Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część czwarta/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
MATKA AGRYPINA.

Klasztor Panny Marji, w którym zamknięto córki marszałka Simon, był to stary, wielki pałac, którego obszerny ogród wychodził na bulwar Szpitalny, miejscowość ta w owej epoce liczyła się do najodludniejszych przedmieść Paryża.
Sceny, które tu przedstawić zamierzamy, rozgrywały się dnia 12 lutego, to jest w wigilję tego dnia, w którym członkowie rodziny Rennepont, ostatni potomkowie po siostrze Żyda-Tułacza, zebrać się mieli przy ulicy Świętego Fraciszka.
Klasztor Panny Marji utrzymywany był w największym porządku. Rada nadzorcza, składająca się z osób duchownych, bardzo wpływowych, na których czele był ksiądz d'Aigrigny, i z kobiet, którym przewodniczyła księżna Saint-Dizier, zgromadzała się często, dla obmyślenia środków do rozszerzenia i utrwalenia potężnego wpływu tego tajemnego zakładu.
Zarząd ten, utworzony i prowadzony był podług bardzo zręcznie i głęboko obmyślonych zasad i posiadał już, bardzo znaczne nieruchomości i inne dobra.
Klasztor służył tylko za pretekst; lecz, dzięki licznym nieprzerwanym związkom z prowincjami, ściągano do tego zakładu, za pośrednictwem najgorliwszych członków partji jezuickiej, bardzo wiele sierot bogato uposażonych, które miały pobierać w klasztorze wychowanie gruntowne, surowe, religijne, nierównie lepsze, jak głosili zwolennicy jezuitów, od wychowania, jakieby znalazły na modnych pensjach, zarażonych tegoczesnem zepsuciem; kobietom wdowom lub starym panom, ale także bogatym, klasztor dawał pewne schronienie od pokus światowych; w tem spokojnem ustroniu żyć mogły osoby wolne od zgiełku miasta, używać bogobojnej ciszy, dla zapewnienia sobie zbawienia; tam otaczano je największą i nauprzejmiejszą troskliwością.
Ale nie na tem jeszcze koniec; matka Agrypina, przełożona, podejmowała się także dostarczać pobożnym, co pragnęli uchronić swe domy od światowego zepsucia, bądź, to panienki do towarzystwa osób samotnych lub w podeszłym wieku, bądź to służących do gospodarstwa, wreszcie szwaczek i to takich, za których surową moralność zakład mógł ręczyć.
Zdawałoby się, że nic godniejszego sympatji, pochwały i poparcia nad podobny zakład; lecz pod temi moralnemi i pobożnemi pozorami ukrywała się obszerna i szkodliwa osnowa wszelkiego rodzaju intryg.
Przełożona klasztoru, była to kobieta słusznego wzrostu, mająca lat około czterdziestu, odziana w grubą suknię koloru karmelickiego, z długim różańcem u pasa; biały czepek zawiązany pod brodę i czarny welon osłaniały chudą, wybladłą twarz; czoło koloru pożółkłej kości słoniowej poorane było mnóstwem poziomych zmarszczek; nos jej ostro-kończasty, zakrzywiony był trochę, podobne jak u drapieżnego ptaka; w czarnem oku widać było bystrą przenikliwość; fizjognomją zarazem pojętna, zimna i spokójna.
Pod względem zdolności kierowania interesami zgromadzenia, matka Agrypina nie ustąpiłaby najprzebieglejszemu i najchytrzejszemu prokuratorowi. Gdy kobiety znają się na tak zwanym duchu interesów i gdy przytem posiadają tę im właściwą delikatną przenikliwość, niezmordowaną wytrwałość, roztropną szybkość, a nadewszystko wrodzoną im szybką oględność, wtedy dochodzą do nadzwyczajnej doskonałości w tego rodzaju rzeczach.
Dla matki Agrypiny, kobiety z głową i niezmordowanej, obszerna rachunkowość zgromadzenia była igraszką; nikt nie umiał lepiej od niej zakupywać majątków za bezcen, podnosić ich wartość i korzystniej następnie zbywać; kursa każdego rodzaju rent, weksli, bieżąca wartość akcyj i rozmaitych przedsiębiorstw, nie były jej obce, i na tem wszystkiem znała się doskonale; nigdy nie pomyliła się w zleceniach giełdowych, gdy chodziło o ulokowanie funduszów, oddawanych przez dobrodusznych ludzi na rzecz zakładu; zaprowadziła w domu porządek, karność i oszczędność, gdyż głównym jej celem było wzbogacić nie siebie, lecz klasztor, którym rządziła; albowiem wspólny czyli zbiorowy egoizm przyswaja korporacjom i zgromadzeniom wady pojedyńczych ludzi.
Tym sposobem zgromadzenie może lubić władzę i pieniądze, podobnie jak ambitny lubi władzę dla władzy, próżny zaszczyty dla zaszczytów, a chciwy pieniądze dla pieniędzy... szczególniej zaś w interesach, dotyczących dóbr nieruchomych, kongregacje Objawiają niezmierną chciwość.
Trudno wystawić sobie bardziej cierpką i gorącą zawiść, niż tą, jaka panuje we Francji między różnemi męskiemi i źeńskiemi kongregacjami, z powodu posiadania dóbr nieruchomych; jak bogate zgromadzenie uważa się za wyższe, z powodu posiadanych dóbr, folwarków i kapitałów, od innych zgromadzeń, mniej bogatych.
Matka Agrypina siedziała przed wielkiem biurkiem, stojącem na środku pokoju, umeblowanego z prostotą, ale i z wszelkiemi wygodami; na marmurowym kominku paliło się wybornie, posadzka zaś zasłana była miękkim kobiercem.
Przełożona, której codzień oddawano wszystkie listy, pisane już to do sióstr zakonnych, już do pensjonarek klasztornych, — listy do sióstr z prawa otwierała, listy zaś do pensjonarek bardzo zręcznie rozpieczętowywała, z prawa, jakie sobie przywłaszczyła, dla dobra duchowego tych kochanych wychowanek, i wysyłane z klasztoru, przed oddaniem na pocztę, przechodziły przez jej ręce.
Ślady tej pobożnej i niewinnej ciekawości bardzo łatwo niknęły, gdyż dobra matka miała zamożny arsenał wszelkiego kształtu delikatnych stalowych instrumentów; nakoniec w arsenale matki Agrypiny była nader dowcipnej roboty fajerka, nad której wilgotną parą trzymano listy skromnie i pokornie pieczętowane opłatkiem, a gdy ten odmiękł, list otwierał się bez najmniejszego uszkodzenia papieru. Przełożona sporządzała z każdego listu mniej lub więcej obszerny wyciąg.
Te ciekawe badania przerwano jej dwoma zapukaniami we drzwi, starannie zamknięte na zasuwkę.
Matka Agrypina spuściła natychmiast klapę biurka na cały ten arsenał, wstała i poważnie poszła otworzyć drzwi.
Siostra nowicjuszka dała jej znać, że księżna Saint-Dizier czeka w sali, i że Floryna, a z nią młoda, ułomna, biednie odziana dziewczyna, które przybyły nieco później od księżnej, czekają na małym korytarzu.
— Wprowadź najprzód księżnę.
Księżna Saint-Dizier weszła.
Księżna była ubrana bez zalotnych pretensyj, ale wytwornie i gustownie; ramiona i szyję okrywał wielki kaszmirski szal błękitny.
— Jakiż szczęśliwy traf obdarza mnie dziś jeszcze zaszczytem twych odwiedzin, moja kochana córko! — odezwała się uprzejmie przełożona.
— Bardzo ważny interes, moja kochana matko, bo bardzo się śpieszę, czekają na mnie u Jego Wysokiej Przewielbności i ledwie kilka minut pozostać tu mogę; idzie jeszcze o te dwie sieroty.
— One ciągle są rozłączone, podług twego żądania...
a to rozłączenie tak im zaszkodziło... iż byłam zmuszona zawiadomić o tem doktora Baleinier... Orzekł on, że mają gorączkę, połączoną z wielkiem osłabieniem, i rzecz szczególna, symptomaty słabości u obydwóch sióstr są zupełnie też same... Badałam znowu biedaczki... zdziwiłam się... przelękłam... one nie mają najmniejszego wyobrażenia o religji.
— Dlatego też wypadało jak najprędzej oddać je tu... Lecz powód mych odwiedzin, kochana matko, jest następujący: dowiedziano się o nagłym, niespodziewanym powrocie żołnierza, który przyprowadził dziewczęta tu do Francji; to człowiek śmiały, przedsiębiorczy i nadzwyczaj energiczny... A więc od dzisiejszego dnia, moja kochana matko, trzeba podwoić baczność, aby nikt nie mógł tu się dostać nocą... Ta część miasta jest tak odludną!...
— Bądź spokojną, maja córko... dostatecznie jesteśmy strzeżone; nasz odźwierny i nasi ogrodnicy, dobrze uzbrojeni, co noc patrolują od strony bulwaru szpitalnego, mary są wysokie i najeżone ostremi żelaznemi kolcami w miejscach przystępniejszych... ale zawsze dziękuję ci, moja córko, żeś mnie przestrzegła, podwoimy ostrożność.
— Szczególnie podwoić ją trzeba tej nocy, moja kochana matko!
— Tej więc nocy — oświadczyła matka Agrypina — podwoi się ostrożność... A ponieważ mam przyjemność widzieć cię, moja córko, korzystać z tego będę i powiem ci parę słów o zamężciu, o które właśnie teraz rzecz idzie.
— Dobrze, kochana matko, pomówmy o tem, bo to rzecz niemałej wagi; młody baron de Brisville jest człowiekiem pełnym gorliwej pobożności w obecnych bezbożnych czasach; dosyć chętnie słuchają go w izbie, może więc wyświadczyć nam wielkie przysługi; zawsze mówi z zapałem o sprawach religijnych i nie oszczędza swych przeciwników, co szczęściem, w obecnych okolicznościach nie jest niebezpiecznem; zupełnie jest nam oddany, my więc nawzajem winniśmy mu to małżeństwo koniecznie doprowadzić do skutku; wiesz zresztą, kochana matko, że przyrzekł zapisać sto tysięcy franków instytutowi Marji, zaraz w dniu, w którym posiądzie majątek panny Baudricourt.
— Nie wątpiłam nigdy o zacnych chęciach pana Brisville względem zakładu, który zasługuje na sympatję wszystkich pobożnych ludzi — odpowiedziała skromnie przełożona, — ale nie spodziewałam się napotkać tylu przeszkód ze strony panny.
— Jakto?
— Ta dziewczyna, o której dotąd sądziłam, że jest uosobnieniem uległości, bojaźliwości, nicości, krótko mówiąc, że jest głupkowatą gąską... zamiast, jak się spodziewałam, ucieszyć się z zaproponowanego jej małżeństwa... żąda, aby jej zostawić czas do namysłu.
— Litować się trzeba!
— Nie sprzeciwia się jawnie, ale też nie zgadza się; nadaremno mówię jej, że, nie mając ani rodziców, ani przyjaciół, oddana zupełnie pod moją opiekę, powinna widzieć memi oczyma, słyszeć memi uszami: i że kiedy jej mówię, iż to zamężcie jest ze wszech miar dla niej odpowiedniem, powinna zgodzić się na nie, bez najmniejszej zwłoki, ani namysłu.
— Bezwątpienia...
— Ona mi mówi, że chciałaby najprzód widzieć pana Brisville i poznać jego charakter.
— To wcale niepotrzebne... skoro jej ręczysz za jego moralność i uważasz to małżeństwo za stosowne.
— Zresztą dziś rano, dałam poznać pannie Baudricourt, że dotąd samych tylko łagodnych używałam względem niej środków, i starałam się przekonać ją, że gdyby się opierała, byłabym zmuszoną, mimowolnie, dla samego jej interesu... użyć surowych środków dla przełamania jej oporu, odłączyć ją od towarzyszek, zaniknąć w celi, trzymać w najściślejszem ukryciu... aby nareszcie namyśliła się być szczęśliwą.... zaślubić zacnego mężczyznę.
— A cóż te groźby?... podziałały na nią?
— Spodziewam się, że będą miały dobry skutek... na prowincji utrzymywała listowny związek z dawną przyjaciółką z pensji... zerwałam tę korespondencję, teraz więc jest pod moim wyłącznie wpływem...
— Pewna też jestem, że pan de Brisville nie poprzestanie na pierwszem przyrzeczeniu, i ręczę za niego, że jeżeli zaślubi pannę Baudricourt...
— Wiesz, moja — córko — przerwała przełożona — że gdyby tak na mnie, odmówiłabym; lecz ofiara dla naszego zakładu jest czynem miłym Bogu, nie mogę więc przeszkadzać panu de Brisvïlle powiększać liczby jego dobrych uczynków; a potem wielceby się to przydało.
— O cóż to idzie, moja matko?
— Inne zgromadzenie ubiega się z nami i podkopuje nas w nabyciu pewnej nieruchomości, któraby dla nas byłam wielce dogodną... są wprawdzie ludzie nienasyceni; a wreszcie otwarcie to wymówiłam przełożonej.
— W rzeczy samej mówiła mi ona o tem, lecz zwaliła winę na ekonoma — odpowiedziała księżna Saint-Dizier.
— Aha!... widziałaś — się z nią, moja kochana córko? — zapytała przełożona z pewnem zdziwieniem.
— Spotkałam — się z nią u Jego Wysokiej Przewielebności — odpowiedziała księżna z pewnem wahaniem, czego matka Agrypina nie zdawała się dostrzegać.
— Prawdziwie nie wiem — rzekła — dlaczego nasz zakład wzbudza tyle zazdrości w tamtych siostrach; niemasz niedorzecznej baśni, którejby nie rozsiewały o nas; tak są pewne osoby, które zawsze boli powodzenie bliźniego.
— Nie to, moja kochana matko — uspakajała księżna pojednawczym tonem — spodziewać się trzeba, że zapis pana de Brisville postawi was w możności uprzedzenia tamtego klasztoru w kupieniu nieruchomości, małżeństwo to więc byłoby podwójnie korzystnem, moja matko... gdyż oddałoby wielki majątek w ręce przychylnego nam człowieka, który użyłby go jak należy... suma około stu tysięcy franków rocznego dochodu, w trójnasób polepszyłaby położenie naszego gorliwego obrońcy. Będziemy nareszcie mieli organ naszej sprawy, i nie będziemy już zmuszeni poruszać naszej obrony takim ludziom, jak ten Dumoulin.
— Z tem wszystkiem w jego pismach wiele jest zapału i nauki. Widać, że to człowiek cnotliwy, którego oburza bezbożność naszego czasu.
— Niestety! moja matko, gdybyś wiedziała, jaki to jest człowiek z tego Dumoulin‘a„, ale nie chcę obrażać twych uszów.... Tyle ci tylko powiem, że tacy obrońcy zaszkodzić mogą najświętszej sprawie... Bądź zdrowa, kochana matko, do widzenia... a nadewszystko podwój ostrożność tej nocy...
— Bądź spokojna, moja córko... Ach!... zapomniałam... Floryna prosiła mnie, abym od ciebie żądała dla niej jednej łaski: to jest żebyś ją przyjęła do usług...
— Moja kochana matko, skoro tylko zajmujesz się Floryną... to już dosyć dla mnie, wezmę ją do siebie... a zresztą będzie mi ona użyteczną.
— Stokrotnie dziękuję ci, moja córko, za twoją dobroć; spodziewam się, że się wkrótce zobaczymy... Pojutrze będziemy mieli długą naradę z Jego Wysoką Przewielebnością, nie zapomnijże o tem...
— Nie, moja matko, przybędę niezawodnie.. ale pamiętaj, matko, podwoić ostrożność tej nocy, aby nie dopuścić wielkiego zgorszenia ze strony tego przeklętego żołnierza...
Z uszanowaniem pocałowawszy przełożonę w rękę, księżna oddaliła się z gabinetu wielkiemi drzwiami.
W kilka minut później weszła bocznemi drzwiami do przełożonej Floryna.
Przełożona siedziała, Floryna zbliżyła się do niej z bojaźliwą nieśmiałością.
— Nie spotkałaś księżny Saint-Dizier? — zapytała matka Agrypina.
— Nie, matko wielebna, ja czekałam na korytarzu, którego okna wychodzą na ogród.
— Księżna bierze cię do usług, zaraz, od dzisiejszego dnia — oświadczyła przełożona.
Floryna, okazując zdziwienie, odezwała się po chwili:
— Mnie!... wielebna matko... wszakże....
— Prosiłam ją o to w twojem imieniu... przystajesz? — odpowiedziała przełożona tonem nakazującym.
— Wszakże... wielebna matko... ja prosiłam, aby nie...
— Mówię ci, że przystajesz! — powtórzyła przełożona z taką mocą, że Floryna spuściła oczy i odpowiedziała cichym głosem:
— Przystaję... nie śmiem opierać się woli twojej, matko.
— Rozkaz ten daję ci w imieniu pana Rodina...
— Tak się spodziewałam... wielebna matko — smutnie odpowiedziała Floryna — a pod jakiemi warunkami... wejdę w służbę... do księżnej?
— Pod temiż, jak u jej synowicy.
Floryna wzdrygnęła się i rzekła:
— A więc, będę musiała składać częste tajemne raporty o księżnej?
— Będziesz uważała, będziesz pamiętała, i zdasz potem rachunek...
— Dobrze, wielebna matko...
— Szczególniej dawać będziesz baczność na odwiedziny przełożonej Sacre-Coeur; będziesz je sobie notowała i będziesz się starała dobrze podsłuchiwać... Idzie tu o to, aby zabezpieczyć księżnę od szkodliwych wpływów.
— Będę posłuszna, wielebna matko.
— Będziesz także starała się dowiedzieć, dlaczego dwie sieroty, dziewczęta, zostały tu przyprowadzone, z zaleceniem jak największej względem nich surowości.
— Dobrze, matko wielebna.
— A przy tem wszystkiem nie zaniedbasz uważać i pamiętać wszystko, cobyś poczytywała za godne uwagi.
— Dobrze, wielebna matko.
— Jeżeli, zresztą, postępować będziesz, jak należy, jeżeli wypełniać będziesz wiernie instrukcje, o których ci mówię, wyjdziesz od księżnej, i umieszczę cię jako szafarkę u młodej mężatki; będzie to dla ciebie wyborne miejsce i służba na długo... a zawsze pod tymi samymi warunkami. Tak więc wchodzisz do księżnej Saint-Dizier naskutek swej własnej prośby.
— Rozumiem, wielebna matko... będę o tem pamiętała.
— Cóż to za ułomna dziewczyna, którąś z sobą przyprowadziła?
— Jest to biedna dziewczyna bez żadnego sposobu do życia, bardzo roztropna, mająca wychowanie nad swój stan; jest to szwaczka do bielizny, zabrakło jej roboty, przywiedziona została do ostateczności. Wywiedziałam się o niej dziś rano, kiedym poszła po nią.
Przełożona jakby była zadowoloną z wiadomości, i po chwili namysłu rzekła:
— I wydaje się roztropną?
— Bardzo roztropna.
— I przytem bez sposobu do życia?
— Bez żadnego sposobu...
— Mniejsza o to — pomyślała sobie przełożona — kiedy tylko jest roztropna, to dosyć.
Potem rzekła głośno:
— Czy zręczną jest do roboty?
— Tak mówią, matko wielebna.
Przełożona wstała, poszła do biurka, wzięła spis, widać było, jak w nim szukała przez jakiś czas, potem, kładąc go z powrotem na miejscu, rzekła:
— Zawołaj tu tę dziewczynę... potem pójdziesz do garderoby i tam czekać będziesz na mnie..
— Ułomna... roztropna... zręczna robotnica — rozważała sobie przełożona... — trzeba spróbować.
Po chwili Floryna weszła z Garbuską, i przedstawiwszy ją przełożonej, oddaliła się.
Młoda szwaczka była zmieszana, drżąca, gdyż nie mogła iż tak powiem, uwierzyć temu, co spostrzegła w nieobecności Floryny.
Nie bez obawy Garbuska pozostała sam na sam z przełożoną klasztoru Panny Marji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.