Żywe grobowce/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


III.

Ciemna noc wigilijna. Siedzimy sobie już drugi miesiąc po opisanych wypadkach spokojnie w swoich norach. Nikt już nie myśli, nie wierzy w cudy. Niektórzy śpiewają sobie półgłosem kolendy; inni przeklinają cały świat ze wszystkimi frajerami, którzy go zamieszkują. Najwięcej tych, którzy biesiadują przy stole obficie zastawionym smakołykami wigilijnemi.
Większość więźniów kontentuje się tem, że na uroczystość tego dnia otrzymali biały chleb i po kawałku kiełbasy. O wolności nikt już nie wspomina. Nareszcie każdy zrozumiał, że tak ni z tego ni z owego rozpuszczać więźniów w świat, aby nadal broili, nie jest jeszcze w modzie. Dostać się do ula jest bardzo łatwo; ale wydostać się — to trwa całe lata.
Tych wszystkich więźniów, których miano zwolnić z okazji wypędzenia Niemców, dawno już zwolniono. Pozostali więźniowie żyli teraz nadzieją amnestji. Ja także całą nadzieję pokładałem w amnestji.
Przyszedł wreszcie nowy tysiąc dziewięćset dziewiętnasty rok. Otrzymałem akt oskarżenia. Termin mojej sprawy wyznaczono na dwunastego lutego. Każdy dzień był dla mnie wiekiem. Ciekaw byłem, wiele wiosenek mi też wlepią. Nareszcie i ten fatalny dla mnie dzień nadszedł; i zrozumiałem, iże może on być jednym z najstraszniejszych w mojem życiu.
Dnia tego z samego rana sprowadzono mnie razem ze w spólnikam i do kancelarji więziennej. Sam naczelnik nas obejrzał i wydał rozkaz, by nas rozebrać do naga i szczegółowo zrewidować. Tem dał nam do zrozumienia, co nas czeka w sądzie. Po zrewidowaniu okuto nas w kajdany i tak skutych razem prowadzono nas do sądu.
Droga do sądu prowadziła niemal przez całe miasto Ł... Przodownik policji kroczył naprzód, a po bokach dziewięciu policjantów z najeżonemi bagnetami, którzy także opiekowali się nami. W drodze nie pozwalali nikomu zbliżać się do nas. Gapiów ulicznych, jak to w życiu bywa, nie brakowało. Miałem wrażenie, że cale miasto kroczy za nami. Elcia biegła naprzód z wypchaną teką w ręku i ze łzami w oczach. Domyślałem się, że ma tam takie smakołyki, których do więzienia przynosić nie można.
W sądzie wprowadzono nas do specjalnego pokoju przeznaczonego dla więźniów, zanim ich zawołają do sali sądowej na rozprawę.
Przodownik policji, czuły widocznie na kobiece łzy i wdzięki, po długich prośbach wpuścił do nas krewnych i znajomych. Elcia zaraz od progu ku zgorszeniu policjantów padła w moje ramiona i zemdlała. Po chwili doprowadzono ją do przytomności, a przodownik rozkazał wszystkim wynosić się za drzwi.
Kochanka mojego wspólnika, która kobiecym instynktem wyczuła, że się spodobała panu przodownikowi szepnęła mu coś do ucha. Stróż sprawiedliwości uśmiechnął się do niej porozumiewawczo i pozwolił wszystkim zostać.
Elcia usiadła obok mnie. Bladą miała twarz, a swoje czarne oczy utkwiła we mnie. Odrazu poczułem wyrzuty sumienia tak silne, jak jeszcze nigdy w życiu. Bolało mnie to bardzo, że ta piękna, młoda i dobra dziewczyna cierpi tak bardzo przeze mnie. Potem jednak zrobiło mi się przyjemnie, że siedzę tak blisko obok kochającej mnie dziewczyny. Patrzyła na mnie tak, że o mało oczy jej nie wyskoczyły. Zapach jej włosów upajał mnie. Ciepło jej ciała parzyło, jak rozżarzony węgiel. Ile razy zbliżała ku mnie głowę i wydatne piersi, zmysły moje szalały. Nie mogąc zapanować nad sobą, choć ramieniem nieznacznie dotknąłem jej piersi.
O, jaki to sprawia ból, — siedzieć z zakutemi rękoma i nogami przy kochającej kobiecie, która gotowa jest w każdej chwili oddać się ukochanemu nawet na oczach policjantów i innych gnębicieli!
Opowiadała mi o sobie. Pocieszała mnie, że jeszcze dziś będę wolny. Gdy mówiła o mojej wolności, oczy jej błyszczały radośnie. Byłem przerażony, gdyż wiedziałem, jakie ją czeka rozczarowanie. Gnębiła mnie strasznie świadomość, że skarzą mnie na długie lata więzienia. A ona biedna nie domyślą się nawet tego! Byłem zmieszany; jak tu dobrać słowa pociechy dla niej!? W padło mi do głowy kilka ładnych zwrotów, któremi mogłem powoli oswoić ją z tą myślą, że mogę być skazany. Opowiadałem jej, że ma nastąpić wielka amnestja dla przestępców, że nawet naczelnik mówił, że już została ogłoszona.
— Nie, nie, ty dziś musisz być wolny, wiem przecież, że ty jesteś niewinny.
Mówiąc to tuliła się do mnie i łkała nagłos, tak że niektórym z policjantów łzy stanęły w oczach.
Żal ścisnął mi serce. Dlaczego złamałem jej życie? — wyrzucałem sobie w duchu. Uważałem moją sytuację za beznadziejną i wiedziałem, że nic dla niej nie mogę zrobić; i to właśnie doprowadzało mnie do ostatnich granic rozpaczy.
Teraz też miałem sposobność mówić po raz pierwszy z rzekomym moim wspólnikiem Kamerem. Zapytałem go, czego chce i dlaczego na mnie „kapuje“.
Kamer tłumaczył, że go namawiali; nie chciał jednak powiedzieć kto. Pod wpływem gróźb moich i moich wspólników, którzy grozili mu, że go zabiją, obiecał, że mnie na rozprawie „odpucuje“.
Rozprawa. Sala sądowa zapełniona jest publicznością prowincjonalną, należącą do różnych warstw społecznych. Na ławie oskarżonych zasiadam ja, Kamer, Szofer i Antek. Po bokach zaś siedzą dwaj policjanci. Po chwili zjawiają się sędziowie, z prokuratorem na czele. Wszyscy zachowujemy się dość spokojnie, oczekując swego losu z rezygnacją. Ja zamiast patrzeć na sędziów, patrzyłem na Elcię, która umieściła się na najbliższej ławce. Policjant zwracał mi uwagę, bym patrzał na sędziów; jednakże to nic nie pomogło. Śledziłem każdy jej ruch. Obojętna była dla mnie reszta ludzi na sali sądowej.
Przewodniczący zwraca się do Kamera.
— Oskarżeni jesteście o napad z bronią w ręku. Przyznajecie się do winy?
Kamer zrobił niewinną minę i odparł:
— Ja, proszę wysokiego sądu, nigdy na napady nie chodziłem. Przypadkowo tam się znalazłem i zostałem aresztowany. Na policji bili mnie, więc się przyznałem.
Przewodniczący: — Hm, to doprawdy macie szczęście. Zawsze przypadkowo gdzieś włazicie, a później was oskarżają. Powiedzcie mi, czy siedzieliście już w więzieniu?
— Ja, ja, proszę wysokiego sądu, nie siedziałem w więzieniu jeszcze nigdy w życiu.
— A półtora roku w tysiąc dziewięćset drugim kto siedział?
Kamer przybladł trochę, nie spodziewał się bowiem, aby wiedzieli tu o jego przeszłości. Po kilku minutach wahania odparł:
— Ach, tak, przypominam sobie. Ale wtedy niewinnie siedziałem.
Przewodniczący: — Bardzo możliwe. Ale zdaje mi się, że jeszcze tam coś było. Proszę mi powiedzieć prawdę. Więcej razy w więzieniu nie siedzieliście?
— Co to, to już nie, proszę wysokiego sądu. Nigdy więcej nie byłem karany.
Przewodniczący: — Proszę sobie dobrze przypomnieć, bo to tak dawno, człowiek już nie pamięta. I proszę też nic nie ukrywać, bo my i tak wszystko wiemy.
— Nie, nigdy. Mogę nawet przysiąc.
Przewodniczący: — Cztery lata za zabójstwo żołnierza na granicy rosyjsko-niemieckiej kto siedział?
Kamer zrobił wielkie oczy, a publiczność na sali śmiała się tak, że musiano ją uspokoić. Po chwili odparł jakby nie swoim głosem:
— Siedziałem. Ale to było przecież za zabójstwo Moskala, wroga Polaków. Chciał mnie zabić, to ja jego zabiłem i za to kacapy dali mi cztery lata rot aresztanckich.
Sędziowie ironicznie uśmiechnęli się.
Przewodniczący: — Osiem lat katorgi zdaje mi się, że tak samo Franciszek Kamer, syn Antoniego i matki z domu Stachowiak, w Orłowskiej gubernji odsiedział.
Publiczność znów wybuchnęła śmiechem.
Kamer teraz spuścił głowę i nic na to nie odpowiedział.
Przewodniczący: — Proszę mi powiedzieć, w którym roku zwolniono was z katorgi i kiedy przyjechaliście z powrotem do Polski.
— Do Rosji wysiany byłem w tysiąc dziewięćset dwunastym roku, a przewrót Kiereńskiego dał nam wolność. Do Polski przyjechałem na początku osiemnastego roku. Więcej nie zajmowałem się tem, co dawniej.
Jeden z sędziów z ryżą kozią bródką szepnął coś do ucha przewodniczącemu.
Przewodniczący: — Więc jakże wy mówicie, żeście przypadkowo tam trafili, gdy na śledztwie przyznaliście się, że ten — tu wskazał palcem na mnie — także był z wami.
— Mnie namawiali na policji, żebym mówił, że on był ze mną. To nieprawda. Nie znam go wcale.
— Kto was namawiał?
— Ten agent co tu stoi, — wskazał w kierunku, gdzie stal oparty o ścianę znany już nam agent B...
Agent słysząc to, uśmiechnął się zjadliwie.
Następnie zapytano mnie czy go znam i t. d. Wszystkiemu zaprzeczyłem, nie przyznając się nietylko do znajomości z Kamerem, ale nawet z Szoferem i z Antkiem.
Oprócz sprawy Kamera zarzucano nam jeszcze trzy sprawy; do jednej tylko Szofer przyznał się, ale twierdził, że nas wcale nie zna.
Antek także nie przyznawał się do niczego. Twierdził z głupkowatym wyrazem twarzy, że wogóle nie rozumie, o co go oskarżają. Następnie na cały głos rozpłakał się.
Ja także, wyczuwając, że brak tu dowodów mojej winy, nie myślałem wogóle przyznawać się do czegokolwiek.
Muszę też przyznać, że ze wszystkich czterech spraw, które mi zarzucano, czułem się winny tylko co do jednej. Szczegółowo tu opisywać rodzaj przestępstwa, o jakie nas posądzono, myślę, że nie warto. Było to bowiem zwykłe włamanie, nie zasługujące na uwagę czytelnika.
Zawezwano też świadków, między którymi znalazła się i znana nam już z pierwszego tomu żona fryzjera. Stanęła ze spuszczoną głową przed trybunałem, a oczy wszystkich skierowane były w jej stronę.
— Czy pani zna tego człowieka? — pytał sędzia wskazując na mnie.
— Tak, znam, — odpowiedziała nie patrząc w moją stronę.
— Proszę spojrzeć, a później mówić, czy to ten, czy nie ten.
Oczy nasze spotkały się; prędko odwróciła głowę rumieniąc się i blednąc zarazem.
— Dawno poznała pani tego człowieka i skąd go pani zna?
— O, ja dobrze znam tego złodzieja, bandytę. To taki paskudny rozbójnik, i mnie chciał zabić.
Publiczność śmiała się do rozpuku, a nawet sędziowie nie mogli się powstrzymać, by się nie uśmiechnąć.
— Dlaczego on chciał świadka zabić?
— On mówił, że mnie kocha, a ja nie chciałam.
Publiczność tak śmiała się, że kilka minut trwało, nim ją uspokojono.
— Proszę mi powiedzieć, — pytał dalej przewodniczący, — skąd świadek wie, że on jest złodziejem? Czy sam o tem mówił?
— Nie. Sam nie mówił, ale ja wiedziałam i mój mąż. On zawsze nic nie robił, a pieniędzy dużo miał. Ja kazałam go aresztować policji.
— Czy świadek nie widziała czasami, by ci czterej, co tu siedzą na ławie oskarżonych, chodzili razem?
— Ja raz widziałem, jak ten — wskazała palcem na mnie i na Szofera — i ten wysoki, przychodzili razem golić się do naszej fryzjerni.
Przewodniczący zwrócił się do mnie.
— Czy oskarżony zna tę kobietę? I czy to prawda, co ona mówi?
— Tak, znam ją aż zanadto. Nie dawała mi spokoju swoją miłością. Namawiała mnie nawet, żebym zabił jej męża i żył z nią razem. Ta kobieta chce się zemścić za to, że odpędzałem ją od siebie. Prześladowała mnie zawsze swoją miłością, odgrażając się, że ją popamiętam.
Kobieta zapłonęła ze wstydu, a przewodniczący kazał jej usiąść na swojem miejscu.
Przesłuchano resztę świadków, poczem sąd udał się na naradę.
Elcia przez cały czas rozprawy siedziała blada nie do poznania; widać było, że zrozumiała nareszcie, co mnie czeka i że jestem dla niej stracony na zawsze. Fryzjerka siedziała na przeciw niej, zaglądając jej triumfalnie w oczy i jadowicie uśmiechała się.
Teraz przypatrywałem jej się uważnie i nagle zrobiłem ruch, jakbym chciał przeskoczyć barjerkę i rzucić się na tę podłą kobietę. Ale policjant odrazu spostrzegł mój zamiar i stanął przy mnie, nie spuszczając mnie z oczu. Elcia zauważyła to i wybuchnęła spazmatycznym płaczem.
Na sali sądowej zapanowała głucha cisza. Kilka kobiet starało się ją uspokoić. W reszcie przesunęła ręką po czole, jakby chciała sobie coś przypomnieć; westchnęła ciężko i zawołała:
— O Boże, co ja biedna zrobię!
I znów wybuchnęła płaczem.
Po półgodzinnej przerwie, która wydawała się wiekiem, sąd powrócił z narady, poczem ogłoszono wyrok.
Wyrok uderzył we mnie jak piorun. Kamer skazany został na osiem lat ciężkiego więzienia z pozbawieniem praw na całe życie; Szofer i ja na sześć lat ciężkiego więzienia z pozbawieniem praw na dziesięć lat; Antek został zwolniony.
Zaraz też na zasadzie amnestji z dnia ósmego lutego tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku, jedna trzecia została nam darowana. Areszt prewencyjny nie został zaliczony.
Elcia po wysłuchaniu wyroku zawołała zrozpaczona:
— Jak to można! On jest niewinny! Jest tylko ofiarą kolegów. Tu zaszło jakieś nieporozumienie. Błagam o sprawiedliwość!
Usta jej zadrgały; łza zawisła na policzku. Nigdy nie widziałem człowieka w takiej rozpaczy.
Po chwili zakuto nas znów w kajdany i z wielką ostrożnością wyprowadzono z gmachu sądowego.
Była jasna mroźna noc. Zegar wybił wpół do pierwszej. Policja otoczyła nas wkoło, a kilku konnych policjantów rozpędzało tłum, który, ze względu na naszą popularność, z sali sądowej podążył za nami. Elcia, razem z najbliższymi moich wspólników, szła niedaleko za nami, odprowadzając nas do samego więzienia. Pocieszała mnie, że apelacja może mnie jeszcze zwolnić; prosiła, żebym się nie martwił i zapewniała, że do grobu mnie nie zapomni. W ręczyła mi przez policjanta torbę z różnemi produktam i i po czułem słowie pożegnania na odległość, wprowadzono nas zpowrotem do więzienia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.