Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część czwarta/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
POKUSA.

Przyczyna wielkiego wzruszenia Garbuski była następująca: Floryna, odchodząc do przełożonej, pozostawiła młodą szwaczkę na wąskim korytarzu, służącym za przedpokój do sali na pierwszem piętrze; przy oknach stały ławki. Będąc sama, Garbuska zbliżyła się do okna, wychodzącego na ogród klasztorny, ogrodzony z tej strony nawpół zwalonym murem; na jednym końcu mur ten zabity był rzadko deskami.
Na dole tego domu, w oknie za kratami, nad którem był niby daszek, Garbuska spostrzegła młodą dziewicę, która, mając oczy zwócone na budynek klasztorny, kiwała ręką, jakby wołając do siebie.
Garbuska ze swego okna nie mogła rozpoznać, komu dawane były te znaki porozumienia, podziwiała tylko rzadką piękność tej dziewicy. Wyglądało tak, jakgdyby ktoś odpowiadał na te znaki.
Blady promień słońca, przedzierając się przez obłoki, oświecił w tej chwili włosy tej dziewicy, której biała twarz, jakby przyklejona wtedy do okna, zdawała się nagle, iż tak powiem, niejako błyszczeć połyskiem złocisto-żółtych włosów.
Na widok tej zachwycającej twarzy, otoczonej ślicznemi lokami włosów, Garbuska zmieszała się mimowolnie, natychmiast przyszła jej na myśl panna de Cardoville i zdawało się jej (a nie myliła się), że widzi opiekunkę Agrykoli.
Widząc tam, w tym nieszczęsnym domu obłąkanych, tę młodą nadzwyczaj piękną dziewicę, przypominając sobie delikatną dobroć, z jaką przed kilkoma dniami przyjmowała w swym rozkosznym pałacyku Agrykolę, Garbuska uczuła głębokie wzruszenie. Sądziła, że Adrjanna cierpi na pomieszanie zmysłów; przypatrując się jednak uważnie, osądziła, że rozum i wdzięk nie przestały ożywiać tej pięknej twarzy.
Nagle panna de Cardoville dała pełen znaczenia znak: przyłożyła palec do ust, przesiała dwa całusy w stronę, gdzie patrzyła, i prędko znikła.
Garbuska żałowała, że nie może dostać się do niej.
Temi myślami zajęta, Garbuska spostrzegła idącą ku sobie Florynę, która zaprowadziła ją do przełożonej.
Matka Agrypina bystrem okiem zmierzyła fizjognomję szwaczki, a widząc ją bojaźliwą, skromną, łagodną i uczciwą, osądziła, że może zupełnie wierzyć temu, co o niej doniosła Floryna.
— Moja kochana córko — odezwała się przełożona uprzejmym głosem. — Prawdaż to... że nie masz co do roboty?
— Niestety! tak, pani.
— Nazywaj mnie swoją matką... moja kochana córko; milsze to jest imię... i taki jest zwyczaj tego domu... Nie mam potrzeby pytać cię o twoje zasady?
— Zawsze uczciwie utrzymywałam się z pracy... moja matko — odparła Garbuska z prostotą godną i skromną.
— Wierzę ci, moja córko, i mam słuszne powody wierzyć ci... Dziękować winnaś Bogu, że cię zachował od wielu pokus; ale, powiedz mi, czy zdolną jesteś do pracy twego zawodu?
— Robię, jak tylko mogę najlepiej; wszyscy i zawsze byli zadowoleni z mojej roboty... Zresztą, jeżeli wielebna matka zechce użyć mnie do pracy, będzie mogła przekonać się.
— Dosyć mi na twem zapewnieniu, moja kochana córko... Wolisz chodzić dziennie do roboty... nieprawdaż?
— Panna Floryna uprzedziła mnie, że nie mogę spodziewać się, abym dostała robotę do domu.
— Przynajmniej w tej chwili, moja córko, nie można; jeżeliby później zdarzyło się... pamiętałabym o tem.. Teraz zaś, posłuchaj, co dla ciebie uczynić mogę: pewna podeszła bardzo szanowna dama prosiła mnie o szwaczkę, mogącą codziennie przychodzić; spodobasz się, skoro cię przedstawię; zakład weźmie na siebie obowiązek ubrania cię, jak należy, potrosze będzie się to odtrącać z twego zarobku, gdyż od nas będziesz płatną... zapłata będzie wynosić dwa franki dziennie... jak ci się zdaje, czy dosyć?
— Ach! moja matko wielebna... to daleko więcej, aniżeli spodziewać się mogłam.
— Przedewszystkiem powinnam ci powiedzieć, u kogo zakład zamierza cię umieścić; jest to pewna wdowa, pani Bremont, osoba gruntownej pobożności... w jej domu, jak się spodziewam, same tylko dobre znajdziesz przykłady... gdyby zaś miało być inaczej, zaraz przyszłabyś uwodornić o tem.
— Jakto... wielebna matko?
— Słuchaj mnie tylko uważnie, moja córko — rzekła przełożona coraz życzliwszym tonem — instytut zaprowadzony przy naszym klasztorze ma cel święty, dwojaki... Wszakże rozumiesz, że jeżeli obowiązkiem jest naszym dawać pracodawcom wszelką pewność co do moralności osób, które umieszczamy w ich domach, powinniśmy także upewnić osoby, przez nas umieszczane, o moralności państwa, u których je umieszczamy.
— Nic nadto sprawiedliwszego i przezorniejszego wielebna matko...
— Nieprawdaż, moje dziecko?... bo równie jak sługa złych obyczajów może wnieść smutne zgorszenie do zacnego domru... tak samo pan lub pani złych obyczajów mogą wywierać gorszący wpływ na osoby usługujące im, lub takie, które przychodzą do roboty w ich domu... Dawanie więc wzajemnej rękojmi panom i sługom ma na celu nasz zakład.
— Ach, pani — odezwała się naiwnie Garbuska — ci, którzy powzięli taką myśl, zasługują na błogosławieństwo wszystkich...
— I nie brak im tego błogosławieństwa, moja córko, bo instytucja nasza dotrzymuje swych obietnic. I tak... poczciwa szwaczka np. jak ty jesteś, moje dziecko... umieszczoną bywa u osób nienagannych, wedle nas; gdyby jednak dostrzegła, czy to u swych państwa, czy też nawet w ludziach, bywających zwykle w domu, jakie uchybienie przeciwko obyczajom, obrażającym wstydliwość, przychodzi natychmiast i opowiada nam szczegółowo wszystko, coby się jej mogło nie podobać... Nic nad to roztropniejszego.. nieprawdaż?
— Tak... moja matko — odpowiedziała Garbuska nieco nieśmiało, gdyż ją dziwić zaczynały wszystkie te ostrożności.
— Wtedy — mówiła dalej przełożona — jeśli uznamy potrzebę tego, zobowiązujemy naszą protegowaną, aby większe jeszcze dawała baczenie, aby się dobrze przekonała, czy słuszną była jej obawa... Komunikuje nam dalsze spostrzeżenia, a jeśli te potwierdzą obawę, odbieramy natychmiast naszą protegowaną z tak nieprzyzwoitego domu.. ale większa ich część, jakkolwiek dobre i cnotliwe, nie ma dostatecznego pojęcia, co może być szkodliwem dla ich duszy; wolimy też, aby co tydzień poufnie się nam zwierzały, czy to ustnie czy na piśmie, tak jak córka zwierza się swej matce, ze wszystkiego, co się działo w ciągu tygodnia w domu, gdzie zostały pomieszczone; wtedy postanawiamy, czy mają nadal tam jeszcze pozostać, czy też odwołać je wypadnie. Już blisko sto osób: panien towarzyszek, szwaczek w magazynach, garderobianych, sług, dziennych robotnic i t. d., liczymy tym sposobem pomieszczonych, pod temi warunkami w różnych domach, i ciągle przekonywamy się, że to rzecz bardzo pożyteczna dla zachowania dobrych obyczajów... Rozumiesz mnie, moje dziecko... nieprawdaż?
— Tak... tak... wielebna matko — potakiwała Garbuska coraz bardziej zakłopotana — rozumiem.
— Moja córko — oświadczyła nareszcie matka Agrypina, uważając milczenie Garbuski za przyzwolenie. — Naprzykład, pani de Bremont, do której cię przeznaczam, formuje dom wcale nabożny. Mówią tylko, czemu ja dotąd nie wierzę, że córka pani Bremont, pani Noisy, zamieszkała od niedawna przy matce, niezupełnie przykładnych jest obyczajów, że niedość ściśle wypełnia obowiązki chrześcijańskie, i że w nieobecności swego męża, który teraz jest w Ameryce, przyjmuje odwiedziny, na nieszczęście zbyt częste, niejakiego pana Hardy, bogatego fabrykanta.
Na wspomnienie imienia opiekuna i pryncypała Agrykoli, Garbuska nie mogła powstrzymać się od okazania zdziwienia, a twarz jej pokryła się rumieńcem.
Przełożona uważała naturalnie ten rumieniec za dowód wstydliwości młodej szwaczki i, niczego się nie domyślając, tak dalej mówiła:
— Osądziłam:za rzecz potrzebną powiedzieć ci wszystko, moja córko, abyś wiedziała, czego się strzec i na co dawać baczenie... bo skoro zostaniesz przyjętą pod opiekę zakładu, ja będę obowiązaną starać się o twe szczęście, a nadto jeszcze, gdyby twe skrupuły sumienia zmusiły cię do opuszczenia domu pani de Bremont, ponieważ wtedy pozbawioną byłabyś przez jakiś czas roboty, w takim mówię razie, zakład nasz, jeśliby wogóle był zadowolony z twej gorliwości i poświęcenia, dawać ci będzie po franku dziennie, dopóki cię znowu nie pomieści w jakim zacnym domu...
Biedna Garbuska znajdowała się w nader kłopotliwem położeniu: nie wierzyła uszom swoim, nie wiedziała, co ma myśleć. To rumieniła się, to bladła.
Matka Agrypina zanadto była przenikliwą, aby nie odgadnąć, co się działo w duszy Garbuski, rzekła więc:
— Zresztą ty możesz obejść się bez naszego nadzoru: bez naszych rad zdolną będziesz sama ocenić wszystko, coby szkodzić mogło twemu dobru. Od ciebie przeto niczego nie żądam, i proszę cię tylko, abyś nie zapomniała, że zawsze gotową jestem w razie potrzeby, udzielić ci rad macierzyńskich.
— Ach, pani... jakże łaskawą dla mnie jesteś, nie wiem sama, jak mam za to dziękować — wyjąkała biedna Garbuska, nie wiedząc, że w tem ukrywa się wybieg i sądząc, że już teraz uczciwym sposobem pozyska przyzwoite utrzymanie.
— Nie jest to bynajmniej łaska... jest to słuszność — mówiła matka Agrypina z większą jeszcze łaskawością — nie można mieć nigdy za wiele ufności i życzliwości dla cnotliwych dziewcząt, które ubóstwo bardziej jeszcze ugruntowało w cnocie i oczyściło z grzechu, jeśli tak powiedzieć można, bo one zawsze wypełniały Boskie przykazania.
Wielebna matko...
— Jeszcze jedno zapytanie, moja córko, ileż razy na miesiąc spowiadasz się?
— Niestety, pani — odpowiedziała Garbuska — nie spowiadałam się ani razu, od czasu mej pierwszej komunji, to jest od ośmiu lat. Zaledwie bowiem, pracując codzień od rana do nocy zdołać mogę zarobić na wyżywienie się: kiedyż więc...
— Ach! przebóg! — zawołała przełożona, przerywając mowę Garbusce i składając ręce z oznakami bolesnego zdziwienia — czyliżby to miało być prawdą... nie chodzisz więc do kościoła... kochana córko, ale cóż mam począć... my staramy się umieszczać nasze protegowane tylko w domach pobożnych, od nas przeto żądają tylko pobożnych osób, jest to nieodzowny u nas warunek. A więc mocno żałuję, że niepodobna mi być ci użyteczną... Z tem wszystkiem, jeślibyś porzuciła tę tak wielką obojętność dla chrześcijańskich obowiązków... jeślibyś poprawiła się... wtedy zobaczylibyśmy.
— Pani — odezwała się Garbuska, przejęta żalem, gdyż wyrzec się musiała owej błogiej nadziei — przepraszam panią, że jej bezużytecznie tyle czasu zabrałam.
— Ja to, moja córko, żałuję mocno, że nie mogę cię przyjąć pod opiekę naszego zakładu... ale nie tracę nadziei... pewna jestem, że i pod tym względem, równie jak we wszystkich innych, staniesz się z czasem godną opieki pobożnych osób... Bądź zdrowa, kochana córko... idź z Bogiem, oby Pan Bóg miał cię w Swej świętej opiece.
To mówiąc, przełożona wstała i przeprowadziła Garbuskę aż do drzwi.
— Idź korytarzem, moja córko, zeszedłszy po kilku stopniach, zapukaj do drugich drzwi po prawej stronie, tam jest garderoba: zastaniesz tam Florynę, która cię wyprowadzi...
Skoro Garbuska wyszła od przełożonej, łzy, dotąd wstrzymywane, obficie zrosiły jej lica; nie śmiąc się pokazać tak zapłakaną Florynie i zakonnicom, mogącym znajdować się w garderobie, stanęła na chwilę w oknie na korytarzu.
Niechcący spojrzała w okno domu naprzeciw położonego, gdzie zdawało się jej, że widziała Adrjannę de Cardoville, gdy wtem ta, wybiegłszy, śpieszyła do parkanu z żerdzi, przedzielającego dwa ogrody.
W tej samej chwili Garbuska z wielkiem zdziwieniem ujrzała jednę z dwóch sióstr, których zniknięcie do rozpaczy przywodziło Dagoberta, Różę Simon, wybladłą, chwiejącą się, osłabioną, zbliżającą się do parkanu, który ją oddzielał od panny de Cardoville; sierota oglądała się wokoło, jakgdyby obawiała się, aby jej kto nie spostrzegł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.