Żmija/Pieśń szósta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Żmija
Podtytuł Pieśń szosta. Walka.
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ SZOSTA.

WALKA.

Szczęśliwe czasy dawnych rycerzy!
Szczęśliwe czasy! gdy cud po cudzie
Barwił powieści! Dziś kto uwierzy?
Jacy to byli żelazni ludzie,
       5 Jakie to były zamki zaklęte,
W czarnych cyprysach dusze zamknięte;
Takie powieści spią niewierzone,
Takie powieści kryją klasztory,
Gdzie mnich przez szyby patrząc barwione,
       10 Światu nadawał tych szyb kolory.
Dziś kto uwierzy? że na skinienie
Ręki Hetmana, we mgnieniu oka,
Zagasły światła — arf kona brzmienie,
Z ciemnością spada cichość głęboka.

       15 Popa okropna przejęła trwoga,
A Hetman mówił z twarzą wesołą:
„Biada kto tutaj, w imieniu Boga,
Wstąpi w czarami skréślone koło.
Lecz gdyś tu przyszedł? bądź pozdrowiony!
       20 Zostaniesz moim gościem na wieki,
Słońca nie ujrzą twoje powieki,
Rdzą się okryje ten krzyż srebrzony;

Nikt nie usłyszy jęku — prócz Boga.“
Skinął — zapadła nagle podłoga.
       25 Pop przeniesiony w lochy podziemne
Zniknął — i słychać było westchnienie...
Znów skinął Hetman, a na skinienie
Dzień świateł wpłynął w komnaty ciemne.
Gdy się rozjaśnił, obaj rycerze
       30 Znów przez te same wyszli podwoje,
I do narożnéj wstąpili wieże,
By się do walki stroić we zbroje.

Basza wziął turban, stalą podszyty,
Piersi drucianą kryje koszulą,
       35 I miecz Damaszku, z dwóch mieczów zbity,
I ciężki czekan z kolczatą kulą.
Tak uzbrojony lekki i rzeski.
Za pasem sztylet zawiesił Fezki;
Wziął tarcz z sitowia, jakiéj do wojny
       40 Używa w stepach Tatar budziacki:
I już był gotów... Hetman kozacki
Bespieczniej wprawdzie lecz ciężko zbrojny;
Zakuł pierś mężną w pancerz ze stali,
Niósł hełm z przyłbicą ściśle zakrytą;
       45 A z piór i włosów na hełmie kitą
Rośnie we dwoje, do sklepień sali.
Kopiją wstrząsa do rzutu celną.
Przy boku błyszczy miecz obosieczny,
Tak z Baszą sercem i zbroją sprzeczny,
       50 Wychodził staczać walkę śmiertelną...

Już się na biały dzień zabierało
Gdy wyszli z zamku. Jakby zbudzone
Chmury nadrannym wiatrem kręcone,
Już się z mgłą dolin mieszały białą.
       55 I słychać oddech poranku świeży,
Co lekko wzrusza nadwodne trzciny;
Swiegocą wróble na zamku wieży,
Na pół uspione między kaliny.
I xiężyc blady i gwiazdy bladły,
       60 Szarzeją światłem nieba błękity;

U kawki krążąc, stadem obsiadły,
I ołowiane wież czernią szczyty.

Wsiedli do czajki obaj rycerze,
Płynęli z wodą. Hetman ponury,
       65 Patrzał na wichrem kręcone chmury,
Na mgły tumany, na zamku wieże;
A jego serce choć stalą zbrojne,
Tak mocno bije, tak niespokojne,
Jakby w przeczuciach — zadrzał — i nagle
       70 Chwycił za wiosło, rozpuścił żagle,
I pędził czajkę, ta w szybkim biegu,
W chwilę na drugim stanęła brzegu.
Tam z serca trwogę odpędził płonną:
„Jak los osądził.“ rzekł, „niech się stanie. —
       75 Baszo! czy walczysz pieszo? czy konno?“
— „Gdy Arabczyka dasz mi Hetmanie,
Ujrzysz jak lekko na siodło wskoczę,
Jak z konia biję i koniem toczę.“ —
Hetmana trąbki słychać odgłosy:
       80 Wnet nauczone na trąbkę pana
Dwa szybkie konie lecą przez wrzosy:
— „Biały twój Baszo! czarny Hetmana.“ —
Oba rycerze siedli na konie,
Oba pędzili szybko przez błonie,
       85 Póki kaganiec z wież Oczakowa
Nie błysnął gwiazdą ze mgły wywity.
Za wodzą Żmii stanął koń wryty,
A Hetman rzecze: „Na próżne słowa
Nie traćmy czasu, poleć się Bogu.
       90 Tam twój Oczaków, kędy się palą
Mnogie kagańce w masztowym lesie,
Tam twoje wieże — do wież tych progu
Gdy mnie zwyciężysz? koń cię zaniesie,
Gdy padniesz? trup twój popłynie z falą.“

       95 Rzekł — ściśléj zamknął w przyłbicę czoło,
I czarnéj tarczy okrył się skrzydłem.
Basza jak jastrząb krążył wokoło,
Na różne strony zwijał wędzidłem,

I rzucał czekan i koniem toczył. —
       100 Tarcza Hetmana wydała dźwięki,
Trzykroć od tarczy czekan odskoczył
I na rzemieniu wrócił do ręki;
Trzykroć odskoczył — za czwartą razą
Zgruchotał twarde hełmu żelazo:
       105 Lecz ugrzązł w hełmie — Żmija nań chwyta,
Nie pośpiał Basza odciąć rzemienia:
Tak związanego, gdy zbył strzemienia,
Hetman pod końskie ciągnął kopyta.
Skrwawiony ostem i oczeretem,
       110 Czołga się Basza jako gadzina;
Żmija miecz wznosi — Basza sztyletem,
I lewą ręką rzemień przecina,
Wstając pod koniem, ów sztylet srogi
Aż po rękojeść wraził pod strzemię.
       115 Rumak Hetmana runął o ziemię,
Lecz Hetman szybko powstał na nogi,
Odrzucił dzidę, miecza dobywa;
I znów grzmi walka, walka straszliwa!

Daleko słychać szczęki pałaszy,
       120 I tarcza daje odgłos jak dzwony.
Już krew turecka, krew świéża Baszy,
Lśni po burzanach jak kwiat czerwony;
Ten widok siły Hetmana dwoi,
Więc w obie dłonie chwyta miecz silny,
       125 Podniósł i spuścił — lecz raz był mylny,
Sam padł, zwalony ciężarem zbroi;
Nim powstał z ziemi, już wróg straszliwy
Toczył mu piersi, wzniósł sztylet mściwy,
I nad bezbronnym mszcząc się rycerzem,
       130 Gdy mu się sztylet po zbroi zwinął,
Podniósł pancerza i pod pancerzem
Wbił po rękojeść, aż krwią zapłynął.
Basza siadł na koń, spiął go ostrogą,
Leciał jak z wiatrem chmura stepowa;
       135 Lecz nie do Turków? do Oczakowa?
Na północ wsteczną poleciał drogą.


Już zniknął... Blado wschód się czerwieni,
Już się oddala tentent po wrzosie.
Tu koralową barwą jesieni
       140 Błyszczą burzany w srebrzystéj rosie,
I szpaków stada po nieba sklepach
We mgle się kąpią — i lgną na łozy.
Gdzie dwie samotne płakały brzozy,
Hetman kozacki konał na stepach...

       145 Ciszéj!... tam jakiś spiew obłąkany,
Z echem przez suche płynie burzany;
Pieśń taka smutna, dzika i rzewna.
Oblana złotem słońca promieni
Zbliża się postać, jak cień niepewna,
       150 Dziewica mogił — to młoda Xeni!
Pieśń jéj jak lutni niesfornéj głosy
Nagle skonała, krzykiem ucięta,
Bo koło Xeni skrwawione wrzosy;
A choć przyłbica Żmii zamknięta,
       155 Już go poznała — tak dziewic oczy
Wprawne w miłości, choć obłąkane.
Ale na próżno wyśledza ranę.
Chce krew zatrzymać rąbkiem warkoczy.
Gdy mu przyłbicę wzniosła na czole,
       160 Żmiję do życia wróciły bole;
Spojrzał — i poznał — lecz nie rzekł słowa,
Ani się zdradził nagłém poznaniem.
I był cisza — cisza stepowa,
Przerwana czasem łzami i łkaniem
       165 Smutnéj dziewicy. Xeni oczyma
Ściga wejrzenie zgasłe Hetmana;
A Żmija oczy wlepione trzyma
W stronę, gdzie mglistą chmurą owiana
Wznosi się zamków Siczowych wieża.
       170 Nagle blask ognia stamtąd uderza,
Potém się rozlał po Dniepru fali,
Między wieżami płomień się wije.
— „Zdrajca“ — rzekł hetman — „Xeni klnij Żmiję!
Oto mój zamek, zamek się pali!
       175 W zamku twój ojciec!... A Basza mściwy

I nad nią jeszcze zemsty dokonał.
Przekleństwo jemu!“ — westchnął — i skonał.

Zaledwo skonał — przez kwiatów niwy
Rzucając za się wzrok niespokojny,
       180 Na koniu Turek przeleciał zbrojny,
I zniknął we mgle... Śmiéch dziki Xeni
Smutnie po rosach zabrzmiał. — „Mam syna!
Ojciec mój skonał pośród płomieni.
Syn mój jak świéża rośnie kalina;
       185 A Hetman. — Syn miał ojca Hetmanem,
I żyć nie będzie pod innym panem.
Lecz wam kozacy, wam nie pokażę
Syna mojego — w grób go zakopię;
Ale krew jego przyniosę w czarze,
       190 I krwią mogiłę ojca pokropię.“

Jakie tam było po chatach łkanie!
Gdy wieść okropna biegła przez sioła.
Zgasłeś! wołali, zgasłeś Hetmanie!
Któż jak ty w czajce lotem sokoła,
       195 Z nami na czarne popłynie morze?
Kiedyż takiego ujrzémy pana?
Kiedyż drugiemu słać będziem łoże,
Gruzami z wielkich gmachów Sułtana?...

Wieją tłumami kozackie kity,
       200 Hetmańska trumna już nad mogiłą;
A w trumnie Hetman leży odkryty.
Coś mu się we śnie strasznego śniło,
Bo wyraz wzgardy z twarzy wyryty.
Z żaglów tureckich śmiertelna chusta
       205 Spowiła ciało. Złotym obrazkiem
Pop go opatrzył, posypał piaskiem,
Kawałek chleba włożył mu w usta,
Zgraję tym samym obdzielił chlebem;
A gdy wymówił ostatnie słowo,
       210 Płaczki zaczęły pieśń pogrzebową.
Lecz jedna z płaczek, szła za pogrzebem,
Smiéchem zbłąkała pieśni odgłosy;

A choć wesela taić nie umie.
Na przekor smiéchom, jak srebrne rosy
Łzy jéj do wielkiéj płyną łzawicy;       215
A gdy łzy cudze zbierała w tłumie,
Gdy w czarę padło światło gromnicy,
Kołem się wszystkie chmurzyły twarze,
Widzieli wszyscy, krew była w czarze!
I krew do grobu wylała cieśni,       220
Padła — skonała. — Konaj! o pieśni! —







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.