Zaklęta woda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zaklęta woda
Podtytuł Z opowiadania starych ludzi
Pochodzenie „Rola“, 1887, nr 2-3
Redaktor Jan Jeleński
Wydawca Jan Jeleński
Data wydania 1887
Druk Drukarnia „Wiek“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ZAKLĘTA WODA
(z opowiadania starych ludzi)
spisał
KLEMENS JUNOSZA.





Wartka i szumiąca rzeka skręca w jednem miejscu raptownie. Z jednej strony grupa olch wyniosłych rzuca na jej fale cienie żałobne, z drugiej czerwone ruiny zamczyska, przeglądając się w niej, znaczą ją barwą jakby krwawą.
Straszna jest rzeka w tem miejscu, zdradliwa, groźna, ponura, topielcami karmiona, toczy swe fale z szumem groźnym, złowrogim.
Zdawało się że nad wodami temi anioł smutku i śmierci zamieszkał, że rozciągnął nad niemi skrzydła swoje. Rybak tu nie śmiał wpłynąć czółenkiem, bo pod wartkim wód prądem zdradliwe kamienie sterczały, niewidzialna jakaś siła chwytała łódkę jak piórko, zakręciła ją w wirze szalonym i rozbitą na drzazgi unosiła daleko.
Pastuszek bał się do brzegu w tem miejscu przystąpić, fujarki z wierzbiny nadbrzeżnej wykręcić nie śmiał; bo topielice i rusałki w tej wodzie mieszkały... Cudnemi głosami śpiewały niekiedy przy świetle księżyca, wabiły kształtami cudnemi, aby śmiałka w chłodnych falach pogrzebać.
Coś było urocznego w tem miejscu; omijali je ludzie i nietylko ludzie, ale nawet dziki zwierz nie przychodził tu gasić pragnienia, słowik w nadbrzeżnych krzakach nie śpiewał, nawet jaskółka w szybkich zwrotach nie musnęła skrzydłem tej wody — zaklętej.
Dlaczego zaklętej? kto spyta. Dawne, dawne to dzieje. Pamięć ludzi którzy w owych czasach żyli, rozwiała się jak mgła po polach, życie ich uleciało w przeszłość, jak biały obłoczek po niebie oświetlonem krwawą łuną zachodu, tylko pod strzechami wiejskiemi pozostały wspomnienia... jakieś cienie przeszłości, upiększone częstokroć, ustrojone w fantastyczne szaty legend. Jak cienie, spływają one z ust matki w różowe uszko dziecka; płyną po wodach i rosie z echem tęsknej pieśni, lub w westchnieniach do wyżyn niedoścignionych szybują...
Przed laty, przed laty, w miejscu gdzie dziś bezkształtne rumowiska sterczą, stał zamek wspaniały, a groźny; jedna jego baszta narożna prawie dotykała brzegu rzeki, na drugim zaś jej brzegu rozciągał się bór czarny, szumiący, pełen olbrzymów leśnych: dębów, buków i lip zadumanych poważnie, z pomiędzy których strzelały czarnemi konarami w niebo sosny jak wieżyce wysmukłe.
Z okien zamkowych rozlewały się potoki światła, płynęły dźwięki muzyki, albo też w czasach krwi i żelaza, ryczały paszcze armat, siejąc śmierć i zniszczenie dokoła.
Bywało też, że gdy dzikie hordy tatarów wpadły w okolicę i zaznaczyły swój ślad łunami pożarów, to brama zamku otwierała się na oścież, zgrzytały łańcuchy, spuszczając most zwodzony. Poczet rycerzy w żelazo zakutych wyruszał na obronę siół i wiosek. Jak uragan, szedł, zniósł i rozgromił wraże hufce — i znów do zamku powracał.
Bywało, gdy rycerze pojadą, zamek pustoszeje; cicho w nim jak w grobie, ledwo kilku ludzi po podwórcach się tuła, a przy bramie siedzi stary, srebrnowłosy strażnik i pacierze odmawia. Niekiedy, powiadają wieczorem, kiedy w zamku pusto, a księżyc wyjrzy z za boru, ukazywała się dziewczyna cudownej urody i śpiewała pieśń dziwną — a tak cudną, że słowiki milkły słuchając; wówczas stary strażnik przestawał mówić pacierze i wpadał w tęskną zadumę.
I miał o czem dumać stary strażnik; ta piękna, śpiewająca, jak lilia biała i smukła, ta w której oczach zda się lazur niebios zaklęto — to była jego jedynaczka, jego skarb najdroższy, jego duma, pociecha. Dziecięciem będąc, przesiadywała z nim w wieży, szczebiotała jak ptaszek, piosenki nuciła, lub też usiadłszy przy ojcu, słuchała opowiadań o sławnych rycerzach i bitwach.
I dobrze było starcowi z tem dzieckiem, dobrze i błogo; przy niem o swej samotności zapominał, o ranach odniesionych w krwawych bojach. Patrzył na swój kwiatuszek i szczęście swoje w nim widział. Ale od czasu gdy dziecko wyrastać zaczęło, gdy z szczebioczącej dzieweczki stawała się rozmarzona dziewica, w sercu starego zaczęły się budzić obawy...
Pan tego zamku dostrzegł piękność dziewczyny.
Stary chciał zabrać skarb swój najdroższy, ujść z zamku pokryjomu, wymknąć się nocą jak wilk z ostępu, pójść gdzie oczy poniosą... Ale czas był groźny, wrogie zastępy plondrowały wokoło, a w takiej chwili jakże zamek opuścić? jakże go na pastwę losu zostawić? Toć zdrada wierutna, a stary wojak nie zdradza! I ona odchodzić nie miała ochoty, ona, ta jedyna. Jakaś niewidzialna siła przykuwała ją do tych murów czerwonych, do złoconych komnat, do tej baszty narożnej, nad rzeką... Ciągnęła ją siła dziwna, podobno w czarnych oczach pana tego zamku zaklęta; a może już los jej taki przeznaczono, żeby tu została, w tych murach...
Gdy jej ojciec o ucieczce coś wspomniał, to zbladła wnet jak lilia, zachwiała się jak trzcina, a w oczach łzy jej błyszczały. I nie rozśmiała się już, nie zaśpiewała pieśni, dopóki jej stary nie przyrzekł że jeszcze w zamku zostaną.
Kto jej o kochaniu powiedział? kto ją tęsknoty nauczył? Może wyśpiewały jej to ptaszki w lesie, może barwne motyle miały co wypisane na skrzydłach, może wietrzyk do uchą wyszeptał... Któż zgadnie?
W piersiach ojca serce zamierało z trwogi. Wszak biedna dziewczyna panią tego zamku nie będzie, a inaczej... O nie! śmierć prędzej! prędzej iskrę rzucić na prochy i całe to zamczysko zburzyć, aby kamień na kamieniu nie został, aby...
Ale obawy strażnika próżne były. Pan z drużyną swoją za tatarzynem się uganiał, dziewczyna śpiewała rzewne, z każdym dniem smutniejsze, cichsze coraz pieśni, zdawało się że dusza z niej ucieka, że się do kogoś, jak ptaszę z klatki do wolności, wyrywa. Myśli jej biegły na pola bitew, zdawało się jej, że słyszy chrzęst mieczów i strzałów odgłosy... padała na kolana, modliła się...
Nareszcie nocy jednej, na spienionym koniu goniec przyjechał — dał znać, że nazajutrz pan na kilka dni do zamku przyjedzie. Poczet jego w bitwach ciągłych zmarniał, koni dużo i broni utracił. Pod ochroną murów zamkowych, kilka dni rycerze odpoczną, wzmogą się, sił nabiorą, świeże konie wezmą, potłuczone zbroje i wyszczerbione miecze na nowe zamienią. Nie będzie odpoczynek długi, bo powinność jeszcze woła, bo jeszcze obce zastępy się włóczą, jeszcze król nie rozpuścił rycerzy. Pojadą więc, kto wie jak na długo, może w obce ziemie wtargnąć im przyjdzie, a może kości na polu bitwy położyć... Jutro o świtaniu hufiec powróci, ale nie wrócą wszyscy, co wyjechali z zamku... Jeden legł zabity, drugi z ran i niewygód zmarniał w pochodzie, inny w tatarskiej niewoli jęczy. Połowy doliczyć się nie można. Tylko pan jeden wraca cały i zdrowy. Mijały go kule i strzały, miecze pryskały na jego pancerzu jak drewniane, chociaż się w największy wir walki rzucał, chociaż sam na dziesięciu uderzał...
Słucha dziewczyna słów gońca i krasa na jej twarzy wykwita, w oczach jaśnieje tryumf jakiś i zachwyt i szczęście niewysłowione.
Starzec spojrzał na nią, wstrząsnął się jakby zimno go przeszło; — nic nie rzekł, tylko kazał gońcowi pójść się ogrzać do izby, a sam ciężkie klucze i latarnię wziąwszy, poszedł komnaty pańskie przejrzyć, czy nie braknie w nich czego.
Wrócili rycerze, gwarno się w zamku zrobiło, stary strażnik panu do kolan się schylił. Dobyto zapleśniałe beczki z piwnicy, miód rubinowemi potoki popłynął, zabrzmiały pieśni rozgłośne. Należał się wypoczynek rycerzom i rozrywka. Po obfitej uczcie zasnęli snem twardym, kamiennym, tylko kilku pachołków czuwało na wałach i stary strażnik przy bramie.
On swoim zwyczajem pacierz szeptał i czułem uchem najmniejszy szmer łowił.
Naraz przerwał szept. Zdawało mu się że w ogrodzie, który do pańskich przytykał komnat, jakąś rozmowę przytłumioną słyszy; zdawało mu się nawet, że na skrzydłach wiatru doleciały go słowa: „Jam się modliła za ciebie“. Zadrżał... pochwycił wielki miecz w kącie stojący i cicho, bez najmniejszego szelestu zeszedł po schodach. Wytężał wzrok, przedzierał się przez krzaki, czaił pod drzewami, — obszedł cały ogród, ale nie znalazł nikogo. Potem również ostrożnie wszedł do izby, którą jego córka zajmowała, i odchylił drzwi. Przy niepewnym blasku księżycowego światła, dostrzegł ją, — klęczała przed obrazem.
Słowa nie rzekł i wrócił na swoje stanowisko przy bramie. Nazajutrz, skoro tylko pan się przebudził, poszedł stary do niego. Co tam mówili z sobą, niewiadomo. Powiadają, że strażnik o uwolnienie prosił, a pan puścić go nie chciał, że stary coś tłumaczył i przedstawiał, a pan brwi groźnie namarszczył, potem mu kiesę złota dawał — lecz sługa wziąć nie chciał i chmurny powrócił na bramę. Co tam było pomiędzy nimi, Bóg wie chyba, bo ludzie i tak i tak mówią; ale gdzie po tylu latach prawdy szukać...
Przed wieczorem chłop ze wsi poblizkiej przybiegł zadyszany, skrwawiony, bo się przez gąszcze leśne przedzierał. Przybiegł i głosem drżącym wyjąkał że nieprzyjaciel blizko, że horda dwoma oddziałami idzie, że drzewa w lesie tnie i tratwy zbija na wodzie.
Panu jakiś zły ogień w oczach mignął. Kazał konie siodłać, jeźdzcom się do wycieczki sposobić; na dwa oddziały podzielił ich, jeden na wschodnią drugi na północną stronę zamku posłał.
— Ja tam przybędą do was — rzekł.
Gdy rycerze wyjechali już z zamku, pan do starego strażnika z temi słowy się zwrócił:
— Tyś najwierniejszy, więc też trudne dam ci polecenie. Ciężko ci konia dosiąść i miecz dzierżyć, ale w czółenko siądź, popłyń do miejsca gdzie rzeka całkiem się w bór wrzyna i czatuj. Jeżeli wroga dostrzeżesz wypal z rusznicy a sam w gęstwinie się ukryj.
Stary wojak ślepo spełnia rozkazy. Zeszedł też zaraz na brzeg, odczepił małe czółenko i odepchnął się wiosłem na wodę. Chciał się wszerz przeprawić i przy drugim brzegu pod osłoną drzew płynąć; ale nie łatwo to było. Wicher się zerwał gwałtowny, zkądciś chmur czarnych napędził; ale burzyły i pieniły się strasznie, błyskawice zaczęły niebo ognistemi batogami smagać. W oddali huczały gromy, z początku głucho, potem głośniej, coraz głośniej, aż ryknęły, jak potwory piekielne, i zdało się, że się sklepienie niebieskie zawala.
Stary strażnik od środka rzeki zawrócił z trudem napowrót, przybił do brzegu i czekał aż się burza cokolwiek uciszy, ażeby mógł polecenie pana zamku wykonać.
Stanął na brzegu, oparł się na wiośle i patrzył na zamek oświetlany co chwila przez błyskawice ogniste.
Nagle w dużem oknie narożnej wieży światło zajaśniało. Pan zamku stał w tem oknie, córkę strażnika obejmował silnem ramieniem, całował jej usta i oczy.
— Przekleństwo — ryknął stary — przekleństwo! Rzucił wiosło na ziemię i jakby mu ze trzydzieści lat ubyło, pobiegł z powrotem do zamku. Nie wszedł wszakże przez bramę jak zwykle, lecz odwalił kamień przy baszcie narożnej i spuścił się w podziemia... Stalą o krzemień uderzał i świecił sobie w ciemności...
W oknie widać było obojga młodych. Nie obchodziła ich burza, nie słyszeli gromów, nie widzieli ognistych wężów błyskawic. A gromy wzmagały się coraz bardziej, burza coraz srożej szalała.
Naraz piorun uderzył tak blizko, że aż szyby w zamkowych oknach popękały, a w chwilę potem rozległ się huk przerażający, słup ognia i dymu buchnął w górę i cała baszta narożna, ogromna, — baszta o murach potężnych, runęła do rzeki.
Straszny wybuch słychać było na kilka mil wkoło — ale nikt nie przybył do zamku, dowiedzieć się co jest, na ratunek pospieszyć. I podjazdy wysłane i nieprzyjaciele skryli się przed burzą, a chłopi wystraszeni, ukryci w lasach przed wrogiem i pożogą, leżeli krzyżem, błagając Boga o miłosierdzie i litość.
Gdy rano burza ucichła i pogodne słońce oblało świat potokami jasności, przybyli z podjazdu rycerze straszny ujrzeli widok. Zamek leżał w gruzach, porwany, poszarpany na szczątki.
Rzeka zawalona głazami i cegłą, burząc się i pieniąc z wściekłości, rozbijała o nie swe fale, a nie mogąc wyprzeć ich ani roznieść, zwróciła ku lasowi koryto, podmyła kilka dębów nadbrzeżnych, które straciwszy punkt oporu, nie mogły ostać się i runęły w fale. I odtąd w tem miejscu burzy się woda i kłębi, łódki zdradziecko rozbija, topielców z swego łona wyrzuca.
Rumowiska zamku poczerniały już dawno i mchem porosły, bór padł pod siekierami, na jego miejscu kolonie stoją i pola uprawne zielenią się zbożem, ale woda zawsze szumi groźnie, zawsze się burzy i pieni — a ludzie lękają się tego miejsca.
Rybak tu się nie puści czółenkiem, pastuszek fujarki nie wykręci — bo i jakże, kiedy mówią że nad tą wodą nocami biała się postać unosi — że z dna rzeki jakaś dziwna się muzyka odzywa...
Nabożny chłop jeden, zmiłował się nad pokutującą duszą i krzyż nad brzegiem postawił — i podobno od tego czasu już się pokazywać przestało — ale uroku z wody zaklętej nikt nie zdjął, boją jej się wszyscy, omijają zdaleka. Historya pięknej córki strażnika zamczyska, jak cień przeszłości minionej, przesuwa się z ust matki w różowe uszko dziecka, płynie echem rzewnej piosenki po rosie, a woda szumi i szumi, burzy się i szarpie z głazami, które w niej pogrzebała dłoń dzieciobójcza na wieki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.