Życie na niby/Faust na ruinach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wyka
Tytuł Życie na niby
Podtytuł Szkice z lat 1939—1945
Wydawca Książka i Wiedza
Data wydania 1957
Druk Toruńska Drukarnia Dziełowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


FAUST NA RUINACH

Logika myśli myślanych nocą jest inna od logiki dziennej. Noc już głęboka. Na zakręcie ulicy rosną przed moim oknem nadwiślańskie topole. Jest ich kilka, wierne towarzyszki nocnych godzin. Egzemplarz „Fausta“, który leży na biurku, nie daje się czytać jako egzemplarz „Fausta“ po prostu. Każe myśleć o sobie logiką myśli nocnych.
Czarny tom jest dosyć zniszczony, jakby wydobyty spod gruzów. Nosi pieczątkę: Der Stadthauptmann in Warschau. Deutsche Bücherei. Na zachowanej naklejce czytelniczej data: ostatni raz wypożyczony był do czytania 17 czerwca 1944 roku. Kiedy w Wielki Czwartek ubiegłego roku — po raz pierwszy po powstaniu przyjechałem wówczas do Warszawy — wracałem na nocleg przerażony i zgnębiony, ten czarny egzemplarz był pierwszą książką, jaką ujrzałem wśród ruin. Na Nowym Świecie, we wnęce wypalonego domu, walizeczka, jakieś szpargały. Chociaż miałem już „Fausta“ — kupiłem. Ponieważ było to w spalonej Warszawie — kupiłem. Dlatego, że był Wielki Tydzień — kupiłem.

Welch tiefes Summen, welch ein heller Ton
zieht mit Gewalt das Glas von meinem Munde?

Verkündiget ihr dumpfen Glocken schon
Des Osterfestes erste Feierstunde?[1]

Coraz głośniej pluszcze dorożka. To wspomnienie z filmu. Uciszyła się muzyka i podpływają łodzią do brzegów atolu. Splątane korzenie przybrzeżnej roślinności. Wyglądają jak pokręcone i z wody sterczące węże. W encyklopedii: namorzyny mangrowe. Krótka fala klaska i pluszcze. Cichnie za rogiem domu. Conrad, Gauguin, „Noa-Noa“. Noa-noa znaczy bardzo wonna. Bardzo wonna wyspa i dziewczyna. Modli się dziewczyna tahitańska:

I strzeż mnie przed tym, co krąży gróźb pełen,
Co lękiem rad jest przejmować;
I przed tym, komu włos się zawsze jeży.

Wyprawa Bronisława Malinowskiego na Wyspy Trobriandzkie miała niewątpliwie cele czysto naukowe i poznawcze. Nie podejrzewam, by kierowały nim te same pobudki, jakie francuskiego malarza zaprowadziły na Tahiti i od noża francuskiego marynarza kazały mu tam zginąć w obronie tubylczej dziewczyny. Zginął, chociaż zrazu nie ufał wonnym dziewczętom. Obawiał się choroby, którą przynoszą im Europejczycy, jako — tak sam powiada — pierwszy stopień wtajemniczenia w cywilizację.
Wśród obrazów Gauguina znajduje się niewielkie płócienko nazwane „Sąd Parysa“. Zdradza ono w żenująco prosty sposób, za co uważał on swój pobyt na wyspach szczęśliwych dziewcząt. Boginiami oddanymi pod ów sąd są trzy obnażone dziewczęta tahitańskie. Sądzi je natomiast anioł ze skrzydłami, ale nie anioł tahitański, lecz w postaci białego młodzieńca. Gauguin nie był cynicznym zdobywcą kolonialnym, a przecież pycha białego człowieka w obliczu ludów kolorowych rzadko kiedy przemówiła w sztuce równie jaskrawo. I jego morderca płótno to na pewno by zrozumiał i zaaprobował, bo z francuskiej kanonierki zstępował na ląd również jako taki anioł i Parys w jednej osobie.
Wyspy Trobriandzkie i Wyspy Salomona są tak dalekie, że nawet średniowieczne mapy zupełnie ich nie znają, chociaż tak lubią wyspy fantastyczne.
Pewien szczegół z ich historii mówi o tym jeszcze dobitniej. Odkryli Wyspy Salomona hiszpańscy żeglarze pod koniec XVI stulecia i na całe dwa wieki zostały zapomniane. Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy filozofowie szukali po dalekich lądach poniechanych rajów ludzkości, znów do nich dotarł i ponazywał je z francuska wielki żeglarz Louis Antoine de Bougainville.
Przed drugą wojną światową obwieszczali publicyści, że centralnym basenem politycznym świata staje się Ocean Spokojny. — Świat białego człowieka rośnie — głosili. Zrazu jak pleśń obsiadał przybrzeżne skały i piaski Morza Śródziemnego. Spełznął z nich, ominął słupy Herkulesa i centralnym oceanem globu uczynił Atlantyk. — A teraz — przepowiadali publicyści — Atlantyk staje się jedynie wewnętrzną zatoką świata białych, a miejsce przyszłych wojen przenosi się na Ocean Spokojny. Tezy podobne równie są efektowne i słuszne, co nic nie mówiące. Błyskotliwie stwierdzają objawy, niczego nie uczą o powodach. Dobrze się natomiast godzą ze ścisłym bełkotem Niemców: Kraftfeld der Weltpolitik. Na półkach spiżarki jeszcze niedawno spoczywały stare numery „Das Reich“. Zielnik tego bełkotu.
Malinowski nie jeździł, by sprawdzać publicystów. Uczynił tylko coś podobnego, co Conrad. Kiedy Józef Korzeniowski zapragnął zostać żeglarzem i pisarzem mórz, wszedł do kultury, która panuje nad największą ilością oceanów. Bronisław Malinowski, kiedy zapragnął utwierdzić się w karierze socjologa, wszedł do kultury, która włada najbardziej zróżnicowanymi stopniami rozwoju człowieka. Od atolu Bikini po atol Nowego Jorku. Wiem, że nie atol. Logika stylistyczna nocy. Przez konary topoli przedziera się reflektor samochodu, uderza w okno; niknie, zapewne przypadł do jezdni.
Socjologowie są dzisiaj jedynymi ludźmi, którzy przechowali coś z dawnych marzeń o utraconym raju ludzkości czy przynajmniej o nieskażonym stanie natury, w jakim Rousseau umieszczał człowieka. Stan nieskażony nie posiada jednak dla nich jakiegoś znaczenia etycznego. Po prostu oznacza, że stawiając pewne hipotezy naukowe należy słuszność ich sprawdzać u ludów pierwotnych. Formy miłości sprawdzać u ludów z muszelkami, a nie u ludów z zegarkami kieszonkowymi. Rodzina Europejczyka niczego nie uczy o praformach socjologicznych rodziny, rodzina Buszmena tak. Dawniej czynili to również utopijni ekonomiści. Dawniej — to znaczy, póki nie powstały kartele, bo trudno na Tasmanii szukać ich zalążków.
Dlatego to, by badać „Życie seksualne dzikich“, popłynął Malinowski w najbardziej zapadły kąt świata. Na lagunach trobriandzkich spędził dwa lata pierwszej wojny światowej. Gdyby nie krótkie napomknienia we wstępie dzieła, trudno by się domyślić, że właśnie w tych latach, kiedy młodzież europejska walczyła nad Sommą i Stochodem, na dalekich wyspach przygotowywał się materiał jej powojennych obyczajów. Malinowski pisze wyraźnie: „Prosto i bez ogródek prosi się o spotkanie mające na celu li tylko zaspokojenie seksualne. Jeśli zaproszenie zostaje przyjęte, zadowolenie pragnień chłopca eliminuje całą romantyczną nadbudowę, tęsknotę za nieosiągalnym i tajemniczym. Jeśli zaś zostanie odrzucone, nie ma miejsca na tragedię osobistą, chłopiec bowiem od dzieciństwa przywykł do tego, że jego pragnienia seksualne bywają częstokroć pokrzyżowane i że romans z inną dziewczyną szybko i skutecznie wyleczy go z takiej choroby“.
Latem 1942 roku pod laguny Wysp Salomona, archipelagu na tej mlecznej drodze wysp szczęśliwych, którą masyw Nowej Gwinei jak welon ciągnie za sobą po wodach oceanu, podpłynęli ludzie. „Lękiem radzi przejmować, gróźb pełni“. Działa okrętowe posiadają nośność i precyzję większą niż artyleria lądowa. Na wyspach, rezerwatach najdawniejszych form socjologicznych, wysiedli mieszkańcy atolu Nowego Jorku. Znad Wielkich Jezior również. Jak reagowali tubylcy na przygotowanie ogniowe przeprowadzone przez artylerię okrętową, nim do plaż dobiły gumowe łodzie (czy pluszczą? znów pluszcze dorożka) — tego nie wiemy. W czasie drugiej wojny światowej socjologowie też byli zmobilizowani. Dopiero w przyszłości opiszą nowe totemy i nowe tabu szczepów melanezyjskich. Nie ulega bowiem wątpliwości, że niewypał ciężkiego pocisku posiada wszelkie właściwości, by pozostać groźnym tabu. O nowych formach miłości napisał już Gauguin.
Naprzeciw japońskiej inwazji zagrażającej Australii wyszło przeciwuderzenie amerykańskie. Już zimą tego samego roku, po upadku Singapuru, dywizje australijskie walczące w Afryce Północnej odpłynęły pospiesznie do ojczystej części świata. MacArthur wymykał się z twierdzy Corregidor bodaj że na motorówce. Powracał w stalowym kadłubie, który jest bardzo honorowany, jeśli się znajdzie na dnie mórz, w Porcie Zatopionych Okrętów. Taki port odkrył w czasie drugiej wojny światowej jeden z pisarzy i lotników polskich, przebywający w Anglii. Odkrył słusznie. Bo niebo marynarzy jest na pewno na dnie wód. Tam Nelson rozmawia z Marlowem.
Tak się poczęły spełniać przepowiednie publicystów. W małym miasteczku byłej Galicji i Lodomerii, na starym atlasie (firma kartograficzna Justus i Perthes w Lipsku) palce chodziły po przestrzeniach pomiędzy Donem a Wołgą i Kaukazem. Później otwierały kartę Polinezji i Melanezji. Wyspy Ysabel, Choiseul, Bougainville, Guadalcanar leżą dla mnie zawsze na rzekach Kubań, Terek, Manycz, Kama. W rogu mapy widniał — dla porównania — kształt Austro-Węgier. Jakże małe były Austro-Węgry wobec Nowej Gwinei! Nie większe od znaczka z Franciszkiem Józefem, miłościwie i po apostolsku okupującym Bośnię i Hercegowinę. Najstarszy znaczek mojego dzieciństwa.
Również przebudowa współczesnego prawa konstytucyjnego rozpoczęła się na Pacyfiku. W niewiele lat później — pisaliśmy dotąd o lecie 1942 roku, niewiele lat potem oznacza rok ubiegły i obecny — na pobrzeżach tego oceanu zaszło zjawisko, którego skutki prawne nie dają się dotąd przewidzieć. Ani po wynalezieniu noża, ani po wynalezieniu prochu, nawet po pierwszym przelocie samolotu żaden z narodów nie wprowadził noża, prochu i samolotu do swojej konstytucji. Tymczasem po pierwszym użyciu bomby atomowej delegacja polska w Organizacji Narodów Zjednoczonych postawiła wniosek, ażeby wszystkie państwa wprowadziły do swoich konstytucji zakaz używania bomby atomowej.
Prawdopodobnie do wpisania odpowiedniego paragrafu nie dojdzie. Angielscy znawcy prawa konstytucyjnego udowodnią, że zwyczajowa forma tego prawa nie pozwala na wprowadzenie wynalazków do tekstów konstytucyjnych. Jeżeli lokomotywa Stephensona, oddana inicjatywie prywatnej, bynajmniej nie zaszkodziła rozwojowi kolei żelaznych na świecie, to... Można dodać na ich wytłumaczenie, że Wielka Brytania rządzi się bez konstytucji i aktu, który my tak nazywamy, nie posiada w swoim ustroju prawnym.
Ktokolwiek zetknął się z językoznawstwem, wie, co oznacza gwiazdka przy pewnym słowie. Na przykład: * agni. Jest to praindoeuropejska forma polskiego ogień, łacińskiego ignis, litewskiego ugnis etc. Na przykład: * elen. Podobna forma greckiego elofos, rosyjskiego oleń, polskiego jeleń. Forma praindoeuropejska, czyli istniejąca w języku praindoeuropejskim. Ale czy taki język istniał kiedykolwiek rzeczywiście, czy istniał określony lud na określonym terytorium porozumiewający się za pomocą tych słów z gwiazdkami, od jakich się roi w dziełach językoznawców? Twierdzą oni, że tak. Kiedy odpowiadają tak, konieczność metodologiczną, która nakazuje sprowadzać słowa do wspólnych źródeł, utożsamiają niesłusznie z faktem historycznym.
Nie będziemy się z nimi spierać. Bo czy ktoś mówił czy nie słowami z gwiazdką, po ludzie takim nie przechowały się tabliczki klinowe, papirusy czy hieroglify. Nie zachowały się również płyty z nagraną wymową. (Szkoda. Pięknie byłoby usłyszeć Cycerona z płyt. Zamieniłbym chętnie za głos Carusa). Słów z gwiazdką nie usłyszymy już nigdy. Każde z nich pozostanie na zawsze słowem hipotetycznym i pomocniczym. Potrzebnym tylko po to, ażeby lingwiści podobne do siebie brzmienia słów mogli sprowadzać do jakiegoś wspólnego prabrzmienia. Słowo z gwiazdką zostało rzucone naszą zdolnością myślenia logicznego i niesprzecznego na jakiś nie dający się bliżej oznaczyć ekran przeszłości. Jest dzieckiem metodologii, nie historii człowieka. I dlatego, że jest dzieckiem metodologii jedynie, przybierać może różne wyglądy. Te same słowa różni uczeni sprowadzają do odmiennych słów z gwiazdką: sama forma * agni nie jest całkowicie pewna. Spierają się przy tym namiętnie, które słowo z gwiazdką jest prawdziwe, które mylne. Ponieważ ani na płycie gramofonowej, ani na hieroglifach sprawdzić się nie daje, spory ich bywają namiętne, jak spory średniowiecznych doktorów. Bo czy powszechniki są ante rem, czy post rem, to również się sprawdzić nie daje.
Ilekroć przeczytałem twierdzenie, że materia jest tylko specjalnie skupioną i sprzężoną energią, ilekroć też ujrzałem formuły matematyczne oznaczające takie twierdzenie, myślałem: słowo z gwiazdką. Trochę trudniejsze słowo z gwiazdką. A kiedy zdarzyło się przeczytać, że noga stołka, na którym siedzę, gdyby wyzwolić zawartą w niej energię, zdolna jest zniszczyć... powiadałem sobie: oto przyrzekają mi puścić płytę z mową Demostenesa. Piszę ja, powiadam ja, ale tak sądziło na pewno dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich przyjaciół. Mam ich około stu, a tylko jeden matematyk powiadał niekiedy: pitagorejczycy mieli rację. Liczba sięga do jądra bytu. Wtedy zamiast słuchać sądziłem, że przechodzi on lekkie zaćmienie filozoficzne, szczególnie niebezpieczne u osób poświęcających się nauce ścisłej:

Habe nun, ach! Philosophie,
Juristerei und Medizin
und leider auch Theologie
durchaus studiert, mit heissem Bemühn.
Da steh’ ich nun, ich armer Tor![2]

Bolesław Miciński przypomina w „Portrecie Kanta“ wypadek, jaki królewieckiemu filozofowi wydarzył się w ostatnich latach życia. Upadł na przechadzce. Przechodzące damy pomogły mu się podnieść. „Jakież może być niebezpieczeństwo przy upadku tak lekkiego ciała?“ — pocieszył owe panie i jednej z nich ofiarował różę. Kant był beztroski, bo nie znał formuł współczesnej fizyki.
W Hiroshimie wybuchło zaledwie kilkanaście procent dającej się wyzwolić energii uranu. Cóż za marnotrawstwo! Na Bikini procent nie zmarnowanej energii był zapewne dużo większy. Atol Bikini zamieszkiwali tubylcy, których troskliwie wysiedlono. Nie byli już potrzebni do doświadczeń nad ludźmi, te przeprowadzono na Japończykach. Na Bikini wystarczyły kozy, łodzie podwodne i stare lotniskowce. Wysiedlonych tubylców można było oglądać na dodatkach filmowych i w pismach ilustrowanych. Ich królik miał kilka żon. Królowie w Europie nie posiadają nawet państw, a cóż dopiero kilku żon.
Patrząc na nagusów nie pojmujących ani źdźbła z wydarzeń, które rozegrały się pod ich palmami, pomyślałem — i nocą Walpurgii widzę to jasno — że mniejsza była różnica pomiędzy Zeusem a zwykłym Grekiem aniżeli pomiędzy białym, który z formułą mającą wybuchnąć przybył na atol, a jego mieszkańcami. Mniejsza, aczkolwiek Zeus należał do gatunku bogów, zwykły Grek do gatunku ludzi; mieszkaniec Bikini i ekspert z Polski bawiący na pokazie, obydwaj do gatunku ludzi.
Cóż był zdolny uczynić Zeus? Nie ulegał Chronosowi, miewał kobiet tyle co królik z Bikini, a kiedy znalazła się oporna, zdobywał się na podstęp ze złotym deszczem. Miał także władzę nad piorunami, ale ich nie wyrabiał. Niewiele. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by zajrzeć w rachuby pitagorejczyków, by zainteresować się twierdzeniem o sumie boków w trójkącie. Sądził, naiwny, że matematyka zawsze służyć będzie budowie świątyń ku jego chwale.
Siła człowieka w dwóch wiekach cywilizacji maszynowej tak wzrosła, że jednym swoim ramieniem sięgnęła wyżej bogów. Jesteśmy sami. My, ludzie. Jesteśmy władcami naszego losu aż do jego tajemnic przypisywanych dotąd bogom. Znużona i przerażona ludzkość dzisiejsza cofa się przed tą pewnością. Sądzi, że bogom dana jest tylko władza śmierci nad drugimi, zapomniała w lęku, że dana im jest również władza nieśmiertelności nad sobą. Nie pamięta, że Zeus był nieśmiertelny po granice dostępne temu zjawisku Żyjemy wśród nastrojów nowego końca świata. To kłamstwo. Końca świata nie będzie. To tylko noc Walpurgii jeszcze się nie skończyła i wśród ocalonych narodów błądzą jej zjawy.
Kiedy na Bikini miała spaść pierwsza bomba atomowa, byli tacy, co przepowiadali, że wzniecona wybuchem fala obiegnie świat i zniszczy lądy. Byli również zawiedzeni, kiedy to się nie stało. Znamy te głosy. Morzem Egejskim wstrząsa trzęsienie ziemi, syreny śpiewają spłoszone:

Schäumend kehrt die Welle wieder,
Fliesst nicht mehr im Bett darnieder,
Grund erhebt, das Wasser staucht,
Kies und Ufer berstend raucht.
Flüchten wir! Kommt alle, kommt!
Niemand, dem das Wunder frommt.

Fort! ihr edlen frohen Gäste,
Zu dem seeisch heitern Feste,
Blinkend, wo die Zitterwellen,
Ufer netzend, leise schwellen;
Da, wo Luna doppelt leuchtet,
Uns mit heil’gem Tau befeuchtet.
Dort ein freibewegtes Leben,
Hier ein ängstlich Erdeheben;

Eile jeder Kluge fort!
Schauderhaft ist’s um den Ort[3].

Wielu pragnęłoby uciec jak syreny. Nie ma ucieczki. Staję u okna. Przepływa za nim droga twarz. I głos podnosi się ciągle słyszany. Większość starych topól w Polsce sadził Sobieski. Jadąc na odsiecz Wiednia. Czy że również?
Oswald Spengler był myślicielem często cytowanym po pierwszej wojnie światowej. Nazajutrz po podpisaniu traktatu wersalskiego dowodził upadku cywilizacji zachodniej i wiedział dokładnie, dlaczego upaść musi. Sprawa była prostsza. Ujął ją André Maurois w aforyzmie o tym mniej więcej brzmieniu: — Łatwiej Niemcom mówić o upadku cywilizacji zachodniej aniżeli się przyznać po prostu, że nie udało im się przejść w zwycięskiej defiladzie pod Łukiem Tryumfalnym w Paryżu.
W drugiej wojnie światowej Niemcy przeszli w takiej defiladzie. I tak przegrali. Ale — nie wszystko się powtarza. Role kasandrycznych wieszczek objęli ich zwycięzcy (od zachodniej strony). Maurois miał rację: skoro ulicami miast niemieckich poczęły masowo przeciągać SA-Fackelzugi, Spengler przestał się obawiać upadku naszej cywilizacji. — Duch pruski ją ocali — zapowiedział.
Termin kultura faustyczna, faustyczny rozpęd naszej cywilizacji, to jego ulubione słowo. Technika faustyczna, wola mocy nad naturą — znamy, dobrze znamy. Wiemy, co to znaczy, przełożone na język faustycznej polityki. Dzisiaj dopiero widzimy, jak niewiele ogniw brakowało, ażeby ten przekład dokonał się w zupełny sposób. Świat unikał końca świata, kiedy uczony niemiecki, przyszły laureat Nobla, uciekał w ciągu wojny za granicę, by nie przykładać dalej ręki do faustycznego dzieła. Unikał go, kiedy garść dzielnych niszczyła w Norwegii zapasy ciężkiej wody gromadzone przez Niemców. Unikał, kiedy czołgi sowieckie najechały na Korei japońskie wytwórnie atomowe. Dlatego, kiedy wam mówią, że najgorsze jest jeszcze przed nami, pamiętajcie w każdej chwili zwątpienia, że najgorsze jest właśnie za nami. Pamiętajcie, że Goebbels nie kłamał ani na chwilę, kiedy wciąż dawał do zrozumienia, że Niemcy trzymają w zanadrzu nowe bronie.

Szatan, choć sobie mądrość i siłę przyznaje,
Wie, że kłamie i wiary sam sobie nie daje;
Dlatego rad wśród ludzi swoje kłamstwa szerzyć,
By je słysząc z ust cudzych, mógł im sam uwierzyć.

Tak napisał Mickiewicz. W tym jedynym wypadku szatan nie szerzył kłamstw po to, by sam w nie dopiero miał uwierzyć. Dlatego koniec świata jest za nami i staruszkowie mogą spokojnie podwiązywać pomidory w „Piosence o końcu świata“ Miłosza.
Zostaliśmy uratowani na mocy prostego prawa fizykalnego: prawa naczyń połączonych. Kiedy w jedną rurkę nalejesz wody wysoko, w drugą nisko i połączysz je, nie sądź, że ta woda wysoka utrzyma się na swoim poziomie. Musi opaść. Kultura materialna i naukowa, moralna i filozoficzna tworzą całość naczyń połączonych. Nie można uprawiać techniki współmiernej do rozwoju i postępu ludzkości, a innym naczyniem komunikować się z barbarzyństwem. Nie można światopoglądem swoim tkwić poniżej myślenia mieszkańców Wysp Trobriandzkich. Bo ich pogląd na rzeczywistość jest dopasowany do ich doświadczeń. Nie można dzielić fizyki na aryjską i semicką, germańską i niegermańską. Nie można wyzbywać się mózgów w imię totemicznych przesądów, by błąd tutaj popełniony nie odcisnął się w miejscu nieoczekiwanym. Fizyk żydowski po rasistowsku potraktowany zaważył więcej na władzy Hitlera nad światem niż nie zmobilizowane w porę dywizje.
Zdarzało się niekiedy, że uczeni niemieccy w okresie hitleryzmu nie mogli się obejść bez zacytowania uczonych pochodzenia żydowskiego. Wtedy byli obowiązani przy zacytowanym nazwisku postawić gwiazdkę, by ostrzec czytelnika, że to nieczyste. Oto nowe użycie słów z gwiazdką: * Einstein. * Bergson, * Freud, * Hirschfeld. W odnowionym języku pragermańskim.
Ostatnia godzina nocy. Cisza jest głęboka. W zamkniętą przestrzeń pokoju przenika hejnał przed świtem. Miasto urosło. Niedaleko domu, gdzie mieszkam, jest ulica, z której narożnika Wyspiański malował serię pasteli z kopcem Kościuszki. W starym roczniku czasopisma Feliks Jasieński, Manggha (kto jego dzieło czyta dzisiaj w Polsce? — kopalnia wiedzy, pomysłów, zachwytów) opisuje wizytę u Wyspiańskiego.
„Mrok zapada. Nad Krakowem, tonącym w błocie, ciąży ponure, ołowiane niebo. Idę do Wyspiańskiego, uwięzionego dzięki okolicznościom i chorobie we wstrętnej kamienicy (ostatnia na prawo, narożna, przy torze kolejowym), przy wstrętnej ulicy — Krowoderskiej, na drugim piętrze. Artystę zastaję, jak zwykle, siedzącego przy stole umieszczonym na środku pokoju narożnego, o trzech oknach, z widokiem na tor kolejowy i kopiec Kościuszki... Pożegnałem go. Noc, deszcz, wicher. Płomyki latarń chwieją się, przygasają. Błoto chlupoce pod nogami ocierających się o ściany domów przechodniów, przytrzymujących trwożliwie, obiema rękami, szarpane przez wściekłe podmuchy wiatru parasole“.
Tak wyglądała wczorajsza noc krakowskiej jesieni. Ojciec młodego Józefa Korzeniowskiego, Apollo, i ojciec młodego Stanisława Wyspiańskiego, Franciszek, byli sąsiadami. Przy ulicy Poselskiej. O czym rozmawiali?
Od miesięcy otrzymujemy prasę zagraniczną i ze zdumieniem widzimy, ile miejsca zajmują tam roztrząsania na temat energii atomowej, wizje, przepowiednie, lęki, wołania o ratunek. Jak pojąć ten lęk u narodów, których dyplomacja rości sobie równocześnie pretensje do wyłączności w używaniu energii atomowej jako środka dyplomatycznego? Jak pojąć lęk człowieka, który wynalazłszy nóż drży ze strachu, by się nie zaciąć? Daleko do upadku cywilizacji ludzkiej, a tylu Faustów zasiadło na ruinach i płacze głosami jerozolimskich płaczek. Nie wiedzą, że nawet ze zburzonej Warszawy można przywieźć czarno oprawny egzemplarz i mieć przewodnika dla nocnej myśli.
Logika myśli nocnych. Nie zdarza się w ciągu dnia rozmawiać wiele o bombie atomowej. Snuć eschatologiczne pomysły. Nasi poeci czynili to przed wojną. My sami zbyt blisko byliśmy otchłani, by jeszcze powoływać ją do życia w naszej wyobraźni. Katastrofistami są pijacy, katastrofistami są szabrownicy. Nie wiedzą, czy świat potrwa jeszcze dwa tygodnie, i zarabiają, póki czas. Ale Freud ma słuszność. Sprawy nie wyżyte na jawie powracają w snach. Powracają nawet w snach myśli, by ulec oczyszczeniu. Oto noc dobiega świtu. Nad bliskimi dachami niebo staje się rozcieńczone, konary topól czarniejsze.
Wschody i zachody słońca nie układają się w poezji równomiernie. Do początków romantyzmu wschodów słońca było wiele. U końca XIX wieku górują już zachody. Rzadko napotkasz poetę, który własnymi oczyma oglądał Jutrzenkę Różanopalcą. Blednieje nieboskłon, wynikają zarysy obłoków. Świt czekał nocą chmurny.
Wschody i zachody słońca w poezji nie zależą od technik poetyckich ani też od świadomych upodobań. Dla ludzi naszej doby świt jest końcem nocy, nie jest początkiem dnia. Nastaje po zmęczeniu i nie pozwala się dostrzec jako zapowiedź. Świt człowieka miejskiego. Wschody słońca dostrzegali ludzie, dla których naprawdę były one początkiem dnia. Za czasów Mickiewicza wykłady rozpoczynały się latem o szóstej rano. Tacy poeci widzą wschody słońca.
Posłuchajcie uważnie urywka przedziwnego liryku Słowackiego: „Kiedy pierwsze kury Panu śpiewają...“ Nie ma ich w mieście. Sąsiad Kanta posiadał koguta, który swoim pianiem budził starego filozofa. Kant chciał koguta odkupić, sąsiad się nie zgodził. Kant rzekł na to: „Pan ma uszy zwyczajne, ja mam słuch metafizyczny“.

Pan mię wtenczas na rannym świtaniu
Za bladymi gdzieś słucha niebiosy,
Serce się moje roztapia w śpiewaniu,
Sny ostatnie — przechodzą przez włosy.

Zatem poeta spał i budzi się. Chociaż? A może snami nazywa myśli myślane nocą?
Świt, koniec nocy. Egzemplarz „Fausta“ otwieram na stronie, jaka się sama rozłoży. Oto śpiewają Parki:

Könnt’ ich einmal mich vergessen,
Wär’ es um die Welt mir bang,
Stunde zählen, Jahre messen,
Und der Weber nimmt den Strang[4].

Uprzędłaś noc, Lachesis. Niech siostry twoje przędą dni. W topolę wniknął promień — już jesień.


1946 r.



Przypisy

  1. Jaki dźwięk pełny, jakiż jasny ton
    Czarę przemocą od ust mi odkłania?
    Czy już zwiastuje mi ten głuchy dzwon
    Pierwszą godzinę Święta Zmartwychwstania?
    Przekład Władysława Kościelskiego
  2. Ach, oto wszystkie fakultety
    Przebyłem: filozofię, prawo
    I medycynę — i niestety
    Też teologię, pracą krwawą!
    A tyle przyniósł mi ten trud,
    Żem jest tak mądry jak i wprzód!
    Przekład Władysława Kościelskiego
  3. Fala wraca, drży i pieni,
    z pluskiem skacze nurt z łożyska,
    z dna najgłębszych nor i cieni
    rzeka żwirem na brzeg ciska.
    Uciekajmy — wszystkie siostry —
    grzmią podziemia — wicher ostry!

    Uciekajmy! Na wesele
    w sennych jezior ciche tonie,
    kędy łuska fal się ściele
    po kwiecistych brzegów błonie!
    Tam w poświacie księżycowej
    rosa lśni jak diamenty —
    Naprzód! Naprzód! Na dzień nowy —
    tutaj straszy huk przeklęty,
    tutaj gniewy lżą złowrogie —
    naprzód w życie płynne, błogie!
    Przekład Emila Zegadłowicza

  4. Trwam uważnie na tej straży,
    chociaż świat się przeinacza —
    — aż się koło me przeważy
    wolą wieczystego tkacza.
    Przekład Emila Zegadłowicza


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.