Ze staropolskich anegdot i przypowieści

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Brückner
Tytuł Ze staropolskich anegdot i przypowieści
Pochodzenie Ateneum T. 4 z. 1, 1896
Data wydania 1896
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Indeks stron
Ze staropolskich anegdot i przypowieści.


W pracy o przysłowiach, umieszczonéj w poprzednim roczniku „Ateneum“, wskazaliśmy na olbrzymi foliant wierszy Wacława Potockiego, zatytułowany „Moralia“, jako na niewyczerpane źródło polskiéj paremiografii.
Jak z każdą inną z swych prac, nosił się Wacław Potocki i z „Moraliami“ przez całe dziesiątki lat. Sam nie drukował niczego; odstraszały go mniéj koszta, więcéj brak oceny i uznania w latach, kiedy to coraz bardziéj ograniczano wszelką lekturę domową do sylabizowania starych kalendarzy, zasadziwszy na nos okulary; lecz najwięcéj odstraszały poetę, rznącego prawdę — matkę duchownym, magnatom i szlachcie, jawna nietolerancya wieku, nie znosząca żadnéj krytyki ustalonych raz, acz potwornych norm życiowych, stos Łyszczyńskiego, jedném słowem czas ów,

Kiedy zawarto wszelki sposób do mówienia.
Jakoż i pismo wyniść ma na ludzkie oczy?
Abo go spalą, abo mól w kącie roztoczy.
Choćby i wyszło, tyle głosu uczyni,
Co drumka abo mucha w hirkańskiéj pustyni.

Roku 1669 zabrał się Potocki do spisywania i tłumaczenia sentencyi i przypowieści polskich i łacińskich; niebawem przerwał pracę, choć jéj nigdy zupełnie nie porzucił; r. 1688 wrócił do niéj i popierał ją odtąd stale i systematycznie aż do końca życia; wynikiem téj pracy był ów wspomniany właśnie foliant. Stanowi on prawdziwy skarb i dla ocenienia duchowéj fizyognomii poety — który tu złożył, nie obawiając się niepowołanego oka, wyznania swe religijne, polityczne i literackie — i dla oceny czasów i ludzi, scharakteryzowanych do najdrobniejszych szczegółów; zawiéra również próby staropolskiego humoru, które nas tu zająć mają, próby rubaszne i dosadne, ale swojskie, co bywa najważniejszym, bo najrzadszym przymiotem anegdot i facecyi, zwykle po całym świecie zbiéranych; opowiedziane z ową werwą i zamaszystością, cechującą całe literackie wystąpienie Potockiego. Otóż, z nieznanego tego rękopisu zamieszczamy niżéj kilka anegdot, wybiérając przeważnie takie, któreby objaśniały pewne przysłowia i dopełniały tym sposobem poprzednią pracę naszą, czego bowiem zbiéracze próżno szukali, to odnajdziemy u poety-facecyonisty, znanego i lubianego na całém Podgórzu, znającego i lubiącego wszystko, co dawne a rodzime. Zapomnieliśmy np. zupełnie przysłowie: „A toż tobie Bysiu mazia,“ znaczenie jego i traf, jaki je wywołał: jedno i drugie, opowiedziane u Potockiego, usprawiedliwia nasze przypuszczenia („Ateneum“, 1895, III, str. 546); przytaczamy tu więc cały wiersz:

Przedawszy parę wołów chłopek na Kleparzu:
Przynieś, co najlepszego trunku, gospodarzu!
Postrzegszy frant gospodarz u błazna piéniędzy,
Skosztować małmazyey poda mu czym prędzéj.
Rozumiał ów, że piwo, jakie pijał doma;
Że słodsze, będzie groszem abo droższe dwoma,
Ani będzie od mazi droższa małmazyja.
Dobywszy z torby kukle, gryzie a popija.
Aż skoro trzeci garniec zawróci mu głowę —
Nie wié, że już piéniędzy zostawił połowę —
Poszedł ze psy na barłóg. Nazajutrz, kukiołki
Zażywszy, każe znowu na swe nosić wołki.
Pije po wczorajszemu; aż skoro dzień trzeci,
Pyta, co za ten trunek przychodzi Waszeci?
Jakby chłopa koprową gomułką w pół przeszył,
Tak się, słysząc, że wszytko zostawi, ucieszył.
A szynkarz, kiedy z niego drwiąc piéniądze chowa:
Mędrszy pójdziesz do domu, niźli do Krakowa.
Napiwszy i potrzebnéj nauczywszy sztuki,
Jedeneś koszt za trunek dał i od nauki.

Nie do smaku — do targu abo do szacunku,
Nie do gęby, — każ dawać do kaléty trunku.
A chłop idąc do domu, w czuprynę się skrobie;
A toż Bysin mazija, a toż Kraków tobie!
Dość chłopu łba gorzałka, dość piwo zarazi;
Dość nań kupić, żeby wóz nasmarował, mazi.
Nie chłopów, siłu dziś tak szlachty głupiéj ginie:
Przedawszy wieś, pieniądze przepiją na winie.

Chłopek zapomniał się był swą piędzią mierzyć — przysłowie znowu klasyczne, nie polskie: nostro nos metimur pede — i mądry po szkodzie. Ciekawsze inne opowiadanie, o początku przysłowia Pan Kurek Pannę Maglownicę, stosowanego przy nienadanych, więc śmiesznych ceremoniach, jakiemi się prości ludzie honorują, przedrzéźniając wyższych; zamiast powiedziéć, że kurek (kogut) maglownicę stłukł, wiejska czuba (dziéwka) waszmościać im zaczęła ku wielkiéj uciesze gości, a rzecz miała się tak:

Szlachcionka jedna, panny nie miawszy służebny,
Kmiotkę w lnianą koszulę ubrawszy ze zgrzebny,
Bierze z sobą w gościnę. Ale wprzód napomni,
Żeby jak najprzystojniej, wszytko jak najskromni,
Czyniła, co jéj każą; waszmościała wszytkim,
I odwykała wiejskim obyczajom brzydkim;
Mianowicie u stołu patrzyła, jeśli ją
Posadzą, jako panny jedzą, jako piją:
Milczéć; spyta kto, cicho odpowiedziéć; słuchać;
Na łyżkę całą gębą po wiejsku nie dmuchać;
Nie rządzić; nie przestawiać, żeby nie znać na niéj;
Ręce założyć, skoro na nię pojrzy pani;
Pokrajawszy, na nożu w gębę kłaść z talerza;
Uczy tańca wielbłąda i wilka pacierza.
Siedzą panie; w niezwykłéj stoi czuba szacie
Przed niemi, aż się hałas jakiś stał w komnacie.
Prosi jej gospodyni, nie żałując prace,
Żeby zajrzała, kto tam tak barzo kołace.
A ta z nizkim ukłonem: Jegomość pan kurek
Stłukł pannę maglownicę, wleciawszy na murek.
Śmiejąc się gospodyni: daj zdrowie Ichmościom;
Wielcem rada w domu swym niebywałym gościom.
Ztąd przypowieść: Pan Kurek z panną Maglownicą,
Kiedy się waszmościają pachołek z woźnicą.

A że już skończę bajkę z przypowieścią społu,
Posadzono tęż czubę z inszymi do stołu.
Był na półmisku kapłon pieczony; wziąwszy ta
Kolano, z apetytu zębami go chwyta;
Ciągnie garścią, jako pies, przystąpiwszy nogą;
W tym razie pojrzy pani twarzą na nię srogą.
A moja czuba ręce, jako jéj kazano,
Wskok złoży, zostawiwszy w paszczęce kolano.
Wszyscy w śmiéch, pani tylko od wstydu nie zgore:
„Nie wezmęż ja cię drągu w gościnę powtóre.”
Dano kaszę na koniec; jeść się jéj chce srodze;
Aż owa: dmąć chaw (tu), głosem zawoła, gospodze (pani!)
Będę ja téż. „Dmi, bodaj rozpukła; do bydła,
Nie do ludzi, do świni, maszkaro obrzydła;
Prawiem ci się uczciła, od wideł, od gnoju,
W panieńskim, koczkodona, czopa, wożąc stroju.
Niechaj wszytkie ziemianki mną się karzą dzisia,
Że pstre cynki kondysa nie przerobią w rysia.“

Opowiadanie charakteryzuje nie tylko czubę ale i ową szarą pychę, co to dziéwkę od krów za pannę pokojową a pachołka stajennego za lokaja by udawała a ileż to razy nawija się podobny motyw i w życiu i w powieści obyczajowéj; zwracamy również uwagę na przepis, by na nożu kłaść kąski do ust. Inne, również zmyślone a również trafne opowiadanie wyjaśnia początek, również zapomnianego dziś przysłowia podgórskiego: Mów Marku, da li Bóg?

Do starszego młodszy brat, Marek do Stefana,
— Znaczna szlachta przezwiskiem — przyjedzie w dóm zrana.
Prosi na sztukę mięsa, tymczasem go bawi;
Dano wody, nim sługa na stół ją postawi.
Swiadczy gospodarzowi ów swoję ochotę,
Myjąc ręce: będęż jadł ze smakiem oto tę.
Ej mów Marku, da li Bóg, rzecze mu brat starszy.
Więc siędą za stół, palce ręcznikiem otarszy.
Chcąc gość połknąć z wielkiego apetytu całkiem,
Nie pożuwszy wprzód, pierwszym dawi się kawałkiem,
Który skoro gospodarz pięścią wrócił z karku:
Wszakem cię wczas przestrzegał, mów: da li Bóg Marku!
Ztąd przypowieść w Podgórzu; upewniam, że wszędzie,
Kto żre nie przeżegnawszy, każdy Markiem będzie.

Pierwéj po apostolsku trzeba błogosławić,
Pożuć po ludzku w zębach, kto się nie chce dawić.

Naukę tę prawi poeta, własném popierając jéj doświadczeniem, przynajmniéj czytamy w innéj przypowieści (Ukąsisz się w język), co następuje:

Przyjadę z pola samym do domu wieczorem —
Kamienia bym ukąsił — z apetytem sporem.
Aż kapłona zdjętego niesą z kuchnie (z) rożna.
Jakoż chęć ludzka wszędy nie bywa ostrożna!
Kości mi tylko wadzą, że go nie zjem całkiem;
Alem w język za pierwszym ukąsił kawałkiem
Nóż cisnę; gębę dłonią zatkam, bolu znakiem;
Mściłbym się, bo jest czego, ale niemasz na kiem.
I apetyt u kata! Siedząc potym cicho,
Jeśliż w gębie, gdzież człeka nie namaca licho?..
Drugą po téj przyczynę kładłem mego szwanku,
Żem wprzód Bogu, niźlim jadł, nie oddał habdanku i t. d.

Zwyczaj błogosławienia stołu, nim się doń siadało, nieznany dawniéj, w siedmnastym wieku znowu powoli się zatracał, o czém wyraźnie świadczy Potocki w drugiéj waryacyi tego samego tematu (Mów Marku, da li Bóg):

Wżdy Lutrzy, starożytéj przestrzegając mody,
Nim do stołu usiędą, błogosławią wprzódy.
Nie ujrzysz błogosławiąc, bo nie polityka,
Prócz księżéj — i to rzadko — dzisia katolika:
Jako nieme bydlęta do żłobu z okołu,
Idą ludzie, nie pomniąc na Boga, do stołu.
Chyba jeśli się trafią księża abo mniszy;
Ci żegnają, ale cóż, kiedy nikt nie słyszy?
Choćby wszyscy słyszeli, też tylko rozumié,
Czy dziękuje czy prosi, kto łacinę umié.
Naprzód się téż obeżre, do święconéj pałki
(Jeśli wina nie będzie) nalawszy gorzałki.
I owe powierzchowne swe błogosławieństwo
Przed Bogiem i przed ludźmi obróci w błazeństwo.

Przyplątał tu Potocki stałą skargę za używanie niezrozumiałego języka, w rzeczach wiary i sumienia, co zaś o lutrach mówi, i dziś jeszcze, choć coraz rzadziéj, u nich popłaca. O impecie własnego apetytu i temperamentu świadczy poeta i w innéj przypowieści (Na brytwaneczce czy na ryneczce?):

....Daj jeść! wołam, kucharzu, powróciwszy z pola.
Jest kapłon zimny, jeśli przysmażyć go wola?
Smaż chyżo, a ty chłopcze utocz wina w beczce.
Aż kucharz: na ryneczce czy na brytwaneczce?
Smaż, na czym chcesz, bo cię zjem, złodzieju! z nogami.
Znowu ów: z kubebami czy z kardamonami?
Widząc, że zdrajca bawi pytaniem tak długiem,
Daj na zimno, wyciąwszy po szyji kańczugiem.

Przysłowie to wyszło z własnéj kuźni Potockiego, który tyle nowych słów natworzywszy, że mu i Krasiński nie dorówna, i nowych przysłów nie skąpił; przytoczymy tu jeszcze jedno, jakby z własnéj obserwacyi powstałe, choć i przez innych powtarzane: Ni z tego, ni z owego, życzę Waszeci wszystkiego dobrego:

Po Wielkiej Nocy w niedziel sześć, rzekłbym, że szuja,
Lecz szlachcic — wesołego w mój dom aleluja,
Przyszedszy, winszuje mi, oraz kłania mostem.
Pytam, czego mu trzeba; powie, że tylko z tem.
Sadzać za stół niemaszco, bo cętki po czele;
Już dawno wielkonocne minęło wesele.
Podziękowawszy, rzekę, już zielone świątki;
Ducha świętego sobie winszujmy pamiątki.
Aż ów: stary kalendarz trzymam; naszej pasce
Dwie niedzieli dopiero; jednak, kwoli łasce,
Nie mogąc jej Waszmości zasłużyć czym inszem,
Z obu z nizkim oddaję kalendarzów winszem.
Szóstak dawszy i ja mu życzę łaźniej prędkiej,
Gdzieby z czoła tak szpetne spędził balwierz cętki,
I między przypowieści polskie to policzę:
Ni z tego, ni z owego, wielce zdrowia życzę.
Dobrzem żyw (ledwie żyję) kiedy szlachcic, co wszytko przepije,
Stojąc prawi z łaciną długie oracye;
Że tego nie mógł przepić, co wziął w głowę w szkole,
Trzeba za to słuchać go i sadzać przy stole?
Gdyż by na swój pożytek obrócił nauki,
Nie żebrał zstarzawszy się po wsi chleba sztuki,
A raczej nabożną pieśń za drzwiami zaśpiewał —
Lepszej by się odemnie jałmużny spodziewał.

Od takich własnych urobów Potockiego, wracamy do przysłów, kursujących oddawna, przytaczanych i opowiedzianych przez poetę — nie zawsze nawet w pierwotnéj redakcyi. Niewłaściwém przynajmniéj wydaje się nam, co on o powstaniu przypowieści: Nauczę cię w kościele gwizdać, zapisał. Odnośne słowa podały już „Jovialitates“ — więc tu, gdzie tylko nieznane rzeczy ogłaszamy, powinnibyśmy je minąć, ale interesuje nas materyał apokryficzny, tłómaczący dualistyczny ustrój świata, istnienie złego obok dobrego, zawarty w tych kilku wierszach a imponujący, jak chyba żaden inny, dawnością i rozszerzeniem po całéj półkuli ziemskiéj, po tundrach syberyjskich jak w preryach amerykańskich, nad Kaukazem, u Jakutów lub między Irokezami; w rzecz samą nie możemy się tu daléj zapuszczać, wskażemy chyba studyum prof. Wesołowskiego, poświęcone tym mytom, p. t. „Wierzenia dualistyczne o stworzeniu świata“; powtarzamy tylko tekst Potockiego wedle rękopisu Moraliów:

Łżesz! chłopu w karczmie rzekł chłop. A na tejże ławie
Siedząc ksiądz: Azaż to mówią tak plugawie?
Jakoż, kiedy nieprawda, tylko — rzecze — gwizni,
Tak wszetecznych słów słuchać nie powinien bliźni.
Wrychle potym ksiądz kazał: kiedy Pan Bóg z błota
Stworzył człeka zdrowego, postawił u płota,
Żeby usechł, jako się chytry szatan skradzie,
Ospy, odry i różnych wrzodów weń nakładzie.
A tu chłop, znający się na tej robociźnie,
W ławce siedząc z drugimi, co ma pary, gwiźnie.
Tu ksiądz: cóż, czy nieprawda? Tylko ojcze, rzekę,
Kiedy człeka nie było, któż grodził pasiekę?
Ztąd ci miejsce przypowieść staroświecka ściele,
Dajże pokój, nauczę gwizdać cię w kościele.

Tu wątpimy tylko, czy Potocki na właściwe źródło przysłowia trafił; w innym razie zawiodła go pamięć zupełnie, np. w przypowieści „Czekaj babko na latko“:

Chłopcu dopiero dziesięć, babie lat czterdzieści,
Z którym kiedy się codzień strojąc, karmiąc, pieści,
Pyta chłopiec, jako jéj tę łaskę odsłuży?
Pojmiesz dorósszy; będę czekać by najdłużej.
Aleć jeszcze nie dojdzie piętnastego lata,
Kiedy go uprzedziwszy, śmierć z babą się swata.

Z tey podobno Polakom przypowieści gadka
Urosła: czekaj babko do mojego latka.

Przypowieść ta, więcéj znana w formie „Czekaj tatka latka“, o próżném czekaniu, powstała z innego, zwyklejszego trafu; co Potocki opowiada, tego doczytał się on w swoim Erazmie, z Antologii, i udał przez zapomnienie rzecz klasyczną za polską. Przytaczamy daléj obie relacye Potockiego o początku przysłowia: „Po smacznym kąsku nie wadzi się napić“, o którém w „Ateneum“ (1885, III, str. 545) wedle Księgi Chamów, gdzie nazwiska działających osób wymienione, wspomnieliśmy:

Postrzegszy Wojewoda, że mu jeden z młodzi,
A pachołek nieżadny (niebrzydki), Jejmości dochodzi,
Pomście i kwoli domu swojego ohydzie,
Zagniewany, utopić rozkazał go w Nidzie.
Ten, widząc panią w oknie, kiedy go już wiodą:
Zmiłuj się Dobrodziejko nad moją urodą;
A przynajmniej, jeśli już ginąć, niechże człeczem,
Nie psiem kształtem, nie wodą, lecz umieram mieczem,
Proszę, przyczyń się za mną z swego obowiązku!
— Idźcie, po smacznym napić nie wadzi się kąsku!

Drugą relacyę powtarzamy w nieco skróconéj formie:

Mąż się bawił publiką, bo człek był uczony,
Młodej w domu z wyrostkiem odjeżdżając żony.
Częsta konwersacyja okazyją zatem,
Że się ów stał ze sługi — Jejmości gamratem...
Wróci pan, każe topić, wrzuciwszy w jezioro.
Widząc ten panią w oknie: Dobrodziejko, rata!
Wyproś mię, abo odmień sposób śmierci. A ta i t. d.

Jak o tylu innych, dawnych zapomnieliśmy i o przysłowiu: „Chcesz Jasiu kaszy“ i t. d.; opowiemy najpierw za Potockim rzecz samą, nie odrzucając przypiętéj moralizacyi (w przypowieści p. t. „Jedną ręką chwytać, drugą odpychać“), poczém przytoczymy zastosowanie tegoż przysłowia polityczne, z okazyi pokoju, Polakom przez Turków ofiarowanego, jakiego Polacy gorąco pragnąć byli winni, a mimo to odpychali ze względu na przymierze austryackie (w przypowieści p. t. „Umyka zając z ogonem“):

Jasiu, chcesz kasze? Nie chcę. Jédz Jasiu. Nie będę.
Czemuż? Bo nie chcę. A mać, widząc jego zrzędę,
Że Jaś czeka proszenia, choć połyka ślinki,
Idzie, wziąwszy sierp, kaszę wstawiwszy do skrzynki.
Myśląc ten, że nie przyjdzie aż w południe samo:
Mówże jeszcze, będziesz jadł Jasiu kaszę, mamo!
Czemużeś wtenczas nie chciał, kiedym cię pytała?
A Jaś na poły z płaczem: boś łyżki nie miała.

Niech wszyscy hipokryci tym się Jasiem karzą;
Niech nie stroją grymasów, serce różniąc z twarzą.
Rzadki z Tyberyuszem, komu się ta uda
Nieszczyrość abo w ludzkich afektach obłuda....
Niechciał tego, co było, ścisnąć garścią w dłoni,
Abo już nigdy, abo nie rychło, dogoni.

Przystosowanie polityczne téj przypowieści:

....Gdzie niemasz sił, próżny gniew, stara to nauka;
Słabszy z mocniejszym zgody, zwadziwszy się, szuka.
Czemuż Polacy na swą, choć z mocniejszym, szkodę.
Turczynem, po tak ciężkiej wojnie zwłóczą zgodę?
O co mieli słać, on szle. Patrzą na cesarza:
Owca na psa u wilka; pewnie ich to sparza:
Puści wilk? pies ją porwie; niemasz czym w ostatku
Brakować, tak być u psa jak u wilka w zadku.
Tym czasem orda spadnie, nim konie opasiem.
Bodaj z owym w kolebce nie przyszło nam Jasiem
Mówić (gdyż pokazuje podobieństwo samo):
Spytajże mię jeszcze, chcesz Jasiu kasze? mamo!
Abo z owym, co nasiek, ilekroć się błyśnie,
Kradnąc w nocy ogórki, z rąk na niebo ciśnie:
Skoro go szukać przyszło, bo wpadnie w bylice,
Błyśni że, dam ogórek, prosi błyskawice.

Po téj ekskursyi na polu przysłów i przypowieści, wracamy do właściwych anegdot; pierwsza, którą przytaczamy, choć nie historyczna, gdyż przysłowie o wiele starsze, niż pobyt posła w Krakowie, maluje niemal kościoły ówczesnego Krakowa, znane dobrze Potockiemu z częstych wycieczek do miasta:

Niepewny dom, gdzie siła gospodarzy.

Czekając poseł perski w Krakowie odprawy,
Chciał też widzieć kościoły; do czego przystawy
Dadzą mu od biskupa, bo sam tego żąda.
Wprzód w rynku Matki Bożej świątnicę ogląda,
Wielce mu się podoba; Świętej Trójce potem,
Figurami i świetnem okazały złotem.
Ztamtąd, które w tytułach mają apostoły;
Że zgoła wszytkie rzędem obchodził kościoły.
Aż wspaniałe zakony, nieminął i Skałki,
Gdzie orłowie wielkiego biskupa kawałki,
Od bezbożnego króla rozsiekane, śmiało
Za rozkazaniem boskiem w jedno znieśli ciało.
Dopieroż, gdy na wierzchu Wawelowej góry
Widzi tegoż świętego poważne struktury,
Pełne starożytności, śpiżą lite szczyty —
Pogasły Babilońskie przed nimi meczyty;
Niech się Kair nie pyszni, rzecze, i Alepy.
Trafił do Wszytkich Świętych, właśnie kiedy sklepy,
Nużne starością — na co materyą wożą,
Ale nie przez niedozór — ruinami grożą.
Że żadnego z znaczniejszych nie minął kościołu,
Nazajutrz od biskupa proszony do stołu,
Każdy niemal, jakożbył w rozmowie nie głupi,
Wspominał, nie bez wielkiej uciechy biskupi.
Wszytkie chwalił zakony, wysławiał reguły;
Jako o swym kościele każdy święty czuły,
Piotr, Jan, Andrzej, Stanisław; tu się trochę skręci:
Jedni na drugich, wszyscy spuszczają się święci;
Jeśli się i ty na nich spuścisz i pomocy
Omieszkasz kościołowi, przepadli prorocy.
Aleć nie dziw, toż waszy powiadają starzy:
Że najlepiej, gdzie w domu jeden gospodarzy.

Humor polski.

Gdy jechał Rey do Anglów przez Holendry, z gniewu
Zabił Polak Holendra i przysądzon drzewu —
Żadnego tamte prawa niemają respektu.
Widząc go, wyjechawszy rano z Ultrajektu,

Uchyliwszy firanka, wesołą postorą,
Rzecze do swych z karety: przecię naszy górą!

Wet zet wet.

Ktoś przyniósszy w zanadrzu cytrynę umyśnie,
Dając Królowi, prosi o starostwo Wiśnie.
A Król, że żył starosta, odpowie jak z proce:
Bardzo słuszna, owocem nagradzać owoce.
Jednak że Wiśnie niemasz, na ten czas się figą
Kontentujcie! Zrozumiał i poszedł za dygą.

Kto chce rozumiéć, trzeba doczytać.

Niechcąc, żeby się bawił w zacne święto wiechą,
Ksiądz Bełza polskie dzieje pod swym czytał klechą.
Na samym końcu karty napisano było:
Król Bełza. Tu ksiądz klesze: aże wspomnieć miło,
„Że też i w domu naszym, co dziś tak wzgardzony,
— Dawszy mu owo czytać „bywały korony“.
A frant ksiądz nie przewrócił z peryodem karty,
Gdzie pisano: dobywał kiedy mu zawarty.

Nie nadana Ceremonia.

Spragnąwszy król Kazimierz goniąc zwierza w boru,
Wstąpił do szlacheckiego, chcąc się napić, dworu.
Rad był szlachcic ubogi, że go Pan nawiedził.
Skoro z bębna ostatek piwa w szkleńcę zcedził,
Przyniesie mu do konia, a król: „pijcież, mówi,
„Wszak zawsze kredensować należy królowi.“
Skosztowawszy ów znowu z ukłonem mu poda;
„Wypijcież do dna“ rzecze „tak niesie ta moda“;
Wypił ów do kropelki; „każcież nalać teraz“.
Szlachcic złożywszy ręce „przysiągłbym i nieraz,
Choćby pod sercem było, choćby szczerozłote,
Dałbym, gdybym miał, widzisz wszak maję ochotę.“
Śmieją się wszyscy, a król zostawszy na koszu:
Nie trzebaż ceremonijej zażywać w Mazoszu.

Anegdotę: „Z pustej kleci sowa wyleci“, skracamy. Szlachcic wyprawia syna do dworu znaczniejszego pana; żegnając syna-jałata (błazna), upomina go obszernie, uczy grzeczności, aby téż nie był przy stole głuchym i niemym, aby też wtrącał w dyskurs stosowne słowo i t. d.; obszerne te nauki opuszczamy:

Tak od ojca wyprawion wielkim aparatem
I kosztem, jakim dotąd doma był jałatem,
Pułroka był przy dworze. Nim wyjadą w pole,
Kiedy wzmiankę myśliwstwa czyniono przy stole,
Każdy co swego powie, wedle mody stary;
Ten charty, drugi wyżły, a trzeci ogary,
Nie prawdęć, byle kształtnie; tak zwykli myśliwi;
I niech się przypowieści owej nikt nie dziwi,
Że dwadzieścia myśliwych, dwadzieścia malarzów,
Pogrzebnych kaznodzieji tyleż, kopa łgarzów.
Aż mój jałat, dzisiejszą (zam. „dawniejszą“) wspomniawszy naukę,
Wielkim głosem: i jam też doma zabił sukę.
Pojrzą wszyscy po sobie, gdy tak rzekł wyraźnie.
Aż ktoś: do czegożeś ją to tu przytknął, błaźnie?
A ów znowu, jak z bicza, niemyślący siła:
Do płotu, pry (prawi), widłami, aże popuściła[1].

Poślesz świnie, przyniesie ono.

Przyjechałem trefunkiem do miasta w niedzielę,
Aż się bierze do ślubu szlacheckie wesele.
Więc dowiedziawszy o mnie, przyjdą, prosząc srodze,
Żebym ten akt ozdobił. Prawdziwiem ci w drodze,
Na weselem nie gotów; musiałem pozwolić,
I czym prędzej każę się balwierzowi golić.
Szlę chłopca, już sam bywszy na ranej mszy w święto,
Jeśli Veni Creator w kościele zaczęto?
Pyta się franta błazen, co o tym nie słycha.
Zdrajca, pod kazalnicą z długą brodą mnicha,
Który ludzi zwyczajnie miał słuchać spowiedzi,
„A to Veni Creator“, pokaże mu „siedzi“.
Wróciwszy się chłopiec: już jest, rzecze, Mości Panie,
Przyszedł Veni Creator, będzie miał kazanie.
Widziałeś go? Widziałem, z bardzo wielką brodą;
Pan młody przed ołtarzem klęczy z Panną młodą.

Rozśmiawszy się, posyłam sługę; ten mię sprawi,
Że jeszcze za godzinę ksiądz mszej nie odprawi.
Ledwiem się mógł w kościele zatrzymać, dla grzechu,
Widząc pod kazalnicą przeora, od śmiechu.

Druga facecya na ten sam temat:

Młodzian jeden, do damy idąc w komplementy,
Żeby kupiwszy bukiet, kwiatkami opięty,
Przynieść sobie od damy drugiej, chłopcu każe —
Za mu ta, z zelozyej (zazdrości), większą cześć pokaże.
Przyniósł chłopiec; pyta pan, co, dając go, rzekła?
Nic, schowawszy grosz, bukiet z kosza mi wywlekła.
Łacno o takie damy, co siedząc przy koszu,
Fawory kawalerom swoim szlą po groszu,
Rzecze owa, śmiejąc się; przynajmniej by taler
Mógłby zań, jeśli grzeczna, posłać jej kawaler.
Dość przypowieść dzisiejsza utwierdzi się probą,
Podobni sobie łacno w targu zgodzą z sobą.

Sroka we krzu.

Kilku braci we środę, jeźli dobrze pomnię,
Imojazdą wstąpiło na śniadanie do mnie.
Dzień był wietrzny, zawartka i marcowa haja.
Z nabiałem gotowano; że też dano jaja,
Które kiedy chce wypić, zamieszawszy całkiem,
Człek żartowny upluskał czarną brodę białkiem.
Aż siedząc przeciw niemu: chłopcze, podaj w skoki
Ptaszynkę moję; zmierzę we krzu do tej sroki!
Postrzegł się przy gotowej i ów odpowiedzi:
Darmo to panie bracie! pewnie nie dosiedzi.
A oraz brodą trząśnie: i sio! rzece sroce,
A ta przez stół w pół czoła owemu jak z proce.
Dajże teraz rucznicę, bo na polu siadła
Z gęstwiny; choćby miała sto skrzydeł, przepadła.
Wszyscy w śmiech; potem w wino; że na onę srokę
Już ich dzisia nie puszczę, do jutra odwlokę.

Niepotrzebny skrupulat.

Gorący dzień był w święto, podobno mniej zgrzeszę,
W rzece się po nieszporze kąpiąc, rzekę klesze.

Drogo by te Waszeci stanęła uciecha!
Wielki grzech dziś się kąpać, odpowie mi klecha.
I niebardzo bezpieczno, bo grzech pomsta tropi;
Siłu czart ludzi w święto kąpiących się topi.
Już było po nieszporze; wietrzyk pocznie dmuchać;
Idę sobię, słowika za browarem słuchać,
Bowiem w gęstej rokicie zwykle przed wieczorem
Kilku się ich nad zwykłem ozwało jeziorem.
Aż się i z głową w błocie ów skrupulat narza,
U żyda się gorzałką spiwszy arędarza.
Ujrzawszy go nazajutrz: wierę, nie do mody,
W święto wleść w błoto, komu zabroniwszy wody.

Przewarzana kapusta.

Ksiądz najczęściej kapustę przewarzaną jada,
Bo zawsze chłop jednego grzechu się spowiada,
Gorzałki tylko samej; nie wspomni kradzieży,
Nie wspomni cudzołoztwa. Wżdy też kiedy świeżej
Przynieś, rzecze ksiądz żartem, bo się przewarzana
Już przyjadła kapusta. Ukradszy barana,
Powie księdzu do ucha. Pochwali ten, że się
Szczerze przyznał do grzechu; aż ów wołu w lesie,
A dalej żyda zabił z pieniędzy na drodze.
Rozważa to surowo, gani mu ksiądz srodze,
Że proste na taki grzech nie idą odpusty,
„Aleście świeżej nosić kazali kapusty?
„Musiałem ci, rzecze chłop, na to się odważyć,
„Gdyżbyście jej inaczej trudno mieli zażyć.

Cobyśmy radzi widzieli, prędko wierzymy.

Jeden Pan w Polszcze, kwoli poczesnej osobie
Że go obiorą królem, w głowie ubrda sobie.
I był, co go z Warszawy, gdzie i podobieństwa
Nie było, w tym upewnił, tylko dla błazeństwa,
Cieszy się, głaszcząc brodę, i tym wierzy prędzej,
Im bardziej życzył; ani ochrania pieniędzy.
Dawno też na to grzmiało, że z długiego gromu
Jakubowi dziś królem być z Gawronów domu.
Do krewnych i przyjaciół z tym rozsyła listy;
Gwardyją w płaszcze stroi, kędy herb ojczysty

W orle koronnym każe przyszywać na plecy,
Żeby jako w największej mógł wjeżdżać splendecy.
Z gotową oracyą posłów po się czeka,
Ale wprzód swego, który w Warszawie był, człeka.
Przyjechał ten; że był Włoch, po polsku nie umiał.
Dziwno mu, widząc pana, że nagle zaszumiał;
Bo do tych czas żył skromnie, ochraniając grosza,
Nie chował, prócz hajduków pary do łogosza (konia).
A potym dyaryusz, skoro go przywita,
Warszawski przy wszytkich mu po łacinie czyta.
Jego dwaj mianowali; niewie, kogo trzeci;
Tylkom słyszał: kep si to, że rzekł na Waszeci.
(Tertius autem discit ordine Kepsito).
Na to ów: Bodaj że go haniebnie zabito,
Jakbym nie mógł czym trzecim, rzecze z serca bólem,
Tylko już być abo kpem, abo polskim królem.


Z błaznem do ślubu jako i na ryby.

Bogatego syn ojca, gdy mu wsi nakupi,
Chociaż był z przyrodzenia i szpetny i głupi —
Lecz intrata w rozumie zatykała dziórę —
Żeni się; nie bogatąć, ale piękną córę
Grzecznego ziemianina w stan małżeński bierze,
(Z rady krewnych, już ojca nie miał i macierze).
Na które zaproszony i jam przybył gody.
Maryną panna młoda, Janem był pan młody.
Zapomniał ksiądz, choć mieszkał o kilkoro stajan:
Mówcież za mną: ja Marcin. A ów głupi: ba, Jan
— Tać jest, że go Bajanem dziś zową przyczyna —
Znowu ksiądz: ja Maryna. Ów też: ja Maryna.
Że wszytko trzeba mówić, rozumie, pod grzechem,
Co ksiądz rzecze; ledwie się nie pukamy śmiechem.
Więc że niewiedział, kiedy rodzicom się kłaniać
(I tak było z czego drwić i czemu przyganiać)
Przy oddawaniu panny, nie każą mu, aże
Trąci go z nich który w bok, skoro czas pokaże.
Prawi ktoś oracyą o Ewie z Adamem;
Jako zawsze źle było człekowi żyć samem;
Jako niemiłosiernie Kain zabił Abla —
W tym go czyjaś niechcący w bok trąciła szabla:

A ten szast Panu Ojcu, szast Pań Matce potem.
Toż Pannie z nizkim do nóg upada obrotem,
Że Kain Abla zabił. Trąci go ów, żeby
Tak bardzo się bez wszelkiej nie kłaniał potrzeby,
A ten znowu dziękując, do ziemie się zgina,
Że Kain Abla zabił, nie Abel Kaina.
Niepodobna utrzymać śmiechu było w sercu.
Nakoniec mu się nogi uplącą w kobiercu,
Padnie jak długi, w ziemię uderzywszy nosem.
Co gorsza, na cały dom trzaśnie spodnim głosem.
Skończy się oracya, bo skoro zakadzą,
Żeby się niechciał....., z izby go prowadzą.

Anegdota ta od prawdy wcale nie odbiegła, przynajmniéj opowiada niemal to samo o własnym (pierwszym) mężu, „ezopie“, Kaz. Warszyckim, kasztelanicu krakowskim, Anna z Stanisławskich w swéj autobiografii: zawsze czapką dawał znać „ezopowi“ drużba, kiedy się kłaniać albo pić wypadało; Kazuś téż ani na gości, ani na pannę młodą, tylko na czapkę patrzał.

Suknia grzecznemu przydatkiem, błaznowi ujmą.

Chcąc ktoś wielkiego durnia grzecznej udać wdowie,
W soboliej ferezyey, w świeżym złotogłowie,
Prezentuje wieczorem i sadza u stołu,
Choć nie mógł trzech słów dobrze wymówić pospołu.
Uszło to do wieczerzy; skoro do obiadu,
Postrzegszy, że i suknie były nie do ładu,
Jako nie nań skrojone, i ten co pożyczył,
Żeby ich nie popluskał, coraz się z nim ćwiczył —
Gęby nie śmie otworzyć, chyba na kieliszki,
Nawet biednej nie umie dobrze ująć łyżki,
W tańcu wodzą jak tura, ni cery, ni wzrostu,
Zgoła w coś go tknął, wielkim błaznem był po prostu.
Więc gdy prośbę przyjaciel wniósł humorowaty,
„Sobole, rysie, do mnie przyjechały w swaty
„Człeka pasz, rzecze wdowa; jeśli na przedaniu,
„Zapłacę, nikogo im niemam na wydaniu.
„Żeby nie zacnie rodził, tego nikt nie zada —
„Że szpetnie, nikt nie winien, jego własna wada.“
Widząc przyjaciel, z błaznem że trudno na ryby,
Odjechał go nazajutrz, żeby liczył szyby.

Inszéj konwersacyej nikt w niem nie spodziewał,
Abo ręką za kołnierz sięgał, abo ziewał.
Nażartowawszy wdowa, każe na wóz wsadzić
I żeby gdzie nie zbłądził, z domu wyprowadzić.
Nie przetworzą moskiewskie sobole, kiedy się
Błaznem rodził, w grzecznego, ani perskie rysie.

Długo bawił, mało sprawił.

Wyprawił, jakiej jęli Polacy się mody,
Szlachcic syna gdzieś między zamorskie narody.
Dwanaście lat na tamtej wędrówce się bawił;
Dwanaście też tysięcy substancyej strawił.
Cieszy się ojciec, witać gotuje Katona,
Aż on głupiego z mózgu widzi Korydona.
Uchwyciwszy za głowę: o moje tysiące!
O moje dwanaście lat! opasłbym na łące
Za jedno tylko lato chudego buhaja!
Wróć kto na pół pieniądze, weźm sobie hultaja.
Toż go kijem po bokach waląc: po naukę,
Nie po pludrym cię, zdrajco! słał, nie po perukę.
Przysięga ów, że dobrze umie po francusku.
„Z kimże będziesz w Wiślicy abo gadał w Busku?
„Umiesz za dwanaście lata — a wżdy za półroka
„Biedna kawa się gadać nauczy i sroka.“
Umiem grać na gitarze, bom się w nię sposobił.
„A czemuż nie na dudach, prędzej byś zarobił.“
Umiem kształtnie tańcować, gdzie się drugi pląta,
„Tańcuj że téż po kiju od kąta do kąta.“

Milcząc pokryjesz, mówiąc wydasz wadę w języku, ba i w głowie.

Trzy córki jeden ojciec miał, wszytkie jękoty;
Więc kiedy miano do nich przyjechać w zaloty,
Zadziesiąta (zakaże) surowo, chcąli zamąż, aby
Milczały, bo pannami zstarzeją się w baby.
Siedzą dzień, siedzą drugi, milcząc, damy nasze.
Aż kawaler, nakładszy na talerzu kasze,
Poda pierwszéj z dokładem, że zacna kapusta.
Tu już nie mógszy wytrwać, otworzyła usta:
A wdyć to tasa dupce (kasza głupcze, chciała
Wymówić, złym językiem ale nie dośpiała).

Druga, kiedy kawaler chce całować rączkę,
Ujrzawszy na niéj świeżo zjątrzoną świerzbiączkę,
Tak śliczne, rzecze, ręce skrostawiały srodze!
I téj nie przyszło trzymać milczanéj, niebodze.
Chciała ręku ochronić, gdy ją tak zaczepił:
Jęceć jak jęce, udy jak ciastem oblepił.
Słysząc młodsza, że z starszych ta i owa kawi (plecie),
Że się sama popisze i owe poprawi:
A ja będę miała mąz, bom milcała, rzecze.
Rozgniewawszy się ojciec od stołu uciecze.
Młodzieńcy téż nazajutrz, oddawszy usługi,
Jadą precz, bo jednemu nie trzeba papugi.
Ta do wszytkich szepiotów i niemotów wada,
Że żaden nie chce wierzyć temu, że źle gada.
Z czego gdy się chce wywieść, choć go nikt nie pyta,
Za każdym słowem ślini albo zębem zgrzyta.

Po tym wyborze anegdot, który z facecyi w „Ogrodzie” Potockiego, bardzo pomnożyć by można — gdyby nadzwyczajna wyuzdaność wierszy na przedruk pozwalała, wracamy jeszcze na chwilę do właściwych przypowieści.
Czytamy np. w „Księdze Przysłów”, pod Piątek gości rozgania”: „Goście opuszczali zazwyczaj gościnne progi w piątek z powodu postu” — wywód mylny, wiemy przecież choćby z anegdoty, jak chętnie właśnie w post domy nawiedzano; trafniéj wywodzi Potocki:

Ochota w gospodarzu, dyskrecya w gościu:
Czytałem taki napis na ścienie w Zamościu.
I tom słychał, że piątek siedzących rozgania
Gości od wtorku, ani weń dają śniadania:

wedle znanéj reguły „Gość i ryba trzeciego dnia cuchnie” (dzień trzeci i ryby i gości brzydzi).

Nawet dla znanego „Pisuj (pisz) na Berdyczów” (przepadło, stracone) zdaje się nam, znaleźliśmy jakieś wyjaśnienie u Potockiego. Nie powtórzymy tu rozmaitych objaśniań przysłowia — o pocztmistrzu berdyczowskim, ekspedyującym listy na strych a znaczki do kieszeni (najpospolitszy euhemeryzm) i inne, zapisane w „Księdze Przysłów.” Zdaje się nam, że powszechnie znany Berdyczów zastąpił mimowoli miejsce nieznanego Berdechowa — Berdechowem zaś nazywała się pierwotnie i nazywano późniéj resztki większéj fortuny, straconéj, przepadłéj na zawsze, przynajmniej czytamy u Potockiego np.:

Przepiwszy substancyą utracyus, co mu
Ojciec odumarł, nie miał prócz jednego domu
Na pustéj roli, którą Berdechowem zowie —
Zkąd i dziś modę wzięli utracyusowie i t. d.

Poprawiamy również mylny wywód przysłowia: żyda grzebie (chowa się z winą jakąś) lub żyda na się grzebie (wydaje siebie samego), nadzwyczaj częstego w XVI i XVII wieku, np. właśnie w „Moraliach“ Potockiego; przysłowie wzięte nie od starego Tobiasza, grzebiącego potajemnie żydów wbrew zakazowi królewskiemu, jak powszechnie tłumaczą, raczéj z niepewności dróg polskich, na których właśnie żydów rozbijano i zabijano, a srogości sądów wojewodzińskich, które za zabójcą dla znanych względów ściśle śledziły; często téż wspomina o tém Potocki, np. w przypowieści „Żyda gdzieś rozbił:“

Rozbije (kto w lesie) abo odrze mizernego żydka,
Garść pieprzu i barania skórka — korzyść wszytka.
Drugi napastwiwszy się i żywot wydziera
Bezbronnemu — gorsza ich od zajęczéj biera (los),
Bo choć nie zdole bronić, wżdy zając ucieka,
Biedny człek, cierpiąc starą, nowéj krzywdy czeka i t. d.

Energiczny i malowniczy styl Potockiego, bez wszelkiéj finezyi przebierającéj między słowami lub obrazami, lubuje się w zwrotach przysłowiowych; ztąd nieskończone ich mnóstwo u niego, przytoczymy chyba jeszcze jeden przykład takiéj dosadności stylowéj; mówiąc o próżnych wysiłkach, by naturę przełamać, wyraża się:

Wodę tłucze w moździerzu, piwo z sieczki warzy,
Siano włóci, — lecz darmo, nic mu się nie darzy....
Chłopu kradzieży, grania zabronić kosterze?
Paskudnéj żenie gachów, z Grekiem wniść w przymierze,
Księdza łakomstwa, kufla oduczyć pijaka,
Łgarza zrobić prawdziwym, politykiem żaka,
Żyda szczodrym, choćbyś go wsadził i do stępy,
Nie przełomisz natury, złym nałogiem tępy.
Rychlejbyś wilka orać, psa nauczył gadać,
Wielbłąda pląsać, Włocha polskich wierszów składać i t. d.

Krótki ten wybór, zdradzający, nie wyczerpujący obfitości materyału, kończymy opowiadaniem poety, w którém kilka innych przysłów trafne znalazło zastosowanie:
Po obietnicę na rączym posyłaj.

Charta mi szlachcic jeden darował pod Sączem,
Piwszy u mnie przez trzy dni; posyłam na rączem,
Jako polskie przysłowie, obligując drugiém,
Że każda obietnica obraca się długiem.
Aż on mi trzeciem, w ten sens odpisuje żartem,
Że się nie tak dalece z swoim droży chartem,
Jednak oń trzeba w jego domu podpić sobie.
Prawdziwe, które piszesz, przypowieści obie:
Że się w dług obietnica obraca; nie bronię
I tego, że na rączym trzeba syłać po nię;
Ale i moje niechaj miejsce ma przysłowie,
Że temu zwykle palcem wiercą oko w głowie,
Kto więc rzeczy nazajutrz przypomina rano,
Dopieroż czwartego dnia, co były pijano.
Odpisuję mu na list, w takimże terminie:
„Nie słusznie miéć mnie za psa drugi raz chcesz świnie,
„Żebym się znowu opił; odrzekę psiéj sierci;
„Niechaj mi oka w głowie nikt palcem nie wierci.
Kończę przypowieścią: „gdzie dwadzieścia malarzów,
„Poetów i myśliwych, jak ty, kopa łgarzów.”

A. Brückner.
PL Juliusz Verne - Czarne Indje page 030.png



Przypisy

  1. Ów pyta, dla czegoś o tém tu wspomniał; ten zaś pojmuje pytanie dosłownie.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Brückner.