Żywe grobowce/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


II.

Taka półwolnościowa sytuacja w więzieniu trwała do dnia dwudziestego listopada. Przypominam to sobie, jakby to było dzisiaj. Rano, gdy dozorca otworzył drzwi na śniadanie, kalefaktor podał mi porcję chleba. Ręka moja zawahała się i zawisła w powietrzu; pomyślałem, że kalefaktor chyba się pomylił. Spojrzałem do kosza... O zgrozo! Wszystkie porcje były mniejsze. Więc to takie buty, — pomyślałem. Przyjąłem chleb i kubek kawy; kawa ta znowu przypomniała mi Róla. Odstawiłem śniadanie i wskoczyłem na okno. Więźniowie wołali jeden na drugiego:
— Janek, dużą pajdę dostałeś?
— Pół funta, może i to nie, — odpowiedział płaczliwym głosem zagadnięty.
— I ja tak samo, — wołał tamten głos z żalem.
— Patrz, psia ich mać, — krzyczał chrapliwy głos.
— Dają nam znów kawkę na śniadanie.
— A ty coś myślał, — naigrawał się inny. — Będą cię stałe karmili kaszą z kartoflami na śniadanie? Za bardzobyś się wypasł. Kto chce wcinać kaszę z kartoflami, niech kiwa w domu, a nie przychodzi do „Czerwoniaka“.
— A nie mówiłem wam tego, pętaki, — wołał ten sam, który od początku wróżył, że nic dobrego nie będzie. — Zobaczycie, frajerzy, że „Argus“ was bujał. Jeszcze tu będzie taka bryndza, że z mortusu kitować nie będzie czem. Niejeden kopytka tu wyciągnie. Ja wam mówię, że „Argus“ ma „cykorję“, dlatego tak nas głaskał i obiecywał. Ja jestem „Czerniak“ i w mordę bity, mówię wam, trzeba bajzel zrobić, póki jeszcze czas.
— Zamknij jadaczkę i nie trajluj, głupi cyganie. Co ty myślisz, że w lesie jesteś? Siedź tam, kiedy ci dobrze. Poczekaj. Jak pan naczelnik gadał, tak będzie.
Jednakże byli i tacy, którzy popierali cygana. Żołnierz stojący na warcie po raz pierwszy rozkazał nam zejść z okien. Zakazał również rozmów. Więźniowie jednak, rozbałamuceni przez te kilka dni, nie słuchali go, myśląc, że z własnej gorliwości wydaje te rozkazy. Dopiero widząc, że podnosi karabin i celuje do okien, powoli poczęli złazić i wyglądać smutno zza krat.
Jednakże i tego zabroniono. Po chwili rozległy się uderzenia kolb w drzwi:
— Złazić z okien! Złazić z okien, — mówię do was, czy nie?
Więźniowie na ten okrzyk poczęli pukać w ściany, jakby pytali jeden drugiego — co to jest, co to ma znaczyć?
Wtem rozległo się na korytarzu trzaskanie drzwiami: to wołano, po raz pierwszy od jedenastego listopada, na spacer. Dotychczas bowiem, spodziewając się wolności, więźniowie o spacer się nie upominali.
Przez okno słyszałem, jak dozorca wydawał rozkazy:
— Dziesięć kroków jeden od drugiego i nie rozmawiać, Komu się nie podoba, marsz zpowrotem do celi.
Dozorcy, uzbrojeni w karabiny i rewolwery, stali we wszystkich rogach podwórka. Ta nagła zmiana zrobiła tak piorunujące wrażenie, że więźniowie nie odważyli się pary z ust puścić, aby zaprotestować. Stali się odrazu posłuszni, jak baranki. Jeden tylko cygan narobił takiego hałasu, że któryś z dozorców ręką zatkał mu gębę, bojąc się, by więźniowie po celach, nie widząc, co się dzieje, nie przyłączyli się do krzyku, przekonani, że kogoś tu biją.
Po chwili zawleczono go do środka i umieszczono tam, skąd krzyki już nie dochodzą...
Jeden tylko śmiałek odezwał się na ten krzyk. — Nie bij, — zawołał przez okno, i prędko się schował.
Więźniowie, widząc zachowanie dozorców, pozwieszali beznadziejnie głowy, i z założonemi wtył rękoma spacerowali aż do powrotu do cel.
Przez cały ten czas dozorcy chodzili po korytarzach, zaglądając przez judasza do środka cel. Gdy zajrzano do mnie, udałem, że myję miskę. Po chwili i mnie wypuszczono na spacer.
Na spacerze pan dozorca upodobał mnie sobie i co chwila zwracał mi uwagę. To, że nierówno chodzę, to, że się oglądam lub rozmawiam. Jednem słowem, w ciągu tych paru minut plątania się po podwórku więziennem, zdążyłem już popełnić kilkanaście wykroczeń, co według niego zasługiwało już na wielką karę.
Po powrocie do celi zagłębiłem się w smutnych rozmyślaniach. O, jak podstępni są ludzie! Dlaczego obiecywano nam wolność? Jakże ciężko będzie teraz znowu oswoić się z myślą, że trzeba nadal gnić w tym grobie. Kto wie jak długo...
To okropne, — krzyczałem sam do siebie. Począłem biegać po celi, chwytając się za głowę i wyjąc jak wściekły pies z gniewu. Drżąc na calem ciele, wołałem:
— Poco ja żyję? Czem jest życie dla takiego nędznika, jak ja! Czy żyję poto, by zjeść codziennie pół funta chleba i przetrawić trzy litry zupy?
W napół wyczerpanym mózgu zaczyna się coś dziać. Przesuwają się obrazy z przeszłości. W przyszłość boję się spojrzeć, przeczuwając instynktownie, że jest straszna, może jeszcze straszniejsza, niż przeszłość. Nagle, jakby obcemi rękoma zaczynam nerwowo zrywać z siebie ubranie. Prędkim ruchem skręcam kalesony, włażę na stół. Przeciągam nogawkę przez hak tkwiący w suficie. Haki te pozostały po naftowych lampach, których za rosyjskich czasów używano po więzieniach. Skręciłem pętlę i prędko wciągnąłem ją na szyję. Przed oczyma zamajaczyła mi blada twarz mojej matki; później wysoka postać ojca. Bojąc się, że stchórzę, kopnąłem stół, a sam zawisłem w powietrzu i odrazu straciłem przytomność...
Przyszedłem do siebie dopiero, gdy poczułem zim ny asfalt pod głową; sączyła się z niej krew, kark mnie bolał, zmęczona głowa opadała na piersi. Los był dla mnie nieubłagany; nawet powiesić mi się nie dał. Chciałem po raz drugi spróbować, ale daleki już byłem od myśli o samobójstwie. Tym razem nie starczyło mi odwagi.
Jakże mnie teraz bolało, gdy pomyślałem sobie, że mogłem już nie żyć w tej chwili. Wyobrażałem sobie siebie wiszącego pośrodku celi, jako zimnego trupa. Widzę, jak dozorcy zbiegają się do mojej celi. Każdy patrząc na mnie, rzuca jakąś uwagę, jakby to nie był trup człowieka, lecz jakiegoś gada. Słyszę też urągliwe cyniczne zdania pod moim adresem:
— Będzie o jednego zbrodniarza mniej na świecie, — mówi otyły dozorca z twarzą buldoga.
— Wszyscy złodzieje powinni tak skończyć, — dodaje drugi podobny do zakonnika.
Słysząc w wyobraźni, jakie zadowolenie wywoła moja śmierć między moimi opiekunami, do których czułem taką samą nienawiść, jak do swego życia, raz na zawsze postanowiłem, by tej przyjemności im nie robić i samobójczą śmiercią nigdy nie skończyć. Trzeba walczyć o wolność, a nie ustępować dobrowolnie jak tchórz! Złodziej nigdy nie powinien tchórzyć.
Wreszcie dano nam obiad. Nie tknąłem go: obiad był do niczego.
Więźniowie, nie bacząc na to, że zabroniono wyglądać oknem i rozmawiać, na cały głos narzekali, że obiad jest marny. Radzili i namawiali jeden drugiego, by podnieść rejwach i bunt. Jednakże powoli wszystko ucichło. Widocznie brak było zwolenników terroru, — oczekiwali, aż dobrowolnie ich zwolnią.
Ja miałem co jeść, gdyż od dnia wypędzenia Niemców wolno było dostawać jedzenie. Elcia nie zapomniała o mnie i przynosiła mi tego dowoli. Najadłem się więc i wpadłem w głęboką zadumę...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.