Strona:PL Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z niego ani pasterze pijali, ni trzody
Z źwierzem swawolnym jego zakuszali wody —
Trzcina tylko zielona nad onym strumieniem
Rosła, drzewa go chłodnym okrywały cieniem.
Tam przyszedłszy Narcyzus złożył swe odzienie,
A gdy chciał strugiem żywym ugasić pragnienie,
Bardziej pragnął; albowiem ujźrawszy z trefunku
Twarz swoję w źródle onem, w własnym wizerunku
Zakochał, zkąd postawę swą znikomą lubi,
Patrzy w cień swój nie wiedząc, że go ten cień zgubi.
Ile się przypatruje, tem się bardziej dumi,
Że mu się Nimfa jaka zjawiła, rozumie,
Zda mu się czoło ono równe marmurowi
Gładkiemu, dziwuje się oczom Fosforowi
Mało różnym, szyję swą wyniosłą i szumną,
Niechce jej z porfirową porównać kolumną,
Widząc swoje kędziorki i usta ozdobne,
Bogu raczej nie ludziom śmiertelnym podobne,
W ogień się prawie mieni. Nadto jeszcze z krzaku
Mirtowego bożeczek skrzydlasty z sajdaku
Wziąwszy strzał kilka, wonnym balsamem pokropił,
A skoro w Narcysowem sercu je utopił,
Tem więcej w nim własnego zakochania wzbudził,
Żeby się oszukiwał, żeby sobą łudził;
Stoi jako słup wryty, swoje oczy jasne,
Swoje wargi szkarłatne, wdzięczności swe własne
Bierze sobie na zgubę, swe rzeczy uważa,
Wyobrażeniem swojem samże się obraża:
Co ma, jakoby nie miał; czem sam jest, to chwali,
Samże ochłody sobie życzy, sam się pali.
Ilekroć chce swój wyraz i postać nie żywą
Pocałować, całuje wodę obłędliwą.
Miasto człowieka, źródło obłapia przezorne,
Co czynisz o pacholę! głupie i uporne?
Marnie dziecinnym błędem będąc omamiony
Miłujesz swój konterfekt w wodzie wyrażony,
Przestań swych oczu swemi źrenicami draźnić,
Nie chciej siebie samego samym sobą błaźnić.
Przyjdzie czas, że pociechy tej duszą przypłacisz,
Prawdziwą piękność dla tej fałszywej utracisz.
Na to on mało dbały, kilka dni o głodzie
Przypatrując się pilno kłamliwej urodzie,
Stoi nad zmyślnym zdrojem z zmyślonej postawy
Oczy nie odwracając, koniec tej rozprawy,
Niźli się wiecznie zgubił przez własne pojźrenie,
Do lasów głos obrócił: O twarde kamienie!
O zakamiałe skały! wszak dobrze możecie
Pomnieć, jeźli kto kiedy tak szalał na świecie,
Jako ja? pała serce, w czem się ono kocha,
Chce naleźć, a nie może; o miłości płocha!