Zaślubiny po śmierci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lafcadio Hearn
Tytuł Zaślubiny po śmierci
Pochodzenie Opowieści niesamowite i upiorne
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo Jana Sidorowskiego
Drukarz Drukarnia i Introligatornia J. Sidorowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ZAŚLUBINY PO ŚMIERCI
ŻYŁ niegdyś w mieście Niigata, prowincji Echizen, młodzieniec, imieniem Nagao-Chosei.

Nagao był synem lekarza, kształcono go w zawodzie ojcowskim. W wieku jeszcze chłopięcym zaręczono go z dziewczyną, imieniem O-Tei, córką jednego z przyjaciół ojca; obie rodziny postanowiły, że ślub odbędzie się natychmiast po ukończeniu studjów przez Nagao. Lecz O-Tei była wątłego zdrowia; a mając lat piętnaście, stała się pastwą suchot okrutnych. Gdy poczuła, iż śmierć się zbliża, posłała po Nagao, aby go pożegnać.
A gdy ukląkł przy jej łożu, rzekła doń:
„Nagao-Sama, narzeczony mój, przeznaczeni byliśmy dla się już od dziecka, a pod koniec tego roku mieliśmy się pobrać. Tymczasem śmierć mnie zabiera, — a bogowie jedynie wiedzą, co dla nas dwojga jest lepsze. Gdybym mogła pożyć jeszcze lat kilka, sprawiałabym wam wszystkim tylko troskę i zgryzoty. Kobieta o tak wątłem ciele nie może być dobrą żoną; więc gdybym chciała żyć, bodaj dla ciebie tylko, — byłoby, i to nawet, pragnieniem samolubnem. Oczekuję śmierci z całkowitem poddaniem się; chcę byś mi obiecał, że się nazbyt zamartwiać nie będziesz... Bo i to jeszcze powiedzieć ci pragnę: — spodziewam się, iż połączymy się znowóż“.
„O tak, połączymy się napewno, — odparł z przekonaniem. — A na tamtym świecie nie będzie już bólu rozłąki“.
„O, nie, nie! — przerwała mu łagodnie. — Nie mam na myśli Krainy Czystości. Wierzę, że sądzono nam połączyć się na tym jeszcze świecie, — mimo, że pogrzebią mnie jutro już może“.
Nagao spojrzał na nią ze zdumieniem. I ujrzał jej uśmiech w odpowiedzi na to ździwienie. Podjęła cichym, rozmarzonym głosem:
„O tak, połączymy się na tym jeszcze świecie, — w twoim życiu doczesnem, Nagao!... Oczywiście, o ile zechcesz mnie jeszcze. Lecz, aby móc żywić tę nadzieję, muszę po raz wtóry urodzić się dziewczyną i dojrzeć do małżeństwa. Będziesz musiał czekać długo: — piętnaście, szesnaście lat może. Lecz masz przecie lat dziewiętnaście zaledwie, przeznaczony mi, małżonku ty mój!...“
By potakiwaniem osładzać jej chwile ostatnie, odparł tkliwie:
„Oczekiwanie na cię, — narzeczono ma na zawsze! — będzie dla mnie tyleż obowiązkiem, co i radością wielką. Złączeni jesteśmy ze sobą na czas żywotów siedmiu“.
„A jednak wątpisz?“ — zagadnęła, przypatrując mu się bacznie.
„Luba ma, — odparł, — wątpię raczej w to, czy zdołam cię poznać w innem ciele i pod innem imieniem, — chyba po umówionym znaku lub znamieniu jakiem“.
„Tego uczynić nie mogę. Bogowie tylko i Buddhy wiedzą kiedy i jak się połączymy. Jestem jednak pewna, bardzo, bardzo pewna tego, że, — jeśli zechcesz pojąć mnie za żonę, — zdołam powrócić do ciebie... Pomnij na te słowa moje!”
Zamilkła, i niebawem zamknęły się jej oczy. Zmarła.
Nagao był szczerze przywiązany do O-Tei; śmierć jej pogrążyła go w głębokiej żałobie. Zrobił dla niej tablicę śmiertelną z wypisanem jej zokumyo, czyli imieniem doczesnem nieboszczki, a umieściwszy tę tablicę w butsudanie, — w buddyjskiej kapliczce domowego ogniska, — składał przed nią ofiary codzienne. Rozważał w sobie nieustannie te osobliwe, przedśmiertne zapewnienia O-Tei; a pragnąc uradować ducha zmarłej, wypisał uroczyste przyrzeczenie, że ją poślubi, gdy doń powróci w ciele innem. Tę obietnicę na piśmie opatrzył pieczęcią i umieścił w kapliczce obok śmiertelnej tablicy O-Tei.

Był jednak Nagao jedynym synem rodziców swych, musiał się tedy z czasem ożenić; rad nierad uległ naleganiom rodziny i pojął za żonę kobietę, jaką mu wybrał ojciec. Ożeniwszy się, nie zaniechał jednak składania ofiar przed tablicą O-Tei, i wspominał ją zawsze z wielkiem przywiązaniem. Powoli jednak zacierał mu się w pamięci jej obraz, — przygasał, jak sen, coraz to trudniej przypominany. A lata mijały.
W ciągu tych lat wiele nieszczęść skrupiło się na nim. Stracił rodziców, poczem zmarła mu żona, pochował wreszcie dziecko jedyne. I poczuł się samotny na świecie. Porzucił dom opustoszały i, aby zapomnieć o ciosach doznanych, podjął wielką podróż.

Pewnego dnia przybył do Ikao, górskiej wioski, słynnej z źródeł gorących i pięknych widoków okolicy. W miejscowej oberży powitała go dziewczyna, na której widok zabiło mu serce tak gwałtownie, jak mu się nigdy jeszcze nie zdarzyło: była tak dziwnie podobna do O-Tei, że począł się szczypać, aby upewnić się, że to nie sen. A gdy się zakrzątała koło gościa, rozniecając ogień, przynosząc mu posiłek, lub sprzątając pokój jego, — każdy jej gest i ruch wzbudzał w nim żywe wspomnienia wdzięku tej dziewczyny, z którą zaręczony był za młodu. Przemówił do niej, — odpowiedziała tym łagodnym, dźwięcznym głosem, którego słodycz przeniknęła go wskroś smutkiem i żałobą dni dawnych.
Więc, w zdumieniu wielkiem, zagadnął ją:
„Siostro, przypominasz mi tak bardzo osobę, którą znałem niegdyś, że, gdy weszłaś po raz pierwszy do pokoju, stanąłem jak wryty. Daruj mi więc, że zapytam skąd jesteś rodem i jakie jest twe imię?”
Nie zwlekając, odpowiedziała mu — niezapomnianym głosem zmarłej:
„Na imię mi O-Tei, ty zaś jesteś Nagao Chosei z Echigo, oblubieniec mój. Przed siedemnastu laty zmarłam w Niigata; wówczas dałeś przyrzeczenie na piśmie, że się ze mną ożenisz, kiedykolwiek powrócę na świat w innem ciele kobiecem, — a opatrzywszy to pismo pieczęcią, złożyłeś je w butsudanie obok tablicy z imieniem mojem. I oto jestem…“
Co ledwie rzekłszy, zemdlała.
Nagao ożenił się z nią; małżeństwo ich było bardzo szczęśliwe. Lecz nigdy potem nie zdołała sobie przypomnieć tej odpowiedzi, jaką mu dała na jego pytanie w Ikao, ani czegokolwiek z poprzedniego istnienia swego na świecie. Wspomnienie bytowania dawniejszego, — które zapłonęło w niej tajemnie w chwili ich spotkania się, — zgasło natychmiast i nie odżyło już nigdy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lafcadio Hearn i tłumacza: Wacław Berent.