Zezuli syn

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Zezuli syn
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Data wydania 1857
Wydawnictwo Nakładem Michała Dzikowskiego
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII. Zezuli syn.

Ucieszna Willanesko! chociaż między chory
Panieńskiemi w pustyniach Helikońskiej góry
Tańcami się zabawiasz, jednak z boskich lasów
Przybywasz do podolskich często skotopasów;
Powiedz poziomym rymem, jako kosmobrody
Faunus z dzikich uroczysk do Szawrańskiej wody —
Owszem jako wieść niesie (dziwna rzeczy nowa!)
Przybiegł do Lackich krajów z krasnego ostrowa,
Gdzie Borystenes z brzegów krzywych wodomnogi
Głośno nader Nizowe przeskakuje progi.
Tu zasię lasów dobrze nie będąc wiadomy
Tułał się po zapustach ludziom nie znajomy,

Póki sierpem nie lęgła stalnym ozimina,
Błąkał się w niedalekich polach Orynina;
A skoro nastąpiły pracowite żniwa,
Gdy bujności pozbyła ogolona niwa,
Usiadł przy Derewaczu tam, kędy koszary
I pasiekę przed laty miał Lukian stary.
Dotąd nieobaczony śmiertelną źrenicą,
Aż gdy nad krzyształową w południe krynicą,
Która prędko wynika z opoczystej szpary,
Usiadłszy różne głosy wypuścił z fujary,
Spiewaniem melodyjnem zbywając frasunku:
Dańko owczarz sędziwy, podtenczas z trafunku
Czabany wychowałe, czoło pysznej trzody,
Pędził z Mikonem kusym do krynicznej wody.
Najpierwej tedy Mikon skoro tylko zoczył
Kozonogiego bożka, strachem się otoczył
Mniemając, ie potwora bezecna; więcże go
Przed Dańkiem cicho udał za męża dzikiego,
Na co Dańko odpowie: Bożek to jest leśny,
Skoczek i śpiewak trefny, słuchajże go grzeszny.
Faunus też zrozumiawszy, że mu dali uszy,
Tak pieśniami dawnemi głos chrapliwy wzruszy:
Młody niegdyś Cefizus, wesołą urodą
Zwiedziony Liryopy, nad ksantową wodą
Porwał ją; ona potem zostawszy z Cefizem
Matką płód mianowała Narcyzem
Dla krasy niezwyczajnej, bowiem w niemowlęcym
Wieku przednim się córom podobał książęcym.
Wszystkie panny z dzieciństwa kochały w nim jeszcze
Tylko sam Tyrezyas, dając o nim wieszcze
Proroctwo, opowiedział: Czeka starość późna
Dziecięcia, jeźli swojej urody nie pozna.
Z takiej powieści rosły w ludziach zdania różne,
Płonne słowa się zdały, lecz nie były próżne:
Bowiem ledwie szesnaste lato swego wieku
Już przepędził Narcyssus, każdemu człowieku
Jednem tylko pojrzeniem do serca się wkradał,
Jako chciał, tak młodzieńcy i pannami władał.
Cóż potem? gdy on będąc od wszystkich żądany
W towarzystwo, i panny i udatne pany
Okiem pysznem przenosił, a swą dumą hardą
Nie jednego nakarmił rówiennika wzgardą:
Raz dla myślistwa polem ciekawe ogary
Prowadzącego, cicho z nieznajomej szpary
Mowna Bogini (która niepierwej się zgada,
Aż spytana w dolinach niskich odpowiada)
Obaczyła, natychmiast przez jego różane
Jagody gorejącą w sercu wzięła ranę;
Za nim ukradkiem dybiąc, tem się bardziej mieni
W ogień, im bliżej żywych przychodzi płomieni,

Jak głownia wyszuszona tłustej siarki syta
Prędko do siebie pożar pałający chwyta.
O jako wiele razów smętna białogłowa
Nie mogąc się doczekać łagodnego słowa
Z ust jego pełnych buty, sama pierwej chciała
Wdać się w rozmowę, lecz wstyd panieńskiego ciała
Mocno jej tego bronił, tylko w sercu kryła
Żądze one, a sobie tak cicho mówiła:
Ogniu mój, mój Narcyzie! tóż mię srogo pieczesz,
Czemu milczysz, czemu mi słoweczka nie rzeczesz? —
Alić szczęście zdarzyło: pilnując myślistwa
Narcysus odjachał był swego towarzystwa
Daleko, tamże długo po puszczy głębokiej
Tułając, pod pochyły wjachawszy opoki,
Krzyknął: Gdzieżem to ja jest? — Oto ja jest, mówi
Echo. — On zadumały na to jej odpowie:
Ktoś jest? przychodź sam. — Chodź sam, zarazem usłyszy,
Myśli, kto z nim rozprawia w tak odległej ciszy?
Znowu rzekł: Nie uciekaj. — Nie uciekam, ona
Odmówi. On — jeźli twa wola nie jest płona,
Zejdźmy się z sobą. — Zejdźmy, rzekła i bogini
I już ku niemu z ciemnej wybiegła jaskini
Z tą nadzieją, aby twarz jego okazałą
Całowała; ale on ujźrawszy płeć białą
Pierzchnął na stronę, tak ją w zamysłach oszukał
A, co większa, słowy ją surowemi sfukał:
Pierwej ja w twardej nocy pogrążony siędę,
Niżeli do zalotów twych powolnym będę. —
Będę powolną, rzekłszy Nimfa oczy łzami
Zalała, czoło jasne zwiędłemi listami
Otoczywszy zniknęła, do którego czasu
Zelżona nie wychodzi z pokrytego lasu;
Przecie zawziętych chęcić utracić nie chciała,
Ale trapiąc niespaniem młodość swego ciała,
Po puszczy ustawicznie narzekając głuchej,
Pozbyła barwy wdzięcznej, a z jej skóry suchej
Krew niegdy żywą ogień wyniszczył miłości,
Tylko głos przy niej został, a zgorzałe kości;
Opoczyste przyjąwszy na się przyrodzenie,
Podziśdzień odpowiedne zostały kamienie.
Takowej niewdzięczności na boginią zażył
Narcyzus, taki w pannach brak czynić się ważył;
Nie pierwsza to dziewica wzgardzone podnosi
Ręce do nieba, pomsty nie pierwsza nań prosi:
Daj, żeby go za jego postępkiem upornym
Bóg skarał przyjacielem hardym i niesfornym.
Tym modlitwom Nemezys mściwa uszy dała,
Narcyzowi karanie takie zgotowała:
Był zdrój przy lesie owym jako krzyształ czysty,
Wydając z swych wnętrzności potok wiekuisty,

Z niego ani pasterze pijali, ni trzody
Z źwierzem swawolnym jego zakuszali wody —
Trzcina tylko zielona nad onym strumieniem
Rosła, drzewa go chłodnym okrywały cieniem.
Tam przyszedłszy Narcyzus złożył swe odzienie,
A gdy chciał strugiem żywym ugasić pragnienie,
Bardziej pragnął; albowiem ujźrawszy z trefunku
Twarz swoję w źródle onem, w własnym wizerunku
Zakochał, zkąd postawę swą znikomą lubi,
Patrzy w cień swój nie wiedząc, że go ten cień zgubi.
Ile się przypatruje, tem się bardziej dumi,
Że mu się Nimfa jaka zjawiła, rozumie,
Zda mu się czoło ono równe marmurowi
Gładkiemu, dziwuje się oczom Fosforowi
Mało różnym, szyję swą wyniosłą i szumną,
Niechce jej z porfirową porównać kolumną,
Widząc swoje kędziorki i usta ozdobne,
Bogu raczej nie ludziom śmiertelnym podobne,
W ogień się prawie mieni. Nadto jeszcze z krzaku
Mirtowego bożeczek skrzydlasty z sajdaku
Wziąwszy strzał kilka, wonnym balsamem pokropił,
A skoro w Narcysowem sercu je utopił,
Tem więcej w nim własnego zakochania wzbudził,
Żeby się oszukiwał, żeby sobą łudził;
Stoi jako słup wryty, swoje oczy jasne,
Swoje wargi szkarłatne, wdzięczności swe własne
Bierze sobie na zgubę, swe rzeczy uważa,
Wyobrażeniem swojem samże się obraża:
Co ma, jakoby nie miał; czem sam jest, to chwali,
Samże ochłody sobie życzy, sam się pali.
Ilekroć chce swój wyraz i postać nie żywą
Pocałować, całuje wodę obłędliwą.
Miasto człowieka, źródło obłapia przezorne,
Co czynisz o pacholę! głupie i uporne?
Marnie dziecinnym błędem będąc omamiony
Miłujesz swój konterfekt w wodzie wyrażony,
Przestań swych oczu swemi źrenicami draźnić,
Nie chciej siebie samego samym sobą błaźnić.
Przyjdzie czas, że pociechy tej duszą przypłacisz,
Prawdziwą piękność dla tej fałszywej utracisz.
Na to on mało dbały, kilka dni o głodzie
Przypatrując się pilno kłamliwej urodzie,
Stoi nad zmyślnym zdrojem z zmyślonej postawy
Oczy nie odwracając, koniec tej rozprawy,
Niźli się wiecznie zgubił przez własne pojźrenie,
Do lasów głos obrócił: O twarde kamienie!
O zakamiałe skały! wszak dobrze możecie
Pomnieć, jeźli kto kiedy tak szalał na świecie,
Jako ja? pała serce, w czem się ono kocha,
Chce naleźć, a nie może; o miłości płocha!

Czemu mię marnie zwodzisz? nie morze żeglowne,
Nie góry powiesiste, nie mury budowne
Nie gościniec odległy, do wdzięcznej ochłody
Przystępu mi zabrania, ale trocha wody;
Nadto, co mię najwięcej w tym przypadku boli,
Naddawa mi się moje kochanie powoli;
Bo ilekroć przez wodę twarz jego całuję,
Zawsze mi złote usta podać usiłuje,
A przecie dotknąć ciała ustami nie mogę,
Do czego mały ponik zagradza mi drogę.
Lecz ty, ktokolwiek jesteś, przecz mię oszukiwasz?
Czemu odemnie z wodą przemienną upływasz?
Wynidź troszeczkę na brzeg, a obacz dowodnem
Okiem, jeźli przyjaźni twojej jestem godnym?
Najdziesz wiek pierwszy, ujrzysz dar pięknej urody;
Często mię gładkie Nimfy wzywały na gody,
Częstokroć mi wianeczki przynaszały wite,
Częstokroć upominki słały znakomite.
I ty ucieszne dziecię karmisz mię nadzieją
Krociuchną, bo na mój śmiech usta się twe śmieją;
Kiedy ściągnę do twojej białej szyje rękę,
Wzajem mię chcesz obłapić, lecz na większą mękę
Do skutku nie przywodzisz; ile razów płaczę,
Tylekroć tobie kropla z jasnych oczu skacze;
O cokolwiek się spytam, cicho odpowiadasz,
Ruszając wdzięczne wargi, szeptem sobie gadasz.
To mówiąc obaczył się: Jamże to jest, prawi,
Mnież to moja płeć własna zapalczywie trawi?
Cóż to jest? miłośnikiem zostałem urody
Mojej, twarz mię rozpala odbita od wody.
O głupie me zamysły! kogoż ja to lubię,
Mnie samego nieszczęsny i szukam i gubię.
Bogdajżem już odstąpił mizernego ciała,
Żeby dusza przynajmniej odpoczynek miała,
To mój ślub; niechaj mię śmierć łakoma połyka,
Tylko kochania mego niechaj nie dotyka.
Już siły we mnie gasną, już w młodzieńskim stanie
Dni dożywotnie skracam, ale niech zostanie
(Gdy Kloto niezbłagana członki me pokruszy)
Po mem zejściu piękniejsza cząstka mojej duszy. —
To mówiąc znowu oczy rzucił na krynicę,
Łzami śliskiemi zmoczył rzewliwe źrenice,
Łzami wodę zamącił, cień też zaraz zniknął,
A on — kędy uchodzisz? gdzie uciekasz? krzyknął,
Postój troszeczkę, abym nasycił tem oczy,
Czego dotknąć nie mogę, niżeli wyskoczy
Na wolny wiatr z więzienia duch mój utroskany. —
W tem z gniewu płaszcz na sobie rozdarł haftowany,
Dłoniami uderzając wątłe piersi, które
Od bicia krwią czerwoną sfarbowały skórę.

Tak się więc pomarańcza udatna rumieni,
Tak się grona malują dojrzałe w jesieni.
Co gdy obraz obłudny toż ukazał na dnie,
Z wielkiej mdłości Narcyzus na ziemię upadnie
Tając, jako śnieg, który ciepłe słońce piecze,
Abo jako wosk, kiedy z żywych węgli ciecze.
Już mu z nienagła serce ogień zapuszczony
Zniszczył, jako w perzyny knot idzie spalony,
Już twarz wesoła spadła, już nie znać i ciała,
Które żałośna Echo skwapliwie chwytała,
Przecie na skale siedząc zapłakała rzewnie,
Gdyby tam przybydź mogła, przybyłaby pewnie.
Ile razów krzyknęło struchlałe pacholę,
Tyle odgłosów dała na niskim padole.
Rzecz jego ostateczna, powstawszy na nogi:
Moje rozkoszne dziecię, mój kochanku drogi!
Miej dobrą noc. — Dobra noc, echo odmówiła. —
Żegnam cię. — Żegnam cię, też ona powtorzyła.
W tem schorzałą na bujnej trawie złożył głowę,
Śmierć mu oczy zamknęła, odjęła i mowę,
Dusza wyszedłszy z ciała nad mętne jezioro,
Przezierać się w niem chciała. O tem zejściu skoro
Niewczesnem Oready piękne usłyszały,
Śliczne kosy żelazem ostrem ucinały,
Żałośliwe Dryady łzami się skropiły,
Echo lamentowała u martwej mogiły.
Gdy zaś pokrewni, jako obyczaj był stary,
Dla pogrzebu przynieśli pochodnie i mary,
Ciała nie było, miasto ciała kwiat rumiany
Naleźli białym listem wkoło przeplatany.
Przecie nakryli grób wonnemi wieńcy,
Z takim napisem: Panny i młodzieńcy!
Tu niemasz grobu, ani ciała w grobie,
Lecz grób jest ciałem, ciało grobem sobie.
Tak którzy w sobie ślepo się kochacie,
Próżne, choć pełne serce głupstwa macie.
Zatem Faunus umilknął, a oni owcarze
(Skoro im z oczu zniknął) na wiejskiej fujarze,
Rozumiejąc, że mieli zaśpiewać tak cudnie,
Grali zganiając bydło od wody w południe.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.