Śpiewałem wielkość ojczystego kraju.../Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Pini
Tytuł Przedmowa
Pochodzenie Śpiewałem wielkość ojczystego kraju...
Wydawca H. Altenberg; E. Wende i Ska
Data wydania 1909
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Tak zwane „złote myśli“, ujęte w osobne zbiorki, nie są zapewne najlepszym i najodpowiedniejszym środkiem pomocniczym, wiodącym do zaznajomienia się z twórczością poetów i myślicieli. Wyrwane z żywego organizmu dzieła, pozbawione tej łączności z całością, która daje im właściwe, zgodne z intencyami autora zabarwienie, podobne są często do listka, oderwanego z korony kwiatu. Barwą jego można się rozkoszować, na podstawie jego kształtu można nawet odtworzyć w myśli kształt całego wonnego kielicha — ale czyż zdoła on zastąpić czar kwiatu samego?
A jednak wiele, bardzo wiele możnaby powiedzieć na usprawiedliwienie tych skromnych, bezpretensyonalnych, najczęściej bezimiennie wydawanych zbiorków — co więcej, możnaby nawet w wielu wypadkach uzasadnić ich potrzebę. Umiejętnie wydane i umiejętnie użyte są zawsze pożyteczne, często zaś są tem malum necessarium, tem złem koniecznem, które tak jest koniecznem, że przestaje być złem i staje się czemś względnie dobrem i pożądanem.
Zdaje mi się zaś, że nigdy może nie był żaden podobny zbiorek tak bardzo usprawiedliwiony i potrzebny, jak wybór myśli Stanisława Wyspiańskiego w czasie obecnym. Poeta, który nie tylko w arcydziełach swych, ale i w najsłabszych utworach rozsypał setki poglądów i myśli, sięgających często do najtajniejszych głębin duszy polskiej, dotyczących najważniejszych kwestyi bytu narodowego, a zawsze lśniących głębokiem uczuciem, czy ono przejawia się w tytanicznych wybuchach zapału, czy w gryzącej ironii — który tymi właśnie poglądami najbardziej oddziaływał na czytelników i widzów — którego silne, jędrne, dosadne często aż do brutalności, to znowu rzewne, pełne szczerej, głębokiej poezyi wyrażenia poczynają już przechodzić w przysłowia — taki poeta nadawał się, jak nikt inny, do tego, aby ze zwartego kruszcu jego dzieł wytopić te złote żyłki myśli, zebrać je i wydać razem jako surowy materyał do rozmyślań i dumań całego pokolenia. Gdy zaś do tych wewnętrznych, z istoty talentu Wyspiańskiego wynikających powodów dodamy fakt, że dotychczas nie zdobyliśmy się na zbiorowe wydanie dzieł autora „Wesela“, że wiele z nich jest rozrzuconych po niedostępnych dla ogółu rocznikach czasopism, zrozumiemy łatwo, że zbiorek taki jest potrzebny i że może być pożyteczny.
Trzeba jednak pamiętać, że żadne, choćby najstaranniej i najobficiej zebrane wyjątki nie mogą zastąpić samych dzieł poety, że one mogą i powinny być tylko zadatkiem tych rozkoszy, jakie daje dokładne, blizkie zaznajomienie się z geniuszem.
Bo Stanisław Wyspiański był niewątpliwie jednym z najgenialniejszych poetów, jakich wydała Europa w drugiej połowie XIX wieku. Gdyby ci nasi wielbiciele ckliwo-patetycznego Rostanda, czy paradoksisty Wilde’a, Maeterlincka czy d’Anunzia, przypisujący Wyspiańskiemu „wszystkie wady drugorzędnych romantyków, ale bez ich zalet“, lub określający go z wzruszającą prostotą jako „talencik w rodzaju Syrokomli“, chcieli i umieli ogarnąć choćby tylko potęgę jego wyobraźni, zapewne sami zdumieliby się, ujrzawszy, do jak fatalnych wyników doprowadzić może krytyka, której podstawą i punktem wyjścia są poglądy społeczne i polityczne i którą kierują wynikające z nich sympatye i antypatye.
Spróbujmy wglądnąć w działalność Wyspiańskiego i w najgrubszych tylko liniach zaznaczyć, co wniósł do naszej poezyi nowego, czem ją wzbogacił? Takie postawienie kwestyi uchroni nas od dowolnego bujania po niepewnych falach nieistniejącej estetyki i pozwoli wnioskowrać sine ira et studio, bez uprzedzeń i bez zaślepienia.
Pomińmy fakt, że Wyspiański dał naszej poezyi przedewszystkiem siebie, oryginalną, silnie zarysowaną indywidualność, (tak silną i oryginalną, że zdobyła się na stworzenie swego własnego stylu) — bo z pewnemi zmianami możnaby to samo powiedzieć o każdym niemal, przeciętnym nawet, poecie — zastanówmy się natomiast np. nad pytaniem, czy wyobraźnia jego szła utartemi drogami, czy też potrafiła odkryć i otworzyć dla siebie i dla następców światy nowe, dotąd nieznane?
Gdy się o tem myśli, stają nam natarczywie przed oczyma szeregi całe scen, wizyi, pomysłów, od których roją się poprostu dzieła Wyspiańskiego. Przychodzą nam na myśl te zuchwałe niemal symbole, jak np. owa trumna, która chwyta i przygniata swego mordercę, a raczej twórcę, króla — ów niezwykle śmiały pomysł przeniesienia akcyi całego aktu na dno Wisły — owi chłopi-mordercy, marzący o zapachu pól rodzinnych i dzbanku mleka dla spieczonych warg, orzeźwiający się w rzymskich katakombach przelaną przez siebie, ohydną im krwią. Przypominamy sobie tak genialnie prostą, a tak rodzimą, jakby z gleby chłopskiej wyrosła, fakturę „Klątwy“ i tę niezwykłą technikę „Wesela“, wychodzącą z krakowskiej szopki, rozsypującą się w szereg indywidualnych dramacików i łączącą je potem w potężny akord jednolitego dramatu narodowego. Wszak w tych dwu dziełach tkwić może zarodek przyszłego oryginalnego dramatu polskiego!...
Zapewne — są to jednak kwestye bądź co bądź sporne, zależne od poglądów estetycznych sądzącego, a więc pozostające w granicach poglądów subjektywnych. Przejdźmy na grunt bardziej realny!
Od czasu, gdy Ibsen wyrugował z utworów dramatycznych nienaturalny, ale tak wygodny dla autora, monolog, powstała kwestya zastąpienia go jakimś sposobem technicznym, któryby umożliwił odsłonięcie przed widzem i słuchaczem najgłębszych tajników duszy bohatera. I w Polsce próbowano rozwikłać ten problem. Przybyszewski np. wprowadził do swych dramatów tajemniczą postać, jakieś alter ego bohatera, znającą dokładnie wszystkie jego myśli, i pod rozmaitemi nazwiskami każe jej zbliżać się do bohatera i w rozmowie z nim wydobywać na jaśń tajniki jego sumienia. Wyspiański rozwiązał ją inaczej. Kiedy w „Legionie“ chodziło mu o pokazanie walki duchowej, jaką przechodził Mickiewicz przed złożeniem uroczystej przysięgi, że legion swój poprowadzi nie w imię nienawiści, lecz w imię miłości, w imię krzyża — rozkłada duszę jego na dwa zasadnicze czynniki, chrześcijański i pogański, uosabia je, uzewnętrznia i każe im ze sobą w dwu scenach walczyć. Więc w nawie kościoła św. Piotra stanie przed Mickiewiczem żywy, dotykalny obraz męki św. Andrzeja, patrona Słowian, i swą męczeńską ofiarą będzie ciągnął ku sobie wszystkie najszlachetniejsze, podniesienia duchowego ludzkości i męki Chrystusowej żądne cząstki jego duszy — a tam w górze, hen, w olbrzymiej kopule kościoła zbiorą się boginie, boginki, guślarze i Świtezianki, uosobienia wszystkiego, w czem Mickiewicz dawny okazywał swą miłość do świata pogańskiego i pragnienie krwawego odwetu, wszystko, co w nim kiedykolwiek było z pokrytego warstwą chrystyanizmu pogaństwa, i zaczną błagać go i prosić, aby ich dla krzyża nie porzucał, aby im, towarzyszkom „młodych lat“, pozostał wiernym.
Nie znam w żadnej literaturze nic potężniejszego w pomyśle i subtelniejszego w wykonaniu nad te dwie, tak ściśle z sobą złączone i tylko jakby migawkowe zdjęcie walki duchowej bohatera dające, sceny. Powziąć taki plan i tak go wykonać, to znaczy wznieść się na najwyższe szczeble artyzmu, stanąć pomiędzy najwyższymi.
W „Wyzwoleniu“, pod względem artystycznym nieskończenie słabszem od „Legionu“, powraca Wyspiański znowu do tego zagadnienia, lecz rozwiązuje je inaczej. Monolog Konrada zmienia w akcyę sceniczną; wyodrębniwszy z jego duszy wszystkie odcienie myśli i nadawszy im postać tajemniczych „masek“, każe Konradowi walczyć z niemi. W tej walce Konrad zmaga się zatem z każdą drobiną niemal duszy swej z osobna, jak z czemś nie w nim, lecz poza nim będącem, odsuwa od siebie wszystko, co obce i narzucone, i dochodzi wreszcie do skrystalizowania swych własnych, oryginalnych zapatrywań. Wykonanie nie jest tu tak subtelne, tak doskonałe, jak w VII i VIII scenie „Legionu“, ale pomysł sam jest niezwykle śmiały i widać w nim potężne lwie pazury.
Przypuszczam, że żaden „talencik w rodzaju Syrokomli“ nie byłby się na to zdobył.
Zostawmy jednak tę dziedzinę wyobraźni Wyspiańskiego, o której tomy całe możnaby pisać, i przejdźmy do sprawy drugiej, ważniejszej: do określenia stanowiska, jakie autor „Wesela“ zajmuje w naszej poezyi.
Podczas pogrzebu Asnyka w r. 1897 przemawiał nad trumną wielkiego liryka Lucyan Rydel imieniem „młodych“. Oświadczył on, że „młodzi“ obejmują spuściznę po zmarłym i że poezyę naszą prowadzić będą dalej jego śladem i wzorem. Ale przyrzeczenia tego — zresztą zbyt trudnego do spełnienia — nie dotrzymano. Poeta-patryota, jakiego wzorem był Asnyk, poeta, któryby „w swej piersi pomieszczone miał wszystkie bóle i rozpacze“ ojczyzny, nie tylko nie zjawiał się w młodem pokoleniu, ale przestał być dla niego zjawiskiem sympatycznem, upragnionem. Pod wpływem nowinek zachodnich „młodzi“ zaczęli uprawiać jedynie kult formy, a pod płaszczykiem źle zrozumianego hasła „sztuka dla sztuki“ zaczęto wyrzekać się wszelkiego związku poezyi z kwestyami społecznemi i sprawą narodową i zerwano wszelką łączność z tradycyą epoki romantycznej. Doszło do tego, że w organie „młodych“, w „Życiu“, wyszydzano nawet uczucia patryotyczne, sprawiające, że społeczeństwo nasze

Woli polskie ..... w polu
Niż fijołki w Neapolu.

Wierszyk ten, przypisywany powszechnie jednemu z wybitnych i głośnych poetów, jest wyborną miarą nastroju chwili, charakteryzuje dosadnie i poetów „młodej Polski“, dla których był do pewnego stopnia hasłem, i publiczność, która te poglądy milcząco i spokojnie przyjmowała do wiadomości.
W takiej chwili zjawia się najpierw „Legion“, a w kilka miesięcy po nim „Wesele“ — i sytuacya zmienia się od razu. Wybuch potężnego, szczerego uczucia patryotycznego porywa publiczność, a za nią i poetów. „Polska — to jest wielka rzecz“ przechodzi z ust do ust, jakby antyteza owego lekkiego wierszyka z „Życia“ — i odtąd nikt się już nie odważy drwić z świętości, wszyscy pójdą za autorem „Wesela“. Przez poezyę polską przechodzi nagle i niespodziewanie prąd silnych uczuć patryotycznych, szczerych lub obliczonych na efekt, a jak z rogu obfitości sypią się dramaty, na tle walk i cierpień narodowych osnute: „Jeńcy“, „Betleem Polskie“, „Piast“, „Dyktator“, „Na Zawsze“...
Wyspiański dokonał tego ważnego przewrotu tylko siłą swego wielkiego talentu i ogromnej szczerości artystycznej. Zatopiony w pisarzach epoki romantycznej, brał od nich często podnietę i materyał poetycki, postawione przez nich kwestye lub stworzone przez nich postaci przenosił w czasy swoje, w inne stosunki — i tworzył z tego tragedye. W „Wyzwoleniu“ przenosi w nasze czasy Konrada z „Dziadów“, każe mu się przekształcić, zmienić zapatrywania i walczyć z swym twórcą, z Mickiewiczem. W „Weselu“ przenosi w obecne społeczeństwo motyw ze „Snu Srebrnego Salomei“, bierze z niego żywcem postać Wernyhory i każe mu — jak chciał Słowacki — zaglądnąć w głąb dusz naszych, zobaczyć, do czegośmy zdolni. Mochnacki swymi „dwoma tomami zaczętymi“ dostarcza materyału do „Lelewela“ i „Nocy Listopadowej“, a „Legion“ jest tragedyą, w której sam romantyzm nasz jest bohaterem.
Ważniejszym jednak, niż czerpanie motywów i materyałów z dzieł epoki romantycznej, jest fakt, że duch, ożywiający najważniejsze utwory Wyspiańskiego, jest — pomimo różnicy poglądów, pomimo, że Wyspiański prowadzi walkę z poglądami naszych romantyków („Legion“, „Wyzwolenie“) — zupełnie romantyczny. To wysunięcie na plan pierwszy, w późniejszej epoce niemal jedyny, idei polskiej, poświęcenie jej wszystkich wysiłków myśli, wszystkich porywów zapału i natchnień, przejęcie się nieszczęściami narodu tak głębokie, zapamiętanie się w nich tak zupełne, że i Wyspiański mógłby śmiało o sobie powiedzieć: „Ja i ojczyzna to jedno“ — to wszystko tylko w epoce romantycznej znajduje swój odpowiednik i w znacznej części z niej czerpie swe istnienie, swój wzór — wzór najwznioślejszy, jaki dzieje kultury ludzkiej na kartach swych zapisały.
Gdyby Wyspiański umiał i mógł się był utrzymać na tych wysokościach, do jakich wzbił się w „Klątwie“, „Legionie“ i „Weselu“, gdyby pochód jego ku coraz większej doskonałości artystycznej, tak nadzwyczajnie wybitnie objawiający się w jego młodzieńczych i najdojrzalszych dziełach, nie był się nagle urwał, zostawiając miejsce zwykle ciekawym, czasem świetnym, ale już nie zharmonizowanym należycie pomysłom — byłby wyrósł na jednego z największych tytanów poezyi, zapewne nie tylko polskiej. Niestety — po „Weselu“ ukazuje się „Wyzwolenie“, po niem zaś dziwaczne zagadki „Akropolis“, potem „Powrót Odyssa“... Wielki, natchniony poeta-artysta znika bezpowrotnie.
Ale to, czego Wyspiański w epoce swej dojrzałości dokonał, jest tak wielkie, że brak doskonałości utworów późniejszych nie może go obniżyć. W dziedzinę dramatu naszego on tchnął życie nowe, oryginalne a potężne, stworzył dzieła artystycznie doskonałe, a w nich wznowił ideę narodową z taką niezwykłą siłą talentu, że w puch rozwiały się przed nią egotyczne wynurzenia i nastroje współczesnej poezyi i powiał po niej prąd nowy, ożywczy — prąd narodowy. Znaczenie „Wesela“ („Legionu“ nie zrozumiała należycie ani nasza „krytyka literacka“, ani szersza publiczność, więc i wpływu wielkiego nie wywarł) można pod tym względem porównać tylko z wpływem, jaki na rozwój poezyi naszej wywarła „Dziadów część III“.
Kto zaś tego dokonał, ten, bez względu na to, jakie są obecnie i jakie będą kiedyś pojęcia estetyczne, na wieki złączył swe nazwisko z dziejami poezyi naszej — zdobył sobie nieśmiertelność.

Tadeusz Pini.


Śpiewałem wielkość ojczystego kraju,
śpiewałem dumę przodków mych,
śpiewałem chwałę rycerskich pokoleń...
...o skały rozbił się mój śpiew.
............
Śpiewałem czułość ojczystego sioła,
śpiewałem miłość rozkwitającą,
śpiewałem rzewność moich braci...
...o skały rozbił się mój śpiew.
.........
Pieśni pobiegły polami,
przebrzmiały za polami,
nie wracają echami.
.........
Nie wracały lata długie;
już zapomniałem pieśni,
jaka była.
..........
Gdzie moja myśl zgubiona,
gdzie pieśń, niegdyś rzucona?

Daniel.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Pini.