Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Często robotę jego abo grad wymłóci,
Czasem mróz spali, podczas rdza w niwecz obróci.
Gdy zaś pan pracy owo doda łaski z góry,
Wtenczas najrychlej dojdzie winnica swej pory,
Pozbywszy oskominy, natychmiast słodyczy
I miękkiej płci potomstwu swojemu użyczy,
Zwłaszcza kiedy noc dłuższa na niebieskiej szali
Dzień przeważy, a ogień słoneczny świat pali,
Natychmiast Bachusowi policzki nabrzmieją,
A jagody się wstydem rumianym obleją.
Tymczasem ziemia soków, rosa swych kanarów,
Febus im nie żałuje łaskawych pożarów,
Że się jak w cukrze smarzą, a do smaku swego
Wabią oczy i ręce człowieka każdego,
Niejednego złodziejem czyniąc; każdy waży
Zakusić pańskich jagód, przetoż pilnej straży
Trzeba, niechaj wartuje z Argusem stookim,
Niech strzeże słodkich jabłek z nieuspionym smokiem.
Lecz już pory dostawszy swojej winne matki,
Chcą się z cieżarów ulżyć, już gospodarz statki
Zgotowawszy, brzemienne nawiedza swe panie,
Sam doroczne zaczyna naprzód winobranie,
Potem płód ich obierać każe swej czeladzi,
Oni też, jedni rzeżą, a drudzy do kadzi
Koszami zbiory one roznoszą z ochotą,
Insi nogami grona udeptane gniotą,
Ostatek soku prasą gwintowną z nich tłoczą,
A one z wewnętrzności swych łzy wesołe toczą.
Sam Bachus rozpływa się poniewolnym potem,
Gotując nam dobrą myśl z wielkim swym kłopotem.
W ostatku dziedzicznemu panu swej winnice
Sporządziwszy z gron przednich wieniec robotnicy
Kładą na głowę; za co on do wszystkich dużym
Takrocznie wino pełni polewanym krużem,
A zaś moszczem częstuje nowym winobrańce;
Oni w krasę podlawszy mozgów, idą w tańce
I nie przestają onej wesołej biesiady,
Aż im z nieba dobry dzień świt opowie blady.
Lecz nie tu koniec jeszcze przedsięwziętej prace,
Owszem gdy pierwsza zima do nas zakołace,
A Listopad ogoli liście z drzew zarazem,
Gospodarz zwykł opuszczać winnice, żelazem
Przecina małżeńskiego węzła słodkie związki,
Aż padną owdowiałe na ziemię gałązki:
Tamże brak między niemi czyni, które źrebne,
Zostawuje; wałaszy, które nie potrzebne.
Na ostatek, żałośny pogrzeb im sprawuje,
Te w pół dla zynkowania tylko zakopuje,
A drugie chcąc obronić od zimy nie lubej,
Całkiem układa w blisko wykopane gruby;