Pożeracz zmarłych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lafcadio Hearn
Tytuł Pożeracz zmarłych
Pochodzenie Opowieści niesamowite i upiorne
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo Jana Sidorowskiego
Drukarz Drukarnia i Introligatornia J. Sidorowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


POŻERACZ ZMARŁYCH


GDY Muso Kokushi, kapłan sekty Zen, wędrował przez prowincję Mino, zabłąkał się raz w głuchą okolicę górską, gdzie nie spotykał nikogo, ktoby mógł wskazać mu drogę. Szedł przed się bezradnie; a gdy tracił już nadzieję znalezienia noclegu, ujrzał zdala, na wierzchołku wzgórza, w oświetleniu ostatnich promieni słońca, małą pustelnię, zwaną anjitsu, zbudowaną dla mnichów samotnych. A choć wydała mu się raczej ruiną, pospieszał ku niej czemprędzej; zastawszy w niej starego kapłana, prosił go o nocleg gościnny. Stary odmówił opryskliwie, wskazując mu natomiast drogę do jakiejś wioszczyny w dolinie sąsiedniej, gdzie można znaleść nocleg i posiłek.
Muso trafił do owej wioski, składającej się zaledwie z tuzina chałup; został tam przyjęty uprzejmie i znalazł pomieszczenie u wójta. W głównej izbie tej chaty znajdywało się wówczas czterdzieści do pięćdziesięciu osób. Gościa zaprowadzono do pokoju osobnego, gdzie rychło przyniesiono mu posiłek i zgotowano dlań posłanie. Ponieważ był bardzo zmęczony, położył się wcześnie spać; lecz około północy zbudził go głośny szloch, rozlegający się w izbie sąsiedniej. Niebawem otworzyły się drzwi rozsuwane: do pokoju wszedł młodzieniec z latarnią w ręku i skłoniwszy się głęboko, rzekł:
„Wielebny panie, poczuwam się do obowiązku powiadomienia go, że jestem obecnie odpowiedzialną głową rodziny. Wczoraj byłem tylko synem najstarszym. Gdy pan zaszedł do nas, tak bardzo znużony, nie śmieliśmy niepokoić pana czemkolwiek: przemilczeliśmy zatem, że ojciec nasz zmarł przed kilkoma godzinami zaledwie. Ludzie, jakich pan widział w sąsiedniej izbie, to mieszkańcy wsi, przybyli dla oddania zmarłemu ostatniej posługi; obecnie udają się oni do wsi sąsiedniej, o trzy mile stąd, bo, — jak chce zwyczaj nasz, — ani jeden człowiek nie może pozostawać we wsi w tę noc pozgonną. Odprawiliśmy właśnie należne ofiary i modły i oddalamy się teraz, — ciało pozostaje samo we wsi. Dziwne rzeczy przytrafiają się zwykle w opustoszałym domu nieboszczyka; sądzimy przeto, że byłoby najlepiej, gdyby pan poszedł z nami. W sąsiedniej wsi znajdziemy dla pana dobre pomieszczenie. Gdyby jednak pan — jako kapłan, — nie bał się, szatanów i upiorów i gdyby go nie przerażała myśl pozostania samemu z nieboszczykiem, będziemy niezmiernie radzi, jeśli pan zechce korzystać tymczasem z ubogiego domu naszego. Wyznam jednak szczerze, że nikt z ludzi świeckich nie odważyłby się na pozostawanie w tym domu przez tę noc”.
Muso odparł mu na to:
„Za waszą uprzejmość i gościnność szlachetną jestem wam niezmiernie wdzięczny. Przykro mi jednak bardzo, żeście przemilczeli o śmierci ojca waszego. Byłem wprawdzie nieco zdrożony, lecz nie przeszkodziłoby mi to bynajmniej w spełnieniu obowiązków kapłańskich. Gdybyście mi o tem powiedzieli odrazu, zdołałbym odprawić nabożeństwo jeszcze przed waszym odejściem. Obecnie nie pozostaje mi nic innego, jak dopełnienie obrządków żałobnych po wyjściu waszem; pozostanę zatem przy ciele zmarłego aż do rana. Nie rozumiem dobrze, co chce pan powiedzieć, wyrażając pewne obawy co do bezpieczeństwa mego, — nie lękam się duchów i djabłów. Przestańcie więc niepokoić się o mnie”.
Młodzieńca uradowały najwidoczniej te zapewnienia księdza, gdyż dziękował mu za nie z wdzięcznością. Pozostali zaś członkowie rodziny, wraz z wieśniakami, zgromadzonymi w izbie sąsiedniej, dowiedziawszy się o łaskawej obietnicy księdza, pospieszyli również podziękować mu za nią. Poczem gospodarz rzekł doń:
„A teraz, wielebny panie, choć przykro nam, że pozostawiamy cię tu samego, musimy cię pożegnać. Obyczaj wioski naszej nie pozwala nikomu pozostawać tu dziś, po północy. Prosimy cię, panie, abyś dbał sam o potrzeby swej osoby czcigodnej, gdyż, pod nieobecność naszą, nie będzie komu usłużyć ci, jak należy. A gdyby ci się zdarzyło widzieć, lub słyszeć tej nocy coś niezwykłego, zechcesz nam to może opowiedzieć jutro, po powrocie naszym”.
Wszyscy wyszli z domu; kapłan jedynie pozostał w pokoju, gdzie spoczywał trup. Przed ciałem zmarłego rozłożone były zwykłe obiaty i płonęła lampka buddyjska, zwana tomyo. Ksiądz odczytał słowa nabożeństwa, odprawił obrządki żałobne, — poczem zapadł w medytację. W tych rozmyślaniach spędził kilka godzin śród głuchej ciszy, zalegającej nad wsią opustoszałą.
W chwili najgłębszego milczenia tej nocy wyłoniło się znagła w izbie jakoweś widmo bezszelestne, — upiór bezkształtny i potworny. Muso poczuł równocześnie, że stracił władzę w członkach i oniemiał. Widział tylko, że ów potwór pochwycił ciało zmarłego, jak gdyby łapami, i jął je pożerać — sprawniej niźli kot szczura. Rozpocząwszy od głowy, pochłonął całego trupa, wraz z włosami, kośćmi i całunem pogrzebnym. A gdy pożarł ciało zmarłego, zwrócił się do obiat, porozstawianych wokół, i zjadł je również. Poczem przepadł, nie mniej tajemniczo, jak się zjawił.

Gdy mieszkańcy wsi powrócili nad ranem, zastali księdza przed drzwiami chaty. Pokłonili mu się wszyscy, a gdy przestąpili próg i rozejrzeli się po izbie, nikogo nie ździwiło bynajmniej zniknięcie trupa oraz obiat, dlań złożonych. Gospodarz zaś rzekł do księdza:
„Wielebny panie, widzieliście prawdopodobnie tej nocy rzeczy bardzo niemiłe? Byliśmy wszyscy niezmiernie zaniepokojeni o pana, tembardziej cieszy nas obecnie, żeś zdrów i cały. Chętnie pozostalibyśmy tu z panem, gdyby to było możebne. Lecz, jakem to rzekł wczoraj, obyczaj wioski naszej nakazuje nam opuszczać chatę i wieś, nawiedzoną przez śmierć, aby trupa pozostawić samego. Ilekroć prawo to złamano, sprowadzano tem na nas wielkie nieszczęście. Lecz za każdym razem, gdy ulegle opuszczaliśmy wieś, przekonywaliśmy się za powrotem, że ciało nieboszczyka i obiaty złożone dlań znikały pod nieobecność naszą. Może pan poznał przyczynę tego zjawiska?”
Muso opowiedział im tedy o potwornym upiorze, który nawiedził pokój zmarłego i pożarł jego ciało wraz z obiatami. Nikogo nie ździwiła opowieść ta, a gospodarz zauważył:
„Wszystko, cośmy słyszeli od ciebie, wielebny panie, zgadza się z tem, co opowiadają sobie ludzie od dawien dawna”.
A Muso zapytał:
„Czy ksiądz, zamieszkały na wzgórzu, nie odprawia niekiedy nabożeństw za waszych zmarłych?“
„Jaki ksiądz?“ — zagadnął młody gospodarz.
„Ten, który wczoraj wieczór wskazał mi drogę do wsi waszej. Zachodziłem do jego pustelni na wzgórzu. Odmówił mi wprawdzie noclegu, lecz wskazał drogę do was”.
Słuchacze spoglądali na się ze zdumieniem, a gospodarz rzekł po chwili milczenia:
„Wielebny panie, niema tu w okolicy ani kapłana, ani pustelni na wzgórzu. Od kilku pokoleń nie było tu księdza, zamieszkałego w pobliżu”.
Muso nie poruszał już więcej tej sprawy, domyślając się, że uprzejmi gospodarze mają go w podejrzeniu, iż został otumaniony przez zmorę tej nocy. Pożegnawszy się jednak z nimi i otrzymawszy wskazówki co do dalszej drogi, postanowił raz jeszcze nawiedzić pustelnię na wzgórzu, aby się przekonać, czy istotnie nie padł ofiarą złudy. Znalazł niebawem owe anjitsu; a sędziwy jej mieszkaniec zaprosił go tym razem uprzejmie. Gdy przestąpił próg, pustelnik pokłonił się przed nim pokornie, wołając: — „Och, jakże się wstydzę! jakże się sromam!”
„Nie macie się czego wstydzić, żeście mi wczoraj odmówili noclegu, — rzekł doń Muso. — Wskazaliście mi drogę do wsi, gdzie przyjęto mnie bardzo gościnnie, — więc dziękuję wam za to”.
„Nie mogę udzielać nikomu noclegu, — odparł pustelnik, — więc nie tego się wstydzę. Sromam się, żeś mnie, panie, widział w mej postaci właściwej, — gdyż ja to byłem tym upiorem, który w twoich oczach pożarł tej nocy trupa i obiaty. Wiedz bowiem, wielebny, żem jest jikininki, — pożeracz ciał ludzkich. Miej zmiłowanie nade mną i pozwól mi się wyspowiadać z win moich, które skazały mnie po śmierci na takie bytowanie:
Dawno, bardzo dawno temu, byłem księdzem w okolicy odludnej. Na kilka mil wokół nie było innego kapłana, więc górale okoliczni znosili do mnie, z wielkich niekiedy oddali, ciała swych zmarłych, by ich nie grzebać bez obrządków świętych. Odprawiałem nabożeństwa i rytuały pogrzebne jedynie jako rzecz zyskowną, myśląc zawsze tylko o jedzeniu, piciu i strojach, jakie zapewnić mi miało powołanie me święte. Więc za to bezbożne sobkostwo odrodziłem się natychmiast po śmierci jako jikininki. Odtąd zmuszony jestem żywić się trupami tego ludu górskiego: pożeram zmarłych, jak to pan widział tej nocy… Zaklinam was, wielebny panie, ratujcie mnie: odprawcie za mą duszę nabożeństwo Segaki: wyzwólcie mnie modłami waszemi z ohydy takiego bytowania”.
Ledwie pustelnik wygłosił to błaganie, a znikł nagle z przed oczu kapłana, a wraz z nim znikła i pustelnia: — Muso Kokushi spostrzegł, że klęczy samotnie w trawie wysokiej nad omszałym nagrobkiem, typu „gorin-ishi”, wzniesionym najwidoczniej nad mogiłą księdza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lafcadio Hearn i tłumacza: Wacław Berent.