zatwierdzić. Aresztu od wyroku sądu okręgowego do apelacji nie zaliczono wam. Wyrok wchodzi w moc od dnia 25 sierpnia 1919 roku i t. d.
Spojrzeliśmy na siebie, a w spojrzeniu naszem dobry psycholog wyczytałby jakąś stanowczą decyzję.
Uciekać, uciekać, — pomyśleliśmy obaj równocześnie, — choćby przyszło dokonać tego za cenę życia! Od tego dnia zacząłem tem gorliwiej obmyślać szczegóły i plany ucieczki. Wszystkie rzeczy potrzebne do ucieczki nasza wtajemniczona czwórka już posiadała. Ja naszykowałem sobie już nawet cywilne ubranie, składające się z pary chłopskich spodni, marynarki i czapki. Jedyną rzeczą, której nam brakowało, a bez której według naszego planu nie można było zacząć, był klucz od drugiej piekarni, która prowadziła na oddział kobiecy. Dozorczyni zawsze przechodziła z kuchni na oddział kobiecy przez piekarnię. Starałem się niepostrzeżenie podczas rozmowy z nią dobrze przypatrzeć się kluczowi od drzwi, na których mi tak bardzo zależało. Nigdy jednak nie udawało mi się uchwycić kroju klucza, ani tego, wiele posiada wcięć.
Mogłem coprawda zniszczyć zupełnie zamek, ale liczyłem się z tem, że po pierwsze trzebaby było narobić hałasu, a nad ranem zwykle panuje w więzieniu śmiertelna cisza; ktoś mógłby usłyszeć. Po drugie mógł akurat ktoś nadejść z dozorców i zauważyć, że zamek jest uszkodzony. Nic nie było lepszego, jak odemknąć dorobionym kluczem i zaraz zamknąć tak, by nie pozostawić za sobą śladów.
Parę dni walczyłem z sobą, czy nie wtajemniczyć także Adeli. Ona jedna mogłaby mi dać odcisk klucza, a reszty dokona już Szofer. Wątpiłem tylko, czy ona się na to zgodzi, wiedząc, że gdy nam się nie uda, ona może wpaść.
Adela była już dawno po wyroku. Kochanek jej dostał 15 lat ciężkiego więzienia, ale nie odsiadywał ich: dwa dni po sprawie zwolniono go. Na złość sędziemu wolał przenieść się na cmentarz, gdzie został pochowany w ziemi, — w tej samej ziemi, do której najporządniejszy człowiek wrócić musi. Ona dostała tylko rok więzienia, a siostra jej cztery lata. T o też spodziewając się wkrótce wolności — gdyż i śledztwo jej zaliczono — nigdy się na to nie zgodzi.
Jednakże po dłuższym namyśle wtajemniczyłem ją. Zdziwiłem się bardzo, że po wysłuchaniu mnie odparła:
— Wszystko gotowa teraz jestem zrobić dla ciebie, abyś ty tylko odzyskał wolność. Rozkazuj, a wszystko zrobię, choćby to pachniało kilkuletniem więzieniem. Ja za miesiąc i tak będę zwolniona. Gwiżdżę na nich. Co mogą mi zrobić? Daj mi tylko słowo złodziejskie, że się na wolności spotkamy. Jeśli nie dotrzymasz słowa, to wiesz, że potrafię się zemścić!
Przy ostatnich słowach oczy jej błyszczały jak u tygrysicy. Dreszcz przeszedł mnie po całem ciele.
Po zapewnieniu, że słowa dotrzymam, rozeszliśmy się. Rozmowa ta odbyła się w czasie jednej z nocnych wizyt na kuchni, o których wyżej wspominałem.
Na drugi dzień po tej tak ważnej dla mnie rozmowie Adela wręczyła mi odcisk klucza na mydle.
Wszystko było gotowe do ucieczki i dobrze obmyślone. Tak mnie się przynajmniej zdawało.
Ucieczka miała być wykonana w sposób następujący:
W umówiony między wtajemniczonymi dzień ucieczki ja miałem przyjść na piekarnię o czwartej w nocy, pod pretekstem, jak zawsze, że kwas postawiony zepsuje mi się i że trzeba wyrobić ciasto. O godzinie piątej nad ranem, kiedy więźniowie przechodzą przez korytarz kuchenny po śniadanie dla oddziałów, wspólnicy ucieczki mieli przybiec także, nibyto po śniadanie. Udałoby im się z pewnością wydostać z cel, gdyż korytarzowy zawsze wskazywał dozorcy, kogo ma wypuścić, do pomocy przy dźwiganiu kotłów z kuchni. Motywował to tem, że wybiera silnych więźniów, aby nie rozlewali po korytarzach i schodach zawartości kotła.
Korytarzowy, jako swój chłopak, miał to dla nas zrobić. W więzieniu zawsze „swój chłopak“ dostaje się na tę odpowiedzialną i korzystną funkcję; frajera się nie dopuszcza. Jak już wyżej zaznaczyłem, wszelkie kombinacje w więzieniu załatwia się przez nich.
Ja już miałem mieć wszystko gotowe, tylko czekać aż się ukażą na korytarzu, gdzie nawet w dzień było ciemno. Gdy przyjdą, miałem odemknąć drzwi piekarni i wpuścić kolegów; następnie drzwi miałem zamknąć zpowrotem i otworzyć podrobionym kluczem drzwi żelazne prowadzące z piekarni na oddział kobiecy. Następnie mieliśmy się przedostać do kotłowni centralnego ogrzewania gmachu kobiecego. Tam, pod wałami tego gmachu nikogo nie było. Stąd mieliśmy przejść do składu węgla, gdzie przez małe żelazne okienko wrzucano węgiel z podwórza. Po przepiłowaniu zamka od wewnątrz mieliśmy otworzyć okienko i po jednemu wyłazić prosto na podwórze; a stamtąd było już tylko parę kroków do parkanu, — a potem, potem wolność...
Drabinkę do przedostania się przez mur miała zastąpić długa deska której używałem pod chleb. Wszystko to razem miało trwać nie więcej jak 5 — 10 minut. Za parkanem, który wychodził na puste pola, miał być Maniek z końmi; umówiłem się z nim tajemnym znakiem, kiedy ma przybyć na oznaczone miejsce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.