Żmija/Pieśń piąta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Żmija
Podtytuł Pieśń piąta. Basza.
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PIEŚŃ PIĄTA.

BASZA.

Wrócił syn stepów wyprawą dumny.
Jakże mu piękne zdają się chaty!
Róża je polna ubiéra w kwiaty;
Malw różnofarbnych drzące kolumny
       5 Aż po nad strzechy rosną i kwitną.
Ówdzie spruchniałe skrzypiąc żurawie,
Sięgają w studni wodę błękitną:
Tam Zaporożec napawa konia,
Spiewając dziką pieśń o wyprawie,
       10 I gwarząc z echem wraca przez błonia,
Kiedy wieczorna zabłyśnie gwiazda.
Na spiew szczekaniem pies się odwoła,
Chaty wiszące w parowach sioła
Jako jaskółcze czernieją gniazda...

       15 Ale dla Turków jakże zdradzieckie
Czertomeliku wysep zakręty!
Gdy w nie galery weszły tureckie,
Utkwił na miejscu żagiel rozpięty.
I tak za czajką płynące wrogi
       20 Co wprzód grozili, blade od strachu,
Nie mogli znaleść powrotu drogi,
Jakby w Egipskim zbłąkani gmachu.

Kozak spokojnie porzucił chaty,
I biegł na brzegi — tam Pop z gromnicą

       25 Przywdziewał lśniące złotem ornaty.
Trzykroć oświęcił Dniepr kadzielnicą,
A gdy odmówił z xięgi pacierze,
Rzekł do Hetmana: „Mój wierny synu
Czy wierzysz w cudy?“ — Hetman rzekł — „Wierzę.“
       30 Lecz uśmiéch jakby na wzgardę gminu,
Oświécił blade lice Hetmana.
A pop rzekł daléj — „Więc w imie Pana
Jeśliś ochrzczony weź obraz święty
Gdzie malowana Bogarodzica,
       35 Zanurz do fali — niechaj okręty
Zatoną — zgasną jak ta gromnica.“
Rzekł... i gromnicę rzucił do wody.
Tłum cały milczał, a Hetman młody
Jakby ze wzgardą słuchał rozkazu;
       40 I malowidłem cudowném błysnął,
Lecz nim tknął fali ramą obrazu,
Obraz się w drobne sztuki rozprysnął.
A pop zbladł drzący — zbladła drużyna...
Hetman zawołał... „Czemuż bledniecie?
       45 Jeśli pękł obraz? nie moja wina,
Spruchniał w tureckim wisząc meczecie.
Ale ten okręt zastrzągł do mułu,
Turków wytracę przed wschodem słońca;
Jednego tylko zostawię gońca,
       50 By o tém zaniósł wieść do Stambułu. —
Cóż ten szmer znaczy?... czyż szabla Żmii
Tak się na karkach tureckich starła,
Że już kozackiéj nie tknie się szyi?!
Do chat kozaki!... niech myślą Turki
       55 Że już drużyna nasza wymarła:
A gdy noc głucha padnie na wzgórki,
I na parowy — być w pogotowiu
Na odgłos trąbki. — Do chat kozaki!... —“

Już przy zachodzie dnieprowe ptaki,
       60 Czaple się kładły do snu w sitowiu.
Galera piersią nie miała wody,
A spód jéj ledwo w trzcinach widomy;
I nad zielone wysep ogrody

Wyrastał wielki maszt nieruchomy.
       65 Słońce złociste, niećmione mgłami,
Tonie w oczeret — blaski niknące
Spały na żaglach, a nad żaglami
Zwieszały liście brzozy płaczące,
A jeszcze wyżéj, na żaglów szczycie
       70 Bandera Baszy połyska złotem;
I jeszcze wyżéj, w nieba błękicie,
Jaskółki szybkim krążyły lotem.

Tak cichy widok... Niech Turki marzą
Że są panami stu wysp na Niżu;
       75 Niech spią głęboko — bo już na krzyżu
Usiadł jak do snu sokół stepowy,
Smutny wszedł miesiąc z płonącą twarzą,
I na zamglone patrzał ostrowy.

Cichość posępna i noc głęboka.
       80 Na straży Turek zbrojny połyska,
I z chat kozackich nie spuszcza oka:
Ale po chatach gasły ogniska.
Turek odmawia modły Proroka,
I tak się rajską otoczył chwałą,
       85 Że ani dostrzegł, jak pośród cienia
Mierzonym razem światło łyskało,
Jakby budzone ognie z krzemienia.

Podobnie kiedy Turków ogrody
Bogatym w kwiaty błysną granatem:
       90 Tak zdala trzciny nad Dniepru wody,
Nagle rozkwitły ognistym kwiatem.
I blask pozłaca ciche brzóz czoła,
Cztéry płomieni błysnęły koła,
A gdy znalazły upływu łoże,
       95 Pobiegły szybko, w jedno się zlały,
I wnet ogromne pożaru morze
Pod okręt wzniosłe toczyło wały.

Na krzyk strażnika, ze snu zbudzeni
Zbiegli się Turcy. Rospacz straszliwa!

       100 Rospacz bezsilna! — morze płomieni
Suche okrętu deski podmywa.
Zawyli strasznie i odurzeni
Umilkli... Cisza spadła straszliwa.
Potém w téj ciszy, galerom znana,
       105 Dziko zabrzmiała trąbka Hetmana.

Na odgłos trąbki, jak z ogniów piekła
Wstali kozacy na czarnych skałach.
Rzekłbyś że zemstą dzicz ta zaciekła
Gasi pragnienie w ognistych wałach.
       110 Na nagich głazach, obwiani w dymie,
Jako posągi stali olbrzymie;
Rzekłbyś — że dusza ich marmurowa
Nie słyszy jęku — głosu rospaczy.

I słychać grzmiące Hetmana słowa:
       115 „Druhy! nim płomień Turków obsaczy,
Kto do okrętu dopłynie z wodą,
Jeśli jest Basza? Baszy wyszuka,
Baszę wykradnie — takiego kruka
Bogatą piastrów uczczę nagrodą.“.
       120 Kozacy milczą... Za skarby świata
Któż pójdzie w piekło?... Patrzcie! sam Żmija —
Jak istna żmija ogień przelata,
I padł do fali, wśród fal się wzbija;
I znów zatonął... Tam iskry padły.
       125 Ho! ho! z téj wanny nie wyjdzie cały...
A teraz słychać Turków wystrzały.
Widzę go znowu — gdzie tłum wybladły
Wpadł — oto Turek w rękach Hetmana.
Już maszt się pali, już żagiel spłonął.
       130 Hetman do fali z Turkiem zatonął,
A płomieniami fala zawiana;
Miło to płynąć w takie ukropy!
Patrzcie tam! patrzcie! Hetman na skale;
Na znak tureckie rozwija szale:
       135 Wąż mu się, Turek, wije z pod stopy.

Nad rankiem, kędy oczeret spłonął,
Błękitne tylko krążyły dymy.

Galerę Baszy pożar pochłonął,
Na skałach czarne znikły olbrzymy.
       140 Tak na skinienie Hetmana ręki,
Wznoszą się ognie — gasną pożary. —
Po wyspach słychać wesołe gwary,
I dzikie spiewy, torbanów dźwięki.
Czemuż tak głośne wesele w Siczy?
       145 Czemuż się tłoczy lud do téj lipy
Z tak głośnym smiéchem? Czy dział zdobyczy?
Czyli po zmarłych wyprawia stypy?
Czy mu chorągiew przysłał król polski?
O! nie stąd radość... Pośród drużyny
       150 Wznosi się wielka klatka ze trzciny,
A w klatce siedzi Basza Natolski.
Przed kilku dniami, stu miast był panem.
Zamykał tysiąc dziewic w haremie,
Był ojcem syna; a dziś bez ziemię,
       155 Syn jego poległ walcząc z Hetmanem,
Z Hetmanem dzikie żywioły w zmowie
Zniszczyły miasta — a zgraja dzika
Jak na tygrysa patrzy w sitowie,
Plwa mu na czoło, palcem wytyka.
       160 Co musiał cierpiéć? nikt nie wypowie,
Ale cierpienia w sercu zamyka;
Gdy go raniło goryczy słowo,
Na wzgardę chował twarz marmurową.
Lecz chociaż duma wiele wytrzyma,
       165 Gdy z urąganiem wystąpił hardo
Kozak, ubrany w zbroje Selima,
Basza na niego spojrzał z pogardą,
Lecz gdy stanęły w oczach przytomne
Syna pamiątki: piersi nabrzmiały,
       170 W oczach się długo dwie łzy zbierały,
I spadły na twarz dwie łzy ogromne.

Już ciemném skrzydłem noc się nasuwa,
I gmin się rozszedł, po chatach gwarzy.
Tam zbrojny kozak stojąc na straży,
       175 Liczy godziny, nad więźniem czuwa.
I okolica mgłami zawiana.

A teraz słychać hasło strażnika.
— „Kto idzie?“ — „Hetman“ — „Witam Hetmana!“
Żmija milczący klatkę odmyka.
       180 Potém odwraca twarz zamyśloną;
— „Precz stąd kozaku! Żmija na straży.“ —
Wszedł zgięty — odkrył lampę tajoną,
Potém ją światłem podniósł do twarzy:
— „Żyć będziesz Baszo! wzgardę przeżyłeś.
       185 Znasz mnie?“ — „O znam cię! znam cię szatanie!
Syna zabójco!“ — „Krew za krew stanie...
Baszo mojego Ojca zabiłeś.
Blask cię buńczuków zaślepił wabny,
Tyś go oczernił — ty od Sułtana
       190 Przyniosłeś Baszy stryczek jedwabny,
I sam na Baszę! i sam na pana!
Ja słabe mając do zemsty ramię,
Ja sam, syn Baszy, z miasta wygnany,
Gdym okiem żegnał rodzinne ściany,
       195 Widziałem głowę Ojca na bramie;
I dotąd jeszcze, dotąd w noc ciemną,
Tę bladą głowę widzę przedemną,
Jak mnie krwawémi ściga oczyma.
Lecz teraz, Żmii cienie nie straszą,
       200 Sen mój kupiłem śmiercią Selima,
Jeszcze krwi twojéj trzeba mi Baszo;
Krew swoją oddasz za łzy Zulemie,
Łzy które lała w twoim haremie;
Lecz w równéj walce oddasz ją zbrojny.
       205 Teraz idź za mną — nie bój się zdrady.“ —

Szli oba we mgłach. Basza spokojny
Oczy obracał na xiężyc blady.
Szli krętą ścieżką, gdzie wśród wybrzeży
Wznosi się zamek nad Dniepru wały.
       210 Koło ogromnéj środkowéj wieży,
Wież mniejszych lekkie wybiegły strzały.
W wieżach się smutny puszczyk odzywa,
Spi blask xiężyca i mgła przepływa.

Weszli do zamku, weszli do sali,
       215 Po ścianach błyszczą zbroje; — a z góry

Blask od kagańca padał ponury.
I słychać zdala szum Dniepru fali.
W dalszych komnatach — o dziw! nad dziwy!
Jakie tam cuda w zamku dnieprowym?
       220 Na ścian wysokich tle lazurowém
Płoną lamp gwiazdy, kobierców niwy
Kwiatem zabłysły, a kwiat tak świéży,
Jak gdyby z ranną rosą zerwany.
Gdzie niegdzie kryształ zastąpił ściany;
       225 W zwierciadłach oko bieży i bieży,
Nową odkrywa salę, za salą,
W każdéj te same lampy się palą.
Czy to są czary? tak długim gankiem
Mógłby wędrowiec zajść aż do Boga.
       230 Z marmuru sali cięta podłoga.
A delfin złoty obrzucał wiankiem
Kryształ co daje miłe ochłody,
A światła płoną pod szkłami wody.
Patrząc na ognie, kryształ i kwiaty.
       235 Oko zalśnione w ciągłym zachwycie,
Przez okna sali bieży z komnaty,
Bieży odpocząć w nieba błękicie;
I wpada nagle jak w otchłań ciemną.
Przez którą srebrny xiężyc przepływa.

       240 Hetman sprężynę ruszył tajemną.
Złota się nagle ściana odkrywa:
I nowa sala... Sali półowa
Alabastrowém światłem zaćmiona,
W półowie ze mgły spada zasłona.
       245 A za mgłą srebrną znów jasność dniowa.
Gdy na złocistym siedli dywanie.
Na znak Hetmana, zdala za mgłami,
Zabrzmiały arfy — słychać spiéwanie,
Stłumione zrazu echem i łzami
       250 Cichéj fontanny... Potém ze spiewem
Dwanaście dziewic kwiaty kobierca
Depce — i płynie z zasłon powiewem.
Basza dłoń prawą odniósł do serca,
Potém zbladł cały, oczy odwrócił,

       255 I twarz rękami zakrył obiema.
I rzekł: „Mój sztylet tak mię porzucił,
Sztylet niewierny — jak ta Zulema.“ —
— „Baszo!“ rzekł Hetman.. ona szczęśliwa,
Z waszych pałaców bierze podarki;
       260 Dla niéj po morzu czajka ma pływa,
Błyszczą pałasze i grzmią janczarki;
Dla niéj to Żmija przez długie lata
Zdradzał i zaprzał swego proroka,
I twarz zmieniona nosił dla świata,
       265 Choć w sercu była rana głęboka.
Hetman — i razem wróg méj drużyny,
Często przebrany z bracią Tatary,
Na własne sioła niósłem pożary:
Często przez długie, długie godziny,
       270 Pamiętam, nawet przed dniem wyprawy,
Jak wąż ukryty pomiędzy trawy,
Patrząc na słońce, leżę dzień cały,
By choć dzień jeden ukraść obłudzie,
By świst kozackiéj usłyszéć strzały;
       275 Sokół mnie poznał prędzéj niż ludzie,
Tak twarz wprawiłem, aby udaną
Nosiła barwę. W takiéj niewoli,
Jak liść dwubarwny srebrnéj topoli,
Cierpiałem mękę — niewypłakaną.
       280 Gdym własne sioła palił i burzył,
Gdym na przekleństwa gminu zasłużył,
Błogosławili... Ale już blada,
Już gwiazda Żmii — mroczy się, spada;
Gdy w mojéj dłoni pękł obraz święty,
       285 Odkryją zdradę, spadnie ta głowa,
Przeklną!...“ Głos grzmiący przerwał mu słowa:
— „Więc bądź przeklęty! więc bądź przeklęty!“ —
I przed Hetmanem stanął w komnatach,
Ze srebrnym krzyżem, Pop w czarnych szatach.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.