Złote sidła/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Pierwsze zwycięstwo Filipa
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVII.
Pierwsze zwycięstwo Filipa.

Filip nadsłuchiwał z kijem w ręce.
Zimno było teraz na Barrenie równie nieludzkie jak zgiełk, który po nim nastąpił. Jakkolwiek Filip znał to, oszałamiające swą jaskrawą wrzawą, zjawisko, wywarło ono na nim przykre wrażenie. Wśród ciszy rozlegało się tysiące nieuchwytnych dźwięków: miękki szelest spadającego śniegu, łomot odrywających się gałęzi jodłowych, syk jego oddychających piersi, pukanie serca w komorze. Oczy i uszy zdawały się wytężać na wszystkie strony.
Powoli zaczęły się wyłaniać kontury przedmiotów z chaosu nocnego. Drzewa i krzaki ukazywały swoje sylwetki i nabierały kształtów. Przez padający śnieg widać było tworzące się i torujące sobie drogę przez niebo chmury.
Filip, ukryty za niskimi jodłami, myślał, jak bardzo musi się niepokoić Cecylia, widząc, że pobyt jego przedłuża się. Nie mógł jednak zebrać sił, aby opuścić swoje stanowisko obserwacyjne i wrócić do niej. Przeczucia nie zawodziły go z pewnością. Coś się zbliżało.
Było dosyć jasno, aby mógł spostrzec najmniejszy ruchomy punkt na przestrzeni pięćdziesięciu jardów. Ale nic nie zjawiało się od strony śladu, który pozostawił na śniegu.
Gdyby Olaf Anderson, Szwed, był tutaj, opowiedziałby mu o innej, pełnej strachu nocy, podobnej do tej, jaka upłynęła i o równie bezużytecznym czuwaniu. Pouczyłby go Olaf Anderson, że Eskimosi nie kroczą tylko po samym śladzie dzikiej zwierzyny, którą ścigają, ale podobnie jak wilki, rozpraszają się na małe grupki, po dwóch lub czterech i otaczają ten ślad z lewej i prawej strony, nie ukazując się nigdzie. O tym Filip nie wiedział i nadaremno wytrzeszczał przed siebie oczy, chociaż instynkt mówił mu, że nieprzyjaciel się zbliża.
Wtedy to usłyszał coś nieznanego. Nie był to tylko sam szelest. Był to prosty szmer, przenikający powietrze, podobny do innych, wibrujących w atmosferze. Ale w ciszy Barrenu ten niezwykły szelest zahuczał jak wystrzał z rewolweru. A tymczasem Filip nie widział przed sobą nic. Ślad był pusty. Odwrócił powoli głowę, nie poruszając się.
Zaledwie na dziesięć kroków od niego, stał jakiś zakapturzony kształt, jakieś przysadkowate zjawisko, osadzone silnie na nogach, z ognistymi oczyma, w pierwszej chwili bardziej podobne do fantastycznego krasnoludka, niż do człowieka. Ów zakapturzony kształt podniósł równocześnie ramię i szarą światłość jutrzni przeszył nagły błysk.
Siłą instynktu podświadomego, który czuwa nad nami, i szybszy jest jak myśl, Filip przypadł do śniegu jednym automatycznym ruchem, tak prędkim, jak mignięcie aparatu fotograficznego lub wybuch prochu w tygielku, podczas gdy dziryt świsnął tam, gdzie znajdowała się jego głowa i ramiona, na pół sekundy przedtem.
Tak infiniteczymalna była ta część sekundy, że Eskimos był przekonany, iż przeszył swoją ofiarę. Okrzyk triumfu wydarł się z jego gardła, sakotwow Kogmolloków, ochrypły i dziki „krwawy okrzyk" który przeszył powietrze i uleciał na milę w dal.
Ale prawie równie szybko krzyk zamarł. Napiąwszy swoje muskuły jak cięciwę, Filip zerwał się z ziemi. Kij świsnął w powietrzu i spadłszy na zakapturzoną i osłupiałą istotę, powalił ją na ziemię.
Ramię Eskimosa było zmiażdżone od pierwszego uderzenia. Drugi cios ugodził prosto w kaptur ze skóry foki, a trzeci doprowadził do przedśmiertnej drgawki.
Filip uderzał z taką gwałtownością, że zachwiał się na nogach. Nie odzyskał jeszcze równowagi, gdy dwa inne kształty wyłoniły się z cienia i rzuciły się na niego z dzikim wrzaskiem. Nie miał nawet czasu podnieść swój kij. Rzuciwszy się na najbliższego z Kogmolloków, chwycił jedną ręką wzniesiony już dziryt, a drugą ręką wymierzył potężne uderzenie pięścią. Eskimos zwalił się na ziemię, wypuściwszy z ręki dziryt, którym zawładnął Filip, ogarnięty szałem walki.
W tej samej chwili uczuł, że pochwyciła go za gardło para kosmatych rąk. Wydał okrzyk grozy, który zamarł w tym żelaznym uścisku. Głowa jego odwróciła się wstecz, był pod spodem.
Był to zwyczajny podstęp wojenny Eskimosów, podstęp, który zawodził rzadko, dawny sasakiwechikun albo dżiu-dżitsu polarne, przekazywane synom przez ojców od szeregu pokoleń. Kiedy jeden z Kogmolloków przytrzymuje bezsilną ofiarę z tyłu, drugi przebija jej serce.
Ubezwładniony w ten sposób Filip słyszał krótki nakaz, rzucony przez Eskimosa swojemu towarzyszowi, aby przybywał jak najprędzej z nożem i zakończył walkę. Odpowiedział mu na to pomruk.
W owej chwili poczuł Filip w kieszeni koło pasa mały rewolwer Cecylii. Wyjął go szybko, wykręcił ramię, omal nie wyłamując je ze stawów, i strzelił. Był to szczęśliwy pomysł. Wybuch prochu zranił twarz zakapturzonego Eskimosa. Ręce rozkrzyżowały się i wypuścił z uścisku Filipa, który skoczył na równe nogi.
Eskimos, zasłaniając zakrwawioną twarz rękoma i pełzając na kolanach znajdował się od niego ledwie o cztery kroki. Filip zauważył w śniegu swój kij. Podniósł go i schował rewolwer do kieszeni. Jeden dobrze wymierzony cios i walka była skończona. Trwało to wszystko pięć minut. Los był dla Filipa życzliwy. Na śniegu czerniły się cztery krwawe plamy. Oto było wszystko, co pozostało z jego nieprzyjaciół, z których przynajmniej dwaj byli zabici.
Rozważał jeszcze ów wspaniały rezultat i przygotowywał się do obrony przeciw nowemu atakowi, gdy nagle odwrócił się i wydał okrzyk zdumienia. Ktoś stał koło niego na dziesięć zaledwie kroków. Była to Cecylia.
W szalonym porywie, który ją uniósł, porzuciła na śniegu skórę niedźwiedzią. Stała w nocnym stroju, z bosymi nogami, zatopionymi w śniegu, w szarej jutrzni polarnej i wyciągała nagie ramiona ku swojemu przyjacielowi. Wołała;
— Filipie! Filipie!
Stłumiwszy krzyk, skoczył ku niej. Ponieważ myślała, że jest śmiertelnie zagrożony, przybiegła w tym dziwacznym stroju. Jakże można było teraz wątpić, że i ona go kochała?
Odpowiedział:
— Cecylio! Cecylio! — i załkał.
Potem wziął ją w swoje silne ramiona i pędem zaniósł do skóry niedźwiedziej.
Owinął ją niemal brutalnie, omal jej nie zadusiwszy. Ich obopólne łkania zmieszały się z sobą wśród mroźnego dnia. I gdy tak leżeli przytuleni do siebie, nadsłuchiwali równocześnie oboje.
Z dala rozległ się ostry i dziki okrzyk wojenny Kogmolloków. Było to wezwanie, rzucone trzem zakapturzonym, którzy napadli na Filipa, domagające się odpowiedzi.
Doleciał on z zachodu, z odległości mili, a powtórzył go drugi okrzyk ze wschodu. Filip przytulił twarz do twarzy Cecylii. Serce jego szeptało modlitwę, bo wiedział, że bitwa dopiero się zaczęła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.