Złote sidła/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł W oczekiwaniu świtu
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.
W oczekiwaniu świtu.

Po upokorzeniach i rozpaczach pierwszych chwil Filip ukląkł i złożył Cecylię na śniegu, pod wielką jodłą, o którą ją oparł.
Owinął ją starannie w skórę niedźwiedzią, dziękując Bogu, że skóra była dość szeroka i mogła ją szczelnie okryć. Przyszła mu wtedy myśl, aby wrócić do stosu popiołu i żaru i wydostać stamtąd, co się tylko da. On sam nie miał na sobie prawie nic, a cóż dopiero Cecylia!
Wilków nie potrzebował się już obawiać. Jeśli już nie uciekły w głąb lasu, Filip wiedział, że nie napadną go koło płonącej chaty, gdyż boją się strasznie ognia. Co do Eskimosów, to pożar mógł ich ściągnąć spowrotem do chaty. Ale musiał się odważyć. On sam, Filip, naraził Cecylię na to nowe niebezpieczeństwo, jeszcze gorsze, niż Bram Johnson. Nieszczęście spowodowała jego lekkomyślność, z jaką wyładował drzewem piec i podstępna pomoc burzy. Teraz należało to naprawić.
Pobiegł więc do palisady ogrodzenia i wkrótce ją osiągnął. Ale przed śmiertelną linią wściekłego ogniska musiał się zatrzymać, zaciskając kurczowo pięści i rzucając płomieniom w złości słowa pogardy, lęku i bezsilności. Gorąco wulkanu wycisnęło pot z jego zmarzniętego czoła i wysuszyło mu gardło. Wszystko spłonęło doszczętnie. I ta nędzna chata, gdzie niedawno jeszcze przeklinał los, oblegany przez wilki i Eskimosów, wydala mu się Opatrznością Boską. Wtedy walka była jeszcze możliwa. Ale odtąd...
Podniósł nagle rękę do odkrytej głowy. Wiatr ustał i począł padać śnieg.
Filip wiedział, że zimno wzrasta i termometr musiał już wskazywać dwadzieścia stopni poniżej zera. Gdyby wiatr zerwał się na nowo, w ciągu dwu lub trzech godzin miałby odmrożone uszy. Pomyślał równocześnie, że zapałki jego zostały w lewej kieszonce kamizelki. Spłonęły wraz z chatą. Nie miał nawet teraz żadnego środka, celem rozniecenia ognia.
Bez względu na to, co było, musiał powziąć natychmiastową decyzję. Chodziło nie tylko o niego, ale o Cecylię, która czekała na niego pod jodłą, owinięta w skórę niedźwiedzią, z której nie mogła się ruszyć. Bez jego pomocy umrze. Był wszechwładnym panem jej życia. Nie mogła uczynić jednego kroku, aby nie zanurzyć bosej nogi w śniegu. Była teraz dla Filipa czymś więcej niż kobietą kochaną, małym dzieckiem, które trzeba nieść na rękach, chronić przed zimnem i wiatrem, dopóki w żyłach jego płonąć będzie kropla krwi męskiej. On będzie dla niej matką, nie będzie jej skąpił trosk macierzyńskich, aż do chwili, gdy padną oboje zwyciężeni. Chyba, gdy uratuje ich niespodziewany cud... Należała do niego, była jego wyłączną własnością, jak gwiazdy należące do nieba. W jego ramionach znajdzie życie lub śmierć.
Energia rosła w Filipie. Kiedy wracał do Cecylii przyszła mu nagle do głowy myśl. Istniała druga chata. Ta, która była próżna i obok której przejechał w towarzystwie Brama. Tam było wybawienie! Mógł się znajdować od niej najwyżej w odległości ośmiu do dziesięciu mil i nie wątpił, że ją znajdzie. Budziła się w nim na nowo nadzieja, a wraz z nią wola zwycięstwa.
Zbliżając się do Cecylii usłyszał Filip radosny ton, jakim go pozdrawiała. Wołała go po imieniu. Głos jej nie drżał z przerażenia. Zdradzała raczej szczęście i radość, że go znów widzi koło siebie.
Położył palec na jej ustach, dając jej tym do zrozumienia, że nie powinni wszczynać żadnego hałasu. Lękał się aby nie obudzić czujność Eskimosów, którzy musieli być niedaleko. Bo w jaki sposób zdołałby się oprzeć ich atakowi? Byłaby to nieunikniona śmierć. Filip nachylił się nad Cecylią, owinął ją starannie, w skórę niedźwiedzią i podniósł. Zdołała wysunąć rękę z owego futrzanego więzienia i położyć ją na policzku Filipa. Potem spojrzeli po raz ostatni na rozpadające się w popiół resztki żaru.
Wiatr uciszył się na chwilę i przestał jęczeć w wierzchołkach jodeł. Na niebie pojawiła się na wschodzie blada światłość w chwilowym obramowaniu chmur. To wstawała jutrzenka. Ale chmury zamknęły się i rozpękły się w białą lawinę śnieżną. Grube i miękkie płatki jęły pokrywać ślady kroków. Było to szczęśliwą pomocą w ucieczce przed ewentualnym pościgiem Eskimosów.
Filip szedł szybko, o tyle, o ile mu na to pozwalała nierówna ziemia lasu i zalegająca jeszcze ciemność. Przez dosyć długi czas kroczył ku wschodowi i ledwie czuł ciężar słodkiego brzemienia, które niósł na rękach. Przebiegł w ten sposób całą milę, potem zatrzymał się, aby wypocząć.
Szepnąwszy po cichu kilka słów do Cecylii, usiadł na powalonym drzewie, tworzącym coś w rodzaju ławki. Przekonał się, czy skóra niedźwiedzia, w którą ją owinął, nie rozwinęła się i czy chroniła ją należycie przed zimnem, które, na szczęście, było znośne, ponieważ wiatr nie wiał zupełnie. Ręka jego natknęła się na bose jej nogi. Cecylia drgnęła, potem zaczęła się śmiać. Przekonał się, że były ciepłe, owinął je zapobiegliwie, nim ruszył w dalszą drogę.
Po trzech przystankach spotkał grupkę jodeł, których rozłożyste gałęzie nie dopuszczały śniegu na ziemię. Złamał kilka gałązek i sporządził z nich gniazdo dla Cecylii. Ułożył ją tam i razem czekali dnia. Wytężali słuch wśród ciszy, bacząc, czy do uszu ich nie dolatuje jakiś szmer. Posłyszeli dalekie echo żałosnego wycia jednego z wilków Brama, potem dwukrotnie echo głosu ludzkiego. Ręka Cecylii ścisnęła po raz drugi rękę Filipa, jak gdyby chcąc go uwiadomić, że słyszy również.
Odpocząwszy trochę, gdy nie zagrażało żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo, Filip pozostawił Cecylię i udał się na poszukiwania aż na kraniec lasu. W ciemnym świetle polarnej jutrzenki zobaczył, że ślad jego znikł już pod nawałnicą śnieżną, która, na szczęście nie ustawała. Gdyby chodziło o białych lub o Indian, byłby zupełnie spokojny. Ale Eskimosi posiadają doskonale rozwiniętą zdolność i bystrość w rozpoznawaniu śladów. Przez pięć miesięcy w ciągu roku muszą tropić pod podwójną powłoką śniegu i nocy ślad zwierzyny, którą się karmią i której ślad rozpoznają tam, gdzie dla innych jest on niewidoczny.
Gdyby Kogmollokowie, zwabieni ogniem, wrócili natychmiast do chaty Brama, zauważyliby bez wątpienia ich ucieczkę i ścigaliby jego i Cecylię. Utajony instynkt mówił mu, że powinien mieć się na baczności, ponieważ rozegra się nowy akt dramatu. Wielka gałąź, którą zaczepił nogą, dostarczyła mu materiału na kij. Chwycił ją żarliwie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.