Winiarze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Winiarze
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Data wydania 1857
Wydawnictwo Nakładem Michała Dzikowskiego
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIII. Winiarze.
Leszko, Miłosz, Samuiło.
Leszko.

Bóg ci zapłać Miłoszu, żeś nas nahodował.


Miłosz.

Wprawdziem ci się dla gości takich nie gotował,

Jednak, co dom miał, dałem wam ochotną ręką,
Tylko mało za wiele chciejcie przyjąć z dzięką.


Samuiło.

Przyjmiemy, tylko jeszcze prosimy o wety.


Miłosz.

To podobno o knysze, abo o pasztety?


Leszko.

Nie nasza rzecz, przewoźne jadać parmezany,
Mamy przysmak od ciebie inszy obiecany,
Po któryśmy uprzejmie zaszli tak daleko.


Miłosz.

Jać te fraszki szacuję moje bardzo lekko,
A prawie ni po czemu; ponieważ nie mało
Rymotworców po wszystkim świecie się nasiało.


Samuiło.

Tak to jest, że co żywo wierszyki partoli,
Ale nie płatne, jako kiedy kto na roli
Choć dobre ziarna, tylko że gęsto zasieje,
Drobny urodzaj miewa; tak się teraz dzieje:
Pełna niedoszłych nasza poetów ojczyzna,
Że miary zawierszona nie ma już polszczyzna,
Lada partacz wyrwie się z pospolitych ludzi,
To wiersze niepoczesne natychmiast paskudzi.
Przedtem rzadki kto Muzy jak świątości ruszył,
Tylko kogo swym duchem Cyntius napuszył;
Teraz lada kto z niemi swata się po prostu,
Jeszcze nie umie kozie zawiązać i chwostu,
A już słowom ogony zwięzuje, na rzeczy
Nie znając się, jak sroka koło płotu skrzeczy.
Przetoż mądre panienki, które tylko w trudnych
Wertepach i jaskiniach mieszkają nie ludnych,
Brzydzą się niemi, że ich tajemnice skryte
Objawiają i czynią wszystkim pospolite;
A chociażże który z nich poniewolną weną
Sili się nad niechętną ku sobie Kameną,
Chociaż i cudzej prace na pomoc zasiągnie,
Przecież nic, krom podmiotnych bęsiów[1] nie wylągnie,
Które abo w pieluchach zła chwila podusi,
Że żadna z nich potomnej sławy nie zakusi,
Abo jeśli do cudzych wpadną kiedy ręku,
W pogardzie ostatecznej zostaną bez wdzięku.


Miłosz.

I jamci na Aońskiej nie sypiał wierzchnicy,
Anim się kąpał w szkapiej z Minerwą krynicy:

Alem jako powiedział, trochę poetyki
Zwietrzyłem, powąchawszy niebaczkiem podwiki.


Leszko

Cóż na tem, choć podwiką trąci twój wiersz, kiedy
Podoba się naszyńcom.


Miłosz.

Słuchajcież go tedy;
Ale inakszej kuźni, w niewidanym stroju,
Już nie wyszywanego na miękkim zawoju;
Lecz, który mądrość wieczna na sercu mem lichem
Wyrysowała palcem i piórem swem cichem,
Ziemia, powietrzna fala, niebieskie okręgi,
Najpierwsze to są u mnie o trzech kartach księgi;
Na tych boskiej dobroci napisy prawdziwe
Czytam i konterfekty widzę jego żywe.
Kto słonecznej pochodni podniety dodaje?
Że za jasnym płomieniem pałać nie przestaje?
Kto jej konie pogania, abo wozem rządzi,
Że nigdy nie ustają konie, wóz nie błądzi?
Kto coraz nowe stroje sprawia nocnej ksieni,
Abo inakszą fozą co noc twarz jej mieni?
Czemu tańcem mienionym nigdy się nie strudzi?
Kto rosą ziemię kropi? kto świt rany budzi?
Kto jutrzence rumieńcem farbuje twarz jasną
I kto gwiazdy zapala, kiedy we dnie zgasną?
Czyje palce paździerzą śnieg jak wełnę miękką,
Czyją grad lodowaty formuje się ręką?
Kto nieścignione wiatrom przyprawuje skrzydła?
Kto ten świat coraz w nowe ubiera piększydła?
Za czyjem rozkazaniem noc po nocy kroczy,
A dzień z toru swojego na piędź nie wyboczy?
Czyj rozum czasom wrotnym zegary porobił,
A wieki na króciuchne minuty podrobił?
Jako z regestru chwila tuż za chwilą płynie,
Godzina hasło daje następnej godzinie,
Ledwie bowiem wolnemi skrzydłami Fawoni
Leniwą zimę od nas do Tatar wygoni,
Ledwie lody pokruszy, a pieniste śniegi
Rostopiwszy wypędzi za Hercyńskie brzegi:
Zaraz młodziuchna wiosna rożaną łożnicę
Otworzywszy umywa rosą białe lice,
Bierze na się rozlicznem kwieciem sute szaty,
Przyodziewa odarty świat w rożne bławaty,
Codzień odmienia nowym krojem szyte stroje,
Chłodniki ptastwu robi, gotuje pokoje,
Które Grudzień z wrodzonej odarł był okrasy,
Wesołą barwą nagie przyodziewa lasy,
Pola i łąki gołe, obłysiałe góry
Okrywa trefionemi misternie kędziory,

Wszystek świat szpalerami obija, po prostu
Nie żałuje dla ludzkich oczu z pracą kosztu.
Dla nozdrzy naszych brzydkich co przedniejsze, wierzę,
Perfumy i balsamy z nieba z sobą bierze,
Tych kwiatkowi każdemu daje jako mleka,
Aby swoim zapachem ucieszył człowieka.
Kiedy tako na oczy, i zapach nasz pasie,
Słońce codzień na niebie wyżej pomyka się;
Przed niem powoli wiosna do lasów ucieka,
A za nią lato ciepłe następując z lekka
Już nie postne uciechy i odory głodne,
Ale przysmaki dla nas niesie samorodne.
Wprzód obiwszy na ziemię z drzew panieńskie kwiatki,
Czyni z nich pożyteczne urodzajem matki;
One też jedne trześnie, jagody rumiane,
Drugie z siebie wydają muszkatelki rane,
Ziemia także poziómki, borówki, maliny,
Z cierpkiemi jeżynami rodzi smeredyny.
Ba ledwie się sałata z trybulą podniesie,
Zaraz ją z szparagami ogrodniczka niesie.
Jeszcze niedoszłe strączki, młodziuchne jarzynki,
Wyrywa i smakuje łakome nowinki.
Więc jako wiosna wionie, tak lato pożytki,
Nie ogółem w jeden czas wydawają wszystki,
Ale jedne po drugich wydawają z lekka,
Żeby nie obciążały zbytkiem swym człowieka.
Tylko spragniona Ceres z ciężkiego gorąca
Radaby szła do chłodu jednego miesiąca,
Sama szyję skłonioną do sierpa podaje,
Sama leniwym żeńcom chrzęstem kłosów łaje
I nie przestaje kręcić głową upaloną,
Póki się nie obaczy w gumnie pod zasłoną.


Leszko.

Takie przemijające czasów rozważanie,
Stoi za poobiedne prawdziwe kazanie,
I nie tęsknoby go nam słuchać do wieczora,
Tylko żeśmy takiegoż słuchali już wczora.
Raczej nam do winnice powiedz skryte sztuki
(Bo tej na Rusi nizkąd nie możem nauki
Zasiądz), żebyśmy mogli dla siebie winnice
Rozmnażać.


Miłosz.

I te ja wam zjawię tajemnice.
Kiedy ziemia struchlała obumiera zimie,
A oracz pracowity w ciepłej jamie drzemie,
Albo też z twarzystwem siedząc u komina
Przeszłe sobie zabawy smaczno przypomina,
Wtenczas opatrzny winiarz do lasa po tyki
Jedzie, gotuje noże, łozinę, motyki.

Abo też sanną drogą wyschłe góry gnoi,
A codzień koziorożca zimnego się boi,
I ten, gdy mróz moskiewski z paszczeki swej koziej
Wypuści, nie pochybnie winograd pomrozi.
Gdy zaś Febus rzuciwszy oczy ogniów pełne,
Zagrzeje marcowemu barankowi wełnę,
Jeszcze dobrze zgrzybiały świat się nie odmłodzi,
A już wiosna po łąkach prostowłosa chłodzi.
Ledwie z gór śniegi zejdą, a gospodarz skory
Z leży ozimej winne podnosi maciory,
Które gdy oschną, mało coś wytchnąwszy sobie,
Czyści je z kostrubatych wilków, z brudu skrobie,
Potem ochędożone z tej i owej strony
Wiąże do tyk natknionych, jak do mężów żony.
Ale że te żywe są, martwi zasię owi,
Przyjdzie małżeństwo dalsze za nich winiarzowi
Odprawiać; przetoż codzień to krzywym rzezakiem
Zbytki ich okrzesuje, to ziemie pod krzakiem
Rusza gracą stalową, to ją gnojem puszy,
To byle niepotrzebne trzebi z niej i suszy,
Tymczasem darów swoich obłoki nie skąpią,
Lecz świat przepadzistemi dżdżami często kąpią.
Słońce też nagość matek winnych przyodziewa
Promieniami i gole członki ich ogrzewa,
Aż z razu mchem szarawym, potem barwą prostą,
Naostatek papużym bławatem porostą.
Na czem nie dosyć mając, jak matki istotne
Co prędzej życzą sobie z Bachusem bydź kotne,
I przeto tak się długo z rogów jego śmieją,
Póki skutecznie płodem wszystkie nie nabrzmieją.
Pierwsza niewinność płodu ich zda się bydź marna,
Gdy zrazu małe z siebie wysypują ziarna
Nie inaczej, jak drobne ryby się więc ikrzą;
Lecz, jeśli się im wiatry północne nie przykrzą,
Ruda ich nie zarazi, a letnie pogody
Rosy im nie żałują i wcześnej wygody:
Prędko kwiat poroniwszy one położnice
Pełne przypłodków rocznych pokażą macice,
Codzień ich większe będą obciążać brzemiona,
Póki do zupełności swej nie przyjdą grona.
Tu dopiero gospodarz pewniejszy swej prace
Nie puszcza z rąk krzywego siekacza i grace,
Tą ziemię poleruje, chwasty dzikie strzyże,
Owym obcina łozie, niepotrzebne bryże,
Gotuje miejsce paniom młodym do połogu,
Coraz oczy i serce podnosząc ku bogu;
Bowiem niechaj jako chce winnicę swą zdobi,
Niech około niej pilnie całe lato robi:
Daremne trudy jego, niepewne nadzieje,
Jeśli niebo na pomoc jemu nie przyspieje.

Często robotę jego abo grad wymłóci,
Czasem mróz spali, podczas rdza w niwecz obróci.
Gdy zaś pan pracy owo doda łaski z góry,
Wtenczas najrychlej dojdzie winnica swej pory,
Pozbywszy oskominy, natychmiast słodyczy
I miękkiej płci potomstwu swojemu użyczy,
Zwłaszcza kiedy noc dłuższa na niebieskiej szali
Dzień przeważy, a ogień słoneczny świat pali,
Natychmiast Bachusowi policzki nabrzmieją,
A jagody się wstydem rumianym obleją.
Tymczasem ziemia soków, rosa swych kanarów,
Febus im nie żałuje łaskawych pożarów,
Że się jak w cukrze smarzą, a do smaku swego
Wabią oczy i ręce człowieka każdego,
Niejednego złodziejem czyniąc; każdy waży
Zakusić pańskich jagód, przetoż pilnej straży
Trzeba, niechaj wartuje z Argusem stookim,
Niech strzeże słodkich jabłek z nieuspionym smokiem.
Lecz już pory dostawszy swojej winne matki,
Chcą się z cieżarów ulżyć, już gospodarz statki
Zgotowawszy, brzemienne nawiedza swe panie,
Sam doroczne zaczyna naprzód winobranie,
Potem płód ich obierać każe swej czeladzi,
Oni też, jedni rzeżą, a drudzy do kadzi
Koszami zbiory one roznoszą z ochotą,
Insi nogami grona udeptane gniotą,
Ostatek soku prasą gwintowną z nich tłoczą,
A one z wewnętrzności swych łzy wesołe toczą.
Sam Bachus rozpływa się poniewolnym potem,
Gotując nam dobrą myśl z wielkim swym kłopotem.
W ostatku dziedzicznemu panu swej winnice
Sporządziwszy z gron przednich wieniec robotnicy
Kładą na głowę; za co on do wszystkich dużym
Takrocznie wino pełni polewanym krużem,
A zaś moszczem częstuje nowym winobrańce;
Oni w krasę podlawszy mozgów, idą w tańce
I nie przestają onej wesołej biesiady,
Aż im z nieba dobry dzień świt opowie blady.
Lecz nie tu koniec jeszcze przedsięwziętej prace,
Owszem gdy pierwsza zima do nas zakołace,
A Listopad ogoli liście z drzew zarazem,
Gospodarz zwykł opuszczać winnice, żelazem
Przecina małżeńskiego węzła słodkie związki,
Aż padną owdowiałe na ziemię gałązki:
Tamże brak między niemi czyni, które źrebne,
Zostawuje; wałaszy, które nie potrzebne.
Na ostatek, żałośny pogrzeb im sprawuje,
Te w pół dla zynkowania tylko zakopuje,
A drugie chcąc obronić od zimy nie lubej,
Całkiem układa w blisko wykopane gruby;

Sam, odprawiwszy zawód rocznego obrotu,
Zażywaj dni wesołych zbywając kłopotu.


Leszko.

Terazem się nauczył i z moim sąsiadem,
Jak się rządnie sprawować mamy z winogradem;
Dotąd rozumieliśmy, że dosyć po prostu
Latorośli nasadzić jak leśnego chróstu,
A ono całe lato trzeba mieć na oku
Winnice, kto skosztować chce smacznego soku.


Miłosz.

Trzeba ją też podlewać często, zwłaszcza z młodu.
Przetoż proszę was na dzban wystałego miodu.


Samuiło.

Ktożby się tak nadobnej prośbie nie dał użyć?
Tylko iżeśmy przyszli grzeszne ciało trużyć,
Acz ci oprócz trużenia, jako widzę, już tu
Dostąpimy z łaski twej ruskiego odpustu.



Przypisy

  1. Bęś, bękart.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.