Z „Mieszczanina szlachcicem“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Z „Mieszczanina szlachcicem“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Molier
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „MIESZCZANINA SZLACHCICEM“.
Akt II, scena 6.
(Bogaty mieszczanin, p. Jourdain, nabił sobie głowę szlachectwem i dystynkcją. Pragnąc nabyć poloru wielkiego świata, otacza się mistrzami rozmaitych sztuk i nauk, z których nieokrzesana jego natura nie jest zdolna wyciągnąć żadnej korzyści. Oto „lekcja filozofji“, w której Molier równocześnie mierzy satyrą w ówczesny pedantyzm naukowy).

NAUCZYCIEL FILOZOFJI poprawiając kołnierz: Przystąpmyż do lekcji.

PAN JOURDAIN: Wierzaj pan, przykro mi, że pana tak poturbowali.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: To drobnostka. Filozof umie z hartem znosić przeciwności losu; napiszę satyrę w stylu Juwenala, w której załatwię się z nimi jak należy. Nie mówmy już o tem. Czegóż się pan pragnie uczyć?

PAN JOURDAIN: Czego się tylko da; chciałbym z całej duszy być uczonym. Nie mogę przeboleć, że rodzice nie dali mnie kształcić za młodu we wszelkich umiejętnościach.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Chwalebne uczucie: nam sine doctrina, vita est quasi mortis imago. Rozumiesz pan to, umiesz po łacinie, oczywiście?

PAN JOURDAIN: Owszem; ale rób pan tak jakbym nie umiał. Wytłómacz mi, co to znaczy.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Znaczy, że, bez nauki, życie jest jakoby obrazem śmierci.

PAN JOURDAIN: Ten łacinnik ma słuszność.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Czy masz pan pewne podstawy, jakieś zaczątki umiejętności?

PAN JOURDAIN: Och, tak; pisać i czytać.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Od czegóż pragniesz pan abyśmy rozpoczęli? Chcesz pan, abym cię poznał z logiką?

PAN JOURDAIN: Cóż to za logika?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Wiedza, która naucza o trojakich operacjach naszego umysłu.

PAN JOURDAIN: Jakież to są te trojakie operacje?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Pierwsza, druga i trzecia. Pierwsza, zasadza się na należytem pojmowaniu zapomocą uniwersaljów; druga, na należytem osądzeniu zapomocą kategoryj; trzecia zaś na należytem wyprowadzeniu konsekwencyj zapomocą figur: Barbara. Celarent, Darii, Ferio, Baralipton[1].

PAN JOURDAIN: Jakieś strasznie zakazane przezwiska. Ta logika mi się coś nie wydaje. Czegoś przyjemniejszego.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Chce pan studjować nauki moralne?

PAN JOURDAIN: Moralne?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Tak.

PAN JOURDAIN: Czegóż one uczą, te nauki moralne?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Traktują o szczęściu doczesnem, pouczają jak hamować namiętności, i...

PAN JOURDAIN: Nie, dajmy temu pokój. Jestem pasjonat jak wszyscy djabli i żadna moralność nic na to nie poradzi; kiedy już na mnie przyjdzie, muszę się wykląć do syta.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Chcesz się pan uczyć fizyki?

PAN JOURDAIN : Cóż to za jedna, ta fizyka?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Fizyka, to nauka, która objaśnia zasady zjawisk naturalnych i właściwości ciał; poucza o przyrodzie żywiołów, metali, minerałów, kamieni, roślin i zwierząt, wskazuje na przyczyny wszelakich meteorów, tęczy, błędnych ogników, komet, błyskawic, grzmotów, piorunów, deszczu, śniegu, gradu, wiatru i wirów powietrznych.

PAN JOURDAIN: Nie; to jakieś straszne huku-puku, straszne huru-buru.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Czegóż więc chcesz, bym pana nauczył?

PAN JOURDAIN: Niech mnie pan nauczy ortografji.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Bardzo chętnie.

PAN JOURDAIN: A potem nauczy mnie pan znać się na kalendarzu, abym wiedział kiedy jest pełnia a kiedy nów.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Niech i tak będzie. Aby tedy dobrze wniknąć w myśl pańską i traktować ten przedmiot ze stanowiska filozofji, trzeba zacząć, wedle przyrodzonego porządku rzeczy, od dokładnego poznania natury głosek i różnorakich sposobów wymawiania tychże. W tym przedmiocie muszę panu powiedzieć, że głoski dzielą się na samogłoski, tak nazwane samogłoskami ponieważ wyrażają same, czyli czyste głosy, i na spółgłoski, ponieważ wymawia się je zawsze społem ze samogłoskami, i oznaczają jedynie różnorodne artykulacje głosowe. Istnieje pięć samogłosek, czyli głosów: A, E, I, O, U.

PAN JOURDAIN: To wszystko rozumiem.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoskę A wymawia się otwierając szeroko usta: A.

PAN JOURDAIN: A, A. Tak.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoskę E wyraża się zbliżając szczękę górną do dolnej: A, E.

PAN JOURDAIN: A, E; A, E. Prawda, prawda. O, jakie to piękne!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Zaś głoskę I, zbliżając jeszcze bardziej szczęki do siebie i rozsuwając kąty ust ku uszom: A, E, I.

PAN JOURDAIN: A, E, I, I, I, I. W istocie. Niech żyje nauka!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoska O powstaje wówczas, gdy otwieramy szczęki, i zbliżamy wargi dwoma kącikami, górnym i dolnym: O.

PAN JOURDAIN: O, O. Nic słuszniejszego: A, E, I, O, I, O. To cudowne! I, O, I. O.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Otwór ust tworzy przytem małe kółko, które przedstawia jakgdyby O.

PAN JOURDAIN: O, O, O. Masz pan słuszność: O. Doprawdy, jak to miło coś umieć!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoskę U wydaje się zbliżając do siebie zęby, nie łącząc ich wszelako całkiem, i wydłużając wargi ku przodowi, tak iż również zbliżają się do siebie, nie łącząc się całkowicie: U.

PAN JOURDAIN: U, U. Najświętsza prawda: U.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Pańskie wargi wyciągają się tak, jakgdybyś się przedrzeźniał: stąd pochodzi, iż, gdybyś się chciał pokrzywić komuś i zadrwić zeń sobie, nie mógłbyś powiedzieć nic innego, jak tylko: U.

PAN JOURDAIN: U, U. To prawda. Ach, czemuż nie uczyłem się wcześniej, aby wiedzieć to wszystko!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Jutro przejdziemy do innych głosek, mianowicie do spółgłosek.

PAN JOURDAIN: Czy i tam są rzeczy tak ciekawe jak tutaj?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Niewątpliwie. Spółgłoskę D naprzykład, wymawia się przyciskając koniec języka do zębów górnych: DA.

PAN JOURDAIN: DA, DA. Prawda. Nie, jakie to piękne, jakie piękne!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoskę F, przyciskając zęby górne do wargi dolnej: FA.

PAN JOURDAIN: FA, FA. W istocie! O moi rodzice! jakiż ja mam żal do was! jakżeście mnie ciężko ukrzywdzili!

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Głoskę R, podnosząc koniec języka aż do górnego podniebienia w ten sposób, iż, potrącony z pewną siłą przez wychodzącą falę powietrza, ustępuje jej i wraca ciągle na to samo miejsce, wprawiony w niejakie drżenie: R, RA.

PAN JOURDAIN: R, R, RA; R, R, R, R, R, RA. Tо prawda. Co z pana, doprawdy, za uczony człowiek! Ach, ile ja czasu straciłem! R, R, R, RA.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Wyłożę panu gruntownie wszystkie te osobliwości.

PAN JOURDAIN: Bardzo pana proszę. A teraz, muszę się panu zwierzyć z jednej rzeczy. Kocham się w pewnej bardzo wysoko położonej osobie, i pragnąłbym abyś mi pomógł napisać bilecik, który chciałbym upuścić u jej stóp.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Bardzo chętnie.

PAN JOURDAIN: To będzie delikatnie, prawda?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Z pewnością. Chce pan napisać wierszem?

PAN JOURDAIN: Nie, nie; nie chcę wierszy.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Wolisz zatem prozą?

PAN JOURDAIN: Nie, nie; ani wierszem, ani prozą.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Musi być albo jedno albo drugie.

PAN JOURDAIN: Czemu?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Z tej przyczyny, iż, dla wyrażenia myśli, posiadamy jedynie wiersz lub prozę.

PAN JOURDAIN: Tylko wiersz lub prozę?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Tak, panie. Wszystko co nie jest prozą, jest wierszem, a wszystko co nie jest wierszem, jest prozą.

PAN JOURDAIN: A tak jak się mówi, to co jest takiego?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: To proza.

PAN JOURDAIN: Jakto? więc kiedy mówię: Michasiu, podaj mi pantofle i przynieś krymkę, to proza?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Tak, panie.

PAN JOURDAIN: Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tem żywnego pojęcia! Jestem panu najszczerzej obowiązany, żeś mnie pouczył. Pragnąłbym więc napisać w owym bileciku: Piękna markizo, twoje piękne oczy sprawiły, iż umieram dla ciebie z miłości; ale chciałbym aby to wyrazić w sposób doborowy, żeby to było jakoś zgrabnie powiedziane.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Napiszemy, że płomienie jej oczu obracają w popiół twoje serce; że dzień i noc cierpisz dla niej najgwałtowniejsze...

PAN JOURDAIN: Nie, nie; nic takiego. Chcę tylko to, co powiedziałem: Piękna markizo, twoje piękne oczy sprawiły, iż umieram dla ciebie z miłości.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Trzebaby to nieco rozwinąć.

PAN JOURDAIN: Nie, mówię panu. Chcę żeby były tylko te słowa, ale jakoś modnie wykręcone, przyprawione jak się należy. Prosiłbym pana, abyś mi podał, tak, na próbę, rozmaite sposoby jakiemiby to można wyrazić.

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Można wyrazić popierwsze tak, jak pan to powiedziałeś: Piękna markizo, twoje piękne oczy sprawiły, iż umieram dla ciebie z miłości. Albo: Iż z miłości umieram dla ciebie, twoje piękne oczy sprawiły, piękna markizo. Albo: Sprawiły piękne oczy twoje, iż z miłości, piękna markizo, umieram dla ciebie. Albo: Oczy twoje, iż umieram, piękna markizo, dla ciebie z miłości, sprawiły. Albo: Dla ciebie, piękna markizo, iż umieram, sprawiły twoje oczy, z miłości.

PAN JOURDAIN: Ale, z tych wszystkich sposobów, któryż jest najlepszy?

NAUCZYCIEL FILOZOFJI: Ten, którego pan użyłeś: Piękna markizo, twoje piękne oczy sprawiły, iż umieram dla ciebie z miłości.

PAN JOURDAIN: A przecież ja się nie uczyłem, i tak mi się udało trafić odrazu! Dziękuję panu z całego serca; proszę przyjść jutro wcześnie.



Przypisy

  1. W. 1. Barbara, Celarent... Nazwy sylogizmów, będących podstawą wiedzy scholastycznej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.