Żywe grobowce/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


VI.

Tak więc wyglądało wtedy życie w więzieniu. Odżywiano więźniów trochę lepiej niż za czasów niemieckich, jednakże nie wystarczało to, aby więzień czuł się najedzony. Zapewne Państwo Polskie musiało więcej dbać o żołnierza, niż o więźnia. Za to o więźniów dbano więcej w innym kierunku. Poziom kulturalny polepszył się do tego stopnia, że kilka razy w tygodniu wypuszczano więźniów na centralę i inspektorzy na zmianę wygłaszali nam odczyty.
Tem aty odczytów były: historja Polski, wciąż opowiadano nam o Marszałku Piłsudskim i t. p. Więźniowie słuchali odczytów z wielkiem zainteresowaniem. Widziałem niejedną łzę w oku niektórych więźniów, gdy opowiadano nam, ile to ofiar Polska musiała ponieść, zanim odzyskała swą niepodległość.
Muszę przyznać, że mnie tak samo odczyty te interesowały bardzo. Zazdrościłem tym, którzy otrzymywali książki do czytania w celi. Żałowałem, że nie umiem czytać po polsku, przez co pozbawiony jestem jedynego przyjaciela, jakim jest książka w samotnem życiu więźnia. Postanowiłem wówczas także zapisać się do szkoły więziennej, która założona tu została na początku roku 1919.
Zapisywano tu każdego więźnia, który miał chęć do nauki, a takich było bardzo wielu. Nauczyciel, doświadczony pedagog, poznał się od pierwszego razu na psychologji więźniów i umiał zajrzeć do duszy, by trafić nam do gustu. Zupełne zaufanie więźniów uzyskał po rozdzieleniu między nas półsetki papierosów „Wanda“ i paczki machorki. Umiał też dobierać nam piękne czytanki z historji. W zakresie nauki zadaniem jego było dać nam czteroklasowe wykształcenie szkoły powszechnej. Alfabet polski poznałem dokładnie w ciągu dwu dni. Praktykowałem w ten sposób: na każdej z liter polskich naznaczyłem sobie tę samą literę żydowską.
Najwięcej interesowała mnie geografja. Tu po raz pierwszy dowiedziałem się, że Polska miała kiedyś wielu królów i że Wisła wpada do morza. Najwięcej zaintrygowało mnie to, że ziemia kręci się naokoło słońca, a nie — jak mnie uczono w chederze, — że stoi wiecznie w miejscu. Coprawda wątpiłem o prawdziwości słów nauczyciela, przypominając sobie, jak to rebe w chederze oszukiwał mnie, opowiadając, że anioł Gabrjel rzuca z nieba pieniądze na cukierki. Długo nad tem w samotnej celi rozmyślałem. Dlaczego „Czerwoniak“ stoi ciągle na tem samem miejscu, a ja wyglądając z za krat, widzę codziennie te same domki, pola, słupy telegraficzne i kominy fabryczne? Więc nie może być tak, jak mówił nauczyciel, że ziemia ciągle się kręci.
Byłem nawet pewny, że nauczyciel omylił się i opowiedział nam wręcz przeciwnie, niż jest naprawdę; i postanowiłem spytać się po raz drugi. Wówczas nauczyciel wyjaśnił nam, że polski astronom Mikołaj Kopernik, który urodził się na ziemi polskiej w Toruniu, dnia 19 lutego 1473 roku, odkrył, że słońce wiecznie stoi. A gdy jeszcze przeczytał nam z książki o Koperniku i opowiedział nam, gdzie Kopernik leży pochowany, zupełnie mu uwierzyłem.

„Wstrzymał słońce, ruszył ziemię,
Polskie wydało go plemię.“

Przypomniałem sobie mojego nauczyciela ze szkoły rosyjskiej i dziwiłem się, dlaczego on mi tego wszystkiego nie wytłumaczył, jak nauczyciel polski. Do tej szkoły, która była jedyna w naszem miasteczku, zmuszony byłem uczęszczać trzy razy tygodniowo po dwie godziny dziennie.
Panował wtedy zwyczaj, że każdy rebe z przedniejszych chederów, których w naszem miasteczku było aż cztery, posyłał do szkoły kilku uczniów jako „ofiary“. Przepisy nakazywały, aby wszystkich uczniów posyłano na dwie godziny dziennie. Ale jakże to można żydowskie dziecko posyłać do takiej szkoły, gdzie podczas lekcji zmuszone jest siedzieć z odkrytą głową i patrzeć na święte obrazy, wiszące na ścianach? Uważano to za wielki grzech.
Ja, jako lepiej ubrany, co było brane pod uwagę podczas wyboru kandydatów do szkoły rządowej, właśnie padłem ofiarą i przeznaczony zostałem na ucznia tej szkoły.
Nauczyciel, rdzenny Rosjanin, o zawsze złośliwym wyrazie twarzy, należał do tych ludzi, co uśmiechają się raz w życiu, — wtedy, kiedy umiera ich teściowa. Nauczał nas stale tytułów carskiej rodziny i pieśni „Boże caria chrani“. O, niejedną linijkę oberwałem, nie mogąc dokładnie zapamiętać tylu tytułów i wymówić wyraźnie imion tych półbogów. Zmuszał mnie nieraz spojrzeniem Iwana Groźnego, bym nad* stawił rękę, i „gaspadin uczitiel“ uderzał po niej z całą siłą, ile razy szlachetna dusza tego zapragnęła.
Trzeba też tu dodać, że nauczyciel ten był bardzo inteligentnym człowiekiem. Dla lepszego rozpoznania uczniów Żydów, chrzcił nas, nadając nam czysto rosyjskie przezwiska. Mnie naprzykład wołał podczas lekcji: „Swołocz“. Na innych zaś moich współwyznawców wołał: „Moszennik“, „Sumasszedszij“, „Durak“, „Skotina“, „Obiezjana“ i t. p. Wiele nadawał nam podobnych przezwisk; a kiedy jeszcze któregoś dnia zaglądnął do kieliszka, krzyczał: „Jewrejskaja morda“. Czasami padało w naszym kierunku zwyczajem rosyjskim szerokie „J... t... m...“
Szczęśliwy byłem, kiedy po nauczeniu mnie na pamięć wszystkich tytułów tak płodnej rodziny carskiej, nastąpiła zmiana „ofiar“; przyznaję się szczerze, że czułem się wówczas bardzo zadowolony.
Myślałem nad tem, dlaczego ten nauczyciel tak dobrze się do mnie odnosi, mimo że jestem Żydem i do tego więźniem. Zawsze odpowiadał mi łagodnie na moje naiwne pytania, jakich zadawałem mu bardzo wiele.
Przypominam też sobie, jak czytał „Ogniem i Mieczem“ i „Potop“. Każde jego słowo utkwiło mi poprostu w pamięci, tak mi się spodobało. Kmicic i pan Wołodyjowski tak mi zaimponowali, że w dzień i w nocy o nich myślałem. Mógłbym nawet wtedy dokładnie określić ich wygląd zewnętrzny. Raz nawet Oleńka mi się przyśniła... Zagłoba zaś śnił mi się tylko wtedy, kiedy byłem głodny. Stał wówczas zawsze przede mną z wielkim salcesonem w jednej, a butelką wódki w drugiej ręce. Nieraz przez tego opoja zasnąć nie mogłem, gdyż z jego ukazaniem się głód zawsze się zwiększał.
Ach, jaki wtedy zły byłem na Zagłobę. Życzyłem mu, aby on się dostał do „Czerwoniaka“, choćby na jakieś sześć miesięcy, i popróbował, co znaczy głód. Wtedy napewno przestałby kpić z głodnych.
Miałem też żal do autora tego dzieła: poco jeszcze tego grubasa i opoja w swojem opowiadaniu ku mojemu utrapieniu umieścił?
Prócz szkoły i bohaterów powieści, którzy zajmowali mi czas w nudnem życiu w więzieniu, miałem też pewnego przyjaciela, który także przyczyniał się nieraz w smutnych chwilach do odzyskania lepszego humoru. Owym przyjacielem był nie kto inny, tylko marna mała myszka. Wiele przyjemnych chwil spędziłem z nią razem. Kiedy drzwi mojej celi zamykały się po podaniu mi jedzenia, zawsze razem z miską na stole zjawiała się i myszka i skakała wokoło miski. Podsuwałem jej skwarki i najlepsze kąski mego skromnego pożywienia. Nie obawiała się mnie wcale. Tak ją wytresowałem, że wdrapywała mi się na głowę i schodziła zpowrotem na stół. Dla lepszego poznania jej pomalowałem jej ogonek na żółto. Zrobiłem to poto, by się przekonać, gdy mnie przetranzlokują do innej celi, czy ona także za mną podąży.
Dłuższy czas rozmyślałem nad tem, czy nie udałoby się posługiwać myszką dla jakichś poważniejszych celów? Celem moim, — czytelnik napewno się domyśla, — było zawsze to samo: jakim sposobem wydostać się stąd na wolność? Nosiłem się z zamiarem, w który sam nie wierzyłem, by nauczyć myszkę wynosić grypsy do innych cel, abym mógł się porozumiewać z tymi kolegami, na których mogłem polegać. Fantazja unosiła mnie coraz dalej i nawet już myślałem, że myszka tak się udoskonali, że nawet za bramę będzie grypsy wynosiła. Budowałem zamki na lodzie. Chwytałem się jak tonący brzytwy: w nic nie znaczącej małej myszce pokładałem całą nadzieję, nadzieję odzyskania wolności. W mojej wyobraźni, gdy o tem myślałem, myszka wyrastała do rozmiarów słonia.
Nadzieja moja jednak rozprysła się wkrótce jak sen, po kilku nieudanych próbach w tym kierunku. Zostałem wkrótce, nie wiedząc z jakiej przyczyny, przeprowadzony do innej, gorszej celi. Rozstałem się z myszką na zawsze...
Dano mi teraz pracę.
Wszyscy więźniowie, w nagrodę za dobre sprawowanie się, codziennie zrana wypuszczani byli pod wały więzienia do rąbania drzewa. Ja także choć raz w życiu miałem zaszczyt należeć do „dobrych“. Było to wówczas jedyne zatrudnienie więźniów, reszta siedziała bezczynnie w celach. Później, bliżej wiosny, założono tu warsztat torebkarski. Starych aktów i rozmaitej makulatury po Rosjanach i Niemcach tu nie brakło: kilka pokoi było tem zapłenionych. Ślusarnia, stolarnia i warsztat krawiecki i szewski dopełniły całości warsztatów więziennych. Pracę wykonywano tam tylko na potrzeby „Czerwoniaka“.
Do ludzi dobrych należeli także i moi dawniejsi koledzy po fachu, Stasiek i Maniek. Po raz pierwszy spotkaliśmy się tutaj przy rąbaniu drzewa tak blisko, że mogliśmy jeden drugiem u opowiedzieć nowiny, jakie zaszły w naszem życiu od czasu, kiedy więzienne mury rozłączyły nas. Opowiadaniom nie było końca. Dozorca co chwila zwracał nam uwagę.
— Jazda do pracy! — wolał co chwila. — Jak nie, to zpowrotem do celi!
Rozkazu, chcąc nie chcąc, zmuszeni byliśmy słuchać, jednakże gdy dozorca oddalił się, by doglądać innych więźniów, nad którymi miał także powierzony nadzór, znów ukradkiem zbliżaliśmy się do siebie, prowadząc dalej rozpoczętą rozmowę.
Ciekawy to był typ ten dozorca. Nazywał się Bronowicz. Za Rosji był policjantem w policji obyczajowej; teraz, ku naszemu nieszczęściu, wstąpił tu na naszego dozorcę. Wszędzie go było pełno. Był teraz bardzo nabożny; chodził wszędzie po oddziałach, zaglądając przez judasza do cel, i modlił się przytem z modlitewnika, którego nigdy nie wypuszcza! podczas służby z nabożnych rąk. O, był to człowiek bardzo dobry, cnotliwy, jak sam Scypjon. Żadnego więźnia nie nazywał inaczej jak „synu“. Gdy więzień zwracał się do niego z prośbą, by zaniósł kawałek chleba innemu więźniowi, co według przepisów więziennych było dozwolone, zawsze mówił:
— Synu drogi, zjedz lepiej sam. Ty synku sam źle wyglądasz. Nie martw się o innych. — Zawsze przytem podnosił nabożnie oczy ku niebu, zamykając drzwi przed nosem.
Nigdy ten dobry nabożny wychowawca nie oddal żadnej przysługi więźniowi, nawet gdy ta przysługa według regulaminu więziennego była dozwolona, a nawet wskazana. — Jednem słowem był to typ, jakiego wymaga zaszczytna służba w więzieniu. Niejednemu więźniowi dopomógł do prędszego ukończenia kary tem, że ułatwił mu przeniesienie się na łono Abrahama. Bił więźniów nie gorzej od Róla. Różnica była tylko w tem, że Ról prócz bykowca nic podczas egzekucji w ręku nie trzymał; a ten jedną ręką bił bykowcem, a w drugiej ściskał modlitewnik.
Nic więc dziwnego, że gdy ten nabożny człowiek ujrzał pod swoją opieką przy pracy takich ludzi „dobrych“, jak była nasza zacna trójka, z miejsca zaopiekował się nami. Wciąż prawił nam morały.
— Synu, — mówił do Staśka. — Trzeba pracować, by Polskę odbudować, a nie tracić czas na rozmowy.
— Panie dozorco, — odrzekł Stasiek, — jak Polska ma takich dobrych jak pan ludzi, to i tak się odbuduje, a nasza praca jest zbyteczna.
Dozorca sam nie zmiarkował, jak wciągnięto go do rozmowy. Muszę tu zaznaczyć, że lubił prowadzić rozmowy z więźniami, starając się w toku rozmowy prawić nam morały, które zapewne wyczytał w modlitewniku.
Widząc go w dobrym humorze, począłem żartować i zagadnąłem:
— Panie dozorco, pamiętam dobrze, jak pan za Rosji ku...y łapał po ulicach. Niech pan tak powie, co było lepiej: za Rosji ku...y łapać i pakować do łabaja, czy teraz za Polski pilnować i bić złodziejów?
Dozorca widać nie spodziewał się tak urągliwego pytania, zaczerwienił się jak sztandar bolszewicki i odparł nie bez złości:
— Synu, ty nie bądź taki mądry. Teraz nie jest Rosja, kiedy złodzieje prowadzili rej w więzieniu. Ty siedź cicho, synu, a lepiej na tem wyjdziesz.
Widząc, jak moje pytanie ośmieszyło go w oczach więźniów, którzy śmieli się na cały głos, zaryzykowałem jeszcze:
— O, panie dozorco, gdybym to ja miał takiego dobrego ojca, jak pan, nie siedziałbym teraz w więzieniu za kradzież.
— A za cobyś ty siedział, synu? — zaciekawił się dozorca.
— Za ojcobójstwo, panie dozorco.
Dozorca zbladł jak płótno, jednakże nie zdążył nic odpowiedzieć, bowiem zawołano go na centralę. Rzucił tylko odchodząc straszne, nienawistne spojrzenie w moim kierunku, tak że w duchu zaczynałem już żałować, wiedząc, że on się napewno na mnie zemści.
Stasiek odezwał się do mnie:
— Zobaczysz, że klawisz na tobie się odegra. Ja dobrze znam tego chama. Poco ci było z psem zaczynać? Zdaje mi się, że do pracy więcej cię już nie puści. Już on znajdzie do ciebie sołdacką pretensję, by ci czer „nagolić“.
Maniek był innego zdania.
— Dobrze mu tak. Nic ci nie zrobi. Za mało pary ma, by rozporządzać pracą. Jabym tego psa chciał capnąć na wolności. Wtedy dałbym mu w łeb, aż mózg wyskoczyłby na ścianę. Ja dobrze pamiętam: jak chciałem rejterować, tyk ko on jeden mnie bił, gdy mnie capnięto na podwórku. Patrz, jeszcze do dziś znać te lochy, jakie mi porobił na głowie. Chyba że tu „kitę odwalę“, wtedy mu to podaruję.
Stasiek, widząc jak Maniek się złości, począł go jeszcze więcej drażnić.
— Dlaczego byłeś taki frajer i dałeś się „nagolić“? „Święty“ nie bił cię za to, żeś chciał wyfrunąć, tylko za to, żeś się dał nakryć.
— Jabym chciał zobaczyć, jakiby z ciebie był „fetniak“, gdybyś był w mojej podszewce. Ja nie taki frajer, jak tobie się zdaje. Dobrze obmyśliłem, jak zwiać. Zanim zrobiłem dziurę, by się „wytrynić“ z celi, byłem pewny, że przy kuźni będzie stał wóz, jak zawsze. Wiesz, że moja cela była na czwartem piętrze; nie mogłem więc w „kime“ zyrknąć, czy wóz jeszcze tam stoi. Czy „kaber“ w ścianie na pół metra grubości nie był klawo zrobiony? Dłubałem ze trzy godziny, zanim pierwsze cegły wyjąłem. Następne cegły łatwiej już było wygrzebać. Ja i tak miałem wielkie szczęście, że mnie przy robocie nie nakryli. Zgadnij, jak się urządziłem, żeby klawisz przez judasza nie zauważył co robię? No, powiedz, kiedyś taki cwaniak.
— Jabym wcale nie probował zwiać z takim wyrokiem jak twój. Przecież widzisz, amnestja zrzuciła ci połowę, a za dwa „miesiaki“ i tak będziesz wolny. Więc poco było brykać?
— O, jakiś ty „szemrak“. Ty teraz cwany jesteś, kiedy nam dali amnestję. Ale kto mógł przewidzieć, że tak się stanie? Sam wiesz, jak w pierwszych dniach Argus trajlował tylko, że wszystkich zwolnią. A co, zwolnił nas? Tak samo nie wierzyłem, że będzie amnestja i dlatego chciałem zwiać.
— Że amnestja będzie, o tem każdy głupi mógł wiedzieć, — odparł Stasiek. — Gdzie twój łeb? Tyle lat jak Polska była w niewoli, to teraz nie danoby nam amnestji? To było murowane, jak w banku. Widzisz, jaką dobrą amnestję nam dali. Kto się spodziewał, że my za dwa „miesiaki“ będziemy znów bujać po powietrzu i znowu kobietki będą w ruchu, jak to bywało za dobrych czasów? Pamiętasz?
— Doprawdy, jesteś trochę za mądry. Czyś ty sam wierzył w to, że będziemy wkrótce na wolności? Teraz, jak już dali amnestję, to się mądrzysz. Co do mnie, to przyznam się, że się tego nie spodziewałem. Żadne państw o takich gości, jak my, nie lubi. Poco im było złodziejów wypuszczać z więzienia, kiedy na wolności i tak ich jest do wielkiej cholery? A do szczęścia nas nie potrzebują, — zakończył szyderczo Maniek.
Ja, słuchając tego sporu, wtrąciłem się do rozmowy, bojąc się, aby w kłótni, jak to zwykle bywa, nie doszło do bójki.
— Słuchaj, Stasiu, ty nie przecz. Gdy Maniek chciał wyfrunąć, to wiedział, co robi. Ja sam dwu groszybym nie dał, że będzie amnestja. Więc nie przeszkadzaj. Niech Maniek opowie nam dalej, jak to było z ucieczką. No, opowiadaj dalej, — zwróciłem się do Mańka, — jak tyś to zrobił, że cię klawisz nie nagolił przy pracy?
Maniek nadsłuchiwał chwilę, czy „Święty“ nie wraca.
— To było tak. Zaraz przy kolacji, gdy wystawiałem swoje manatki na korytarz, a klawisz odszedł na stronę przymykać inne cele, Buls odpalił mi czuchy i sztamajzę i przymknął celę. Po chwili klawisz już tylko spróbował zamek i poszedł sobie do djabła. Nie namyślając się długo zalepiłem bibułą wizyterkę, ażeby klawisz, kiedy będzie po nocy zaglądał do celi, nie mógł nic zobaczyć. Liczyłem się z tem, że w „kime“ ma służbę Sztubec... A jak ci wiadomo, on trochę niedowidzi; pomyśli więc, że wizyterka nie jest czysta i przez to tak źle zerkać do środka. Tak też i było. Śmiać mi się chciało, jak Ślepy zerkał przez judasza, a kiedy nic nie mógł skapować, począł chusteczką do nosa wycierać wizyterkę. „Lipowa!“ dłuższą chwilę, a potem zapukał do drzwi.
— Ty, podnieśno się i wyczyść wizyterkę, bo nic tam nie widzę.
Ja udawałem, że chrapię i nic nie słyszę. Stal jeszcze chwilę, potem zgasił światło i rzucił kilka wyzwisk na moją głowę. Mówił, że mnie jutro nauczy, jak wizyterkę czyścić, poczem oddalił się. Teraz byłem już pewny, że pies tak prędko nie przyjdzie wąchać do mojej celi. Nie namyślając się długo, wziąłem się do pracy. Po półgodzinnem grzebaniu w murze usłyszałem kroki zbliżające się do mojej celi. Włosy dęba stanęły mi na głowie. Myślałem: co też to będzie, jeśli Ślepy „tropnął się“, że u mnie coś nie w porządku i przyszedł drugi raz sprawdzić co jest? Rzuciłem się na łóżko i nasłuchiwałem. Jednakże nie zatrzymał się przy moich drzwiach. Czekałem chwilę, aż kroki oddaliły się i zabrałem się nanowo do dzieła. Loch był gotowy. Ubrałem się prędko w czuchy, które Buls mi odpalił. Nachy sięgały mi do kolan, a marynarkę ledwie na siebie wbiłem. Na nogach miałem owinięte galgany, bo tu zima, trzeci stycznia. Mróz wielki. Dopraw dy nie wiem, czybym nie zmarzł po drodze do Ostrołęki, dokąd chciałem się udać do pasera. U niego dostałbym dobre czuchy i trochę floty na drogę.
Rozerżnąłem koc i siennik i skręciłem z tego linkę. Przymocowałem ją do krat i ledwie wytryniłem się przez dziurę, trzymając się liny i zjechałem nadół. Jednak lina z czwartego piętra była za krótka, więc zmuszony byłem brykać nadół. Nie patrząc na to, że dobrze się potłukłem, prędko zebrałem się i sunąłem przy ścianach do samej kuźni. Rozglądałem się tu na wszystkie strony; ale wozu, który stał tu dla reperacji, nie było. Co miałem teraz począć? Skąd tu wziąć deskę lub kawał drąga, żeby można było oprzeć o mur i tak wleźć na parkan? Dyszel od wozu akuratby się do tego nadał. Ale skąd go tu wziąć? Stanąłem w kąciku, oparłem się o rynnę i przytuliłem się tak, żeby posterunek krążący przy kuźni mnie nie spostrzegł.
Zimno mi było nie do wytrzymania, śnieg walił na mnie całemi kupami. W takiej sytuacji długobym nie wytrzymał. Wreszcie zdecydowałem się. Na czworakach podlazłem do okna kotłowni. Tam, wciąż leżąc na śniegu, by mnie posterunek nie zauważył, zapukałem do okna. Wiesz przecie, że w kotłowni przy centralnem ogrzewaniu palił Jadek. Przecież to stary andrus; więc do kogo się miałem udać w takiej chwili, jak nie do niego? Za chwilę Jadek ukazał się, odemknął okno. Zapewne myślał, że to posterunkowy chce wody lub ognia do papierosa. Gdy zaś mnie ujrzał, cofnął się przerażony i wybełkotał: Czego tu chcesz, gadaj prędzej.
— Bracie, ratuj, zwiałem z celi. Nie mogę się teraz przedostać przez mur. Zlituj się, podaj mi kawał polana albo jakiej deski, bo wiesz co mnie grozi, gdy mnie nakryją.
Patrzał na mnie chwilę i odparł:
— Dobrze, dobrze, zaczekaj, zaraz ci podam.
Mówił to tak cicho, że byłem pewny, że słowa dotrzyma. Czekałem minutę i więcej, aż wreszcie doczekałem się. Zostałem w mgnieniu oka otoczony przez dozorców i za nogi wciągnięto mnie do centrali. Pierwszy uderzył mnie między oczy Święty. Inni też mnie nie całowali. Jednakże nikt się tak nademną nie znęcał, jak Święty. Krew waliła ze mnie tak, że „czuchy“ były na mnie mokre. Zakuto mi potem ręce i nogi w kajdany i tak wrzucono do ciemnicy.
— Mówię wam, chłopaki, — dodał po chwili milczenia, — jakby się zamyślił nad czemś, — nigdy o tem nie zapomnę. Na Świętym muszę się odegrać...
— Głupstwa pleciesz, — odparł Stasiek. — Na wolności o tem zapomnisz. Będziesz miał dosyć roboty ze sobą, a nie tam uganiać za Świętym. Jeszcze jak go spotkasz na ulicy, będziesz mu się kłania! zdaleka. Wszyscy w więzieniu się odgrażają; a na wolności wódkę fundują dozorcom. Znam ja dużo takich gości.
Maniek aż zaczerwienił się ze złości. Kto wie, czy nawet nie doszłoby do bójki, gdyby sprzeczki nie przerwało wołanie Świętego, który wzywał więźniów na obiad.
Gdy przyszedłem do celi, wszystko było porozrzucane. Rewizja była u mnie przeprowadzona tym razem bardzo dokładnie. Zrozumiałem, że Święty już zaczyna mi dokuczać za moją zuchwałość. Pracowałem ze trzy godziny, zanim doprowadziłem celę do przepisowego porządku.
Po obiedzie stanąłem przy drzwiach mojej celi, nadsłuchując, czy jeszcze nie wypuszczają więźniów do pracy. Stałem tak aż do kolacji. Ale mnie już więcej nie wypuszczono.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.