Złote sidła/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Kres podróży
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.
Kres podróży.

W ciągu dobrej pół minuty Bram stał jak skamieniały. Oczy jego przestały wpatrywać się w Filipa i zwróciły się ku warkoczowi. Grube jego wargi odchyliły się i usta otworzyły się szeroko. Zdawało się, że przestał oddychać. Ręce jego wypuściły bat i kij, które upadły na śnieg.
Jakby zahypnotyzowany sidłami uczynił krok naprzód, potem dwa, potem jeszcze jeden, aż zbliżył się do Filipa. Wziął do ręki złoty warkocz, nie wypowiedziawszy ani słowa. Ale zły blask zagasł w jego szarych oczach. Rysy jego ciężkiej twarzy złagodniały i kiedy podniósł w górę włosy, zniknęło coś z jego zwierzęcości. Był to jedyny uśmiech, jakim natura mogła obdarzyć twarz Brama.
Ciągle jednak milczący, nie mówił nic, zwijając warkocz dokoła swoich wielkich palców, potem schował go gdzieś w kieszeni. Ale nagle uprzytomnił sobie obecność Filipa i chwycił rewolwer, a potem mruknął dziko, jakby wyrażając tym swoje myśli i odrzucił go precz daleko, w białą dal. A wilki biegały nieustannie w szalonych podskokach. To samo uczynił z nożem. Kiedy przyszła kolej na strzelbę, olbrzym oparł ją o kolano i tak spokojnie, jak gdyby łamał kawałek patyka, przełamał ją koło lufy.
— Niech go licho porwie! — zaklął Filip.
Porwała go fala gniewu i przez chwilę chciał już rzucić się na Brama, aby bronić swojego mienia. Ale jeśli przed chwilą czuł się bezbronny, jakże bardziej bezbronnym był teraz! Przyszła mu do głowy niemal natychmiast inna myśl. Jeśli Bram zniszczył jego broń, miał widocznie zamiar oszczędzić jego życie, przynajmniej chwilowo.
Bezcelowość dysputowania kazała mu milczeć. Bram spojrzał na niego i wskazał mu swoje narty. Było to milczące zaproszenie do wdziania ich. Wilki wróciły, podstępne i chytre. Rozległ się trzask bicza. Bram podniósł ramię ku północy i dał znak Filipowi, aby szedł naprzód. Karawana ruszyła w drogę. Bram postępował za Filipem, a zgraja wilków za Bramem. Porządek orszaku wskazywał wyraźnie, że outlaw zabierał z sobą więźnia, nieprzyjaciela. Dlaczego jednak zlitował się? Tajemnica.
Przy końcu dwóch mil znaleziono sanki Brama. Pozostawił je, aby mieć większą swobodę ruchów, gdy przyszedł w nocy z swoimi wilkami czyhać na ścigającego go nieznajomego. Domyślił się bowiem zapewne, że Filip szedł za jego śladami po ostatnim spotkaniu się z nim. Taktyka człowieka-wilka była zdumiewająca. Filip dziwił się jej w duchu.
Obserwował Brama, gdy ów nakładał na zgraję uprząż. Wilki słuchały go jak psy. Między nim a nimi istniało jakby koleżeństwo, nawet uczucie. Bram przemawiał do nich wyłącznie po eskimosku. Słowa trzaskały, jak gdyby ocierano o siebie garść kości: klak, klak, klak. Nie był to już gardłowy ton Brama, gdy mówił gwarą metysów.
W chwili, gdy sanki miały ruszyć, Filip usiłował jeszcze raz przerwać milczenie i wydobyć z Brama kilka słów.
— Jeśli myślisz naprawdę, że chciałem ciebie zastrzelić — rzekł, — dlaczego nie odpowiedziałeś mi, wypuszczając na mnie swoje wilki, jak to uczyniłeś już z innymi? Dlaczego przyszedłeś jedynie poto, aby mnie uwięzić w mojej kryjówce? A następnie... gdzie idziemy, na Boga, gdzie?
Bram wyciągnął ramię w kierunku Barrenu.
— Tam! — rzekł, nie odpowiadając na resztę pytań.
I ramię jego wskazywało nieruchomo północ jak igła busoli.
A potem, jak gdyby myśl jego wróciła do pierwszej części pytań Filipa, wybuchnął śmiechem. Brzydota naturalna Brama w chwili, gdy się śmiał, upodobniała twarz jego do koszmaru, do owych okapnic gotyckich, wyrzeźbionych w gzymsach starych katedr, zapatrzonych wybałuszonym okiem w przeszłość. Śmiech ten był do tego stopnia drażniący, że Filip miał chęć chwycić śmiejącego się za bary i trząść nim, aż zacznie mówić.
Ale jeszcze raz pomyślał o Pelletierze. O tym Pelletierze, który zapewne, jak Bram, był na pół szalony, gdy wypisywał na drzwiach swojej chaty bezładne zdania. I Bram walczył z szaleństwem, z szaleństwem i samotnością, które zabiły Pelletiera. Bo jeśli zabił, ciążyło na nim przekleństwo. Był poza nawiasem człowieczeństwa z rozkazu Prawa!
Śmiech ustał i Bram przybrał znów niewzruszoną minę. Jednym ruchem wskazał Filipowi, że musi wsiąść do sanek, podczas gdy on sam objął prowadzenie wilków. Świsnął bat, Bram przemówił do wilków po eskimosku, wilki pociągnęły liny i odjechali.
Człowiek-zwierzę, o niskich ramionach i niskiej głowie, otwierał pochód na swoich nartach. Jechali przeciętnie ośm mil na godzinę. Siedząc na sankach nie mógł Filip oderwać oczu od szerokich pleców Brama i szarych grzbietów wilków. Widząc jak człowiek ów i owe bestie trudzą się w braterskim wysiłku, przebywając świat milczenia i nicości, ogarnęła go litość dla tych pariasów życia.
Potem oczy jego spoczęły na sankach i z zaciekawieniem przyglądał się wszystkiemu, co się na nich znajdowało. Leżały na nich zwinięte skóry niedźwiedzie. Były to przykrycia Brama. Jedna z nich, z białym futrem, pochodziła od niedźwiedzia polarnego. Obok skór leżała tylna część ciała renifera. Na długość ręki znajdowała się strzelba i kij. Strzelba była starego typu, na jeden strzał i nabijała się przez nasadę. Filip zastanawiał się dlaczego Bram, miast niszczyć jego strzelbę, bardziej nowoczesną, nie zabrał jej sobie, zamiast tego starego rekwizytu.
Jeszcze bardziej niż strzelba, zdawał się być używany kij. Sporządzony był z brzozy i długi na trzy stopy. W miejscu, gdzie go zwyczajnie trzymał Bram, był zupełnie zniszczony, wytarty i tak dalece powleczony brudem, że był czarny jak heban. Na przeciwległym końcu, którym się uderzało, zaostrzona jego powierzchnia nosiła oznaki gwałtownych, szybkich razów i ślady krwi, na pół wyblakłej. Nie było na saniach żadnych przyborów kuchennych ani artykułów spożywczych, prócz mięsa renifera. W tyle znajdowała się tylko duża wiązka smolaków jodlanych, skąd wysterczała gruba rękojeść siekiery.
Skóra niedźwiedzia i strzelba przykuwały szczególnie uwagę Filipa. Strzelba! Wystarczało, aby się tylko nachylił, a mógł ją pochwycić, a myśl podszeptywała mu, że trafi z pewnością w szerokie plecy, sterczące przed nim. Bez wątpienia Bram zapomniał o broni na sankach. A może liczył tylko na pomoc swoich wilków, które uważał za wystarczające, a może także... ufał swojemu więźniowi? To przypuszczenie powstrzymało Filipa. W istocie nie pragnął zupełnie zrobić Bramowi coś złego. Nie usiłował również uciec od niego. Zapomniał, że był zaprzysiężonym agentem Prawa i że winien przynieść do swojej Kwatery Głównej skórę Brama, żywego lub umarłego. Bram nie był już dla niego mordercą. Był to człowiek nieszczęśliwy. I w tym polowaniu na człowieka nie widział już tylko zwyczajnego sportu, ale dostrzegał w nim kuszący wdzięk obowiązku ludzkiego i dreszcz nieznanych wrażeń.
Istotnie, były jeszcze złote sidła. Kiedy chwyciła go pokusa, aby sięgnąć po strzelbę, pozostawioną tutaj jakby przez Opatrzność, rękę jego powstrzymała ta druga myśl. Bram i jego wilki wiozły go z całą szybkością ku złotym sidłom i ich tajemnicy. Teraz nie wątpił o tym.
Jak długo trwała ta jazda? Nie trudno było przypuszczać, że jadąc na wschód od wielkiego Jeziora Niewolników, Bram kierował się ku Morzu Lodowatemu i że osiągnie Rzekę Pokładów Miedzi. Skóra białego niedźwiedzia, leżąca na sankach, pochodziła od świeżo zabitego zwierzęcia, a okolice te obfitują w tego rodzaju zwierzęta. Było to dobrych pięćset mil aż do pierwszych kolonii Eskimosów. Bram i jego wilki mogli przebyć tę przestrzeń w dziesięciu dniach, może w ośmiu.
Ustaliwszy ten fakt, można było zrozumieć bardzo wiele rzeczy. Młoda dziewczyna czy kobieta, do której należał złoty warkocz, przybyła w owe okolice na pokładzie statku wielorybiego. Może była to żona lub córka kapitana. Okręt rozbił się wśród gór lodowych i załogę wyratowali Eskimosi. Ona była u nich aż do teraz, w towarzystwie innych białych ludzi. Była to lepsza myśl niż przypuszczenie, że należała do Brama.
Filip czynił wszystko możliwe, aby odepchnąć od siebie tę ohydną i straszną myśl, która mimo wysiłków nie chciała go opuścić. Bo, w istocie rzeczy, tak mogło być. Kobieta o takich włosach, podobnych do złota, w posiadaniu tego olbrzyma, półobłąkańca! Co za potworne połączenie.
Kiedy wyobraźnia Filipa bujała, ręce jego zaciskały się. Brała go chęć wyskoczyć z sanek, rzucić się na Brama, powalić go na śnieg i przygniótłszy nogą jego piersi, wydrzeć mu całą prawdę. Ale należało pohamować się i używszy mądrej dyplomacji, czekać upragnionego końca.
Przez godzinę ustalał Filip przy pomocy busoli kierunek drogi obranej przez Brama. Szła ona ku północy. Potem Bram usiadł sam na sankach. Stał wyprostowany nad Filipem, a jego długi bat popędzał zaprzęgnięte wilki, które jęły biec galopem, z szybkością przekraczającą dziesięć mil na godzinę.
Kiedy sanki gnały przez zamarzniętą równinę, Filip próbował prawie dziesięć razy nawiązać rozmowę. Ale Bram ciągle nie odpowiadał. Zadowalniał się od czasu do czasu tym, że nawoływał po eskimosku swoje wilki, trzaskał z bata i wywijał w powietrzu wielkimi ramionami, przerywając to swoim apokaliptycznym śmiechem.
Upłynęły jeszcze dwie godziny. Bram wydał krótki rozkaz i wilki zatrzymały się. Nastąpił drugi rozkaz, energiczny i brutalny, rzemień bata świsnął groźnie i zadyszane wilki zaryły się brzuchami w śnieg.
Filip wyskoczył z sanek, podczas gdy Bram nachylił się ku strzelbie. Klęcząc przed nią, pokazał ją palcem Filipowi. Potem zaś rzekł spokojnie, dobitnie, nie zdradzając w głosie obłąkania:
— Nie ruszaj strzelby, m’sieu. Dlaczegoś nie strzelał, gdy byłem tu, odwrócony do wilków?
— Dla tej samej przyczyny, dla której ty mnie nie zabiłeś, gdy spałem — odparł Filip.
I chwyciwszy Brama za ramię, rzekł:
— Dlaczego, diable, jesteś taki skryty? Dlaczego nie mówisz? Teraz ciebie nie ścigam. Policja uważa ciebie za umarłego, a ja nie mam zamiaru cię zdradzić. Dlaczego nie chcesz się trochę uczłowieczyć? Gdzież my, do licha jedziemy i dlaczego?
Nie skończył. Głowa Brama odskoczyła w tył, usta jego rozdarły się od ucha do ucha i wybuchnął z nich niepowstrzymany śmiech. Ale tym razem nie był to śmiech zły i tragiczny. Był to prawdziwy śmiech, zupełnie naturalny, którym Bram śmiał się swobodnie. Wziął do ręki strzelbę i otworzył kurek. Magazynek był pusty.
Filip zdębiał. Bram podsunął mu pokusę, aby go wypróbować!
Podstęp nie był pozbawiony logiczności ani pomysłu. Był dziełem człowieka zdrowego na umyśle. Ale oczy Brama nabrały znów wyrazu dzikości, który pogrążył go w niezgłębionych swoich otchłaniach.
Odłożywszy strzelbę Bram począł krajać na kawałki mięso renifera przy pomocy wielkiego noża. Zapewne zadecydował, że nadeszła już pora wspólnego śniadania. Każdemu wilkowi wydzielił porcję mięsa, po czym odciął sobie płat i pożarł go żarłocznie. Zostawił nóż, wetknięty po rękojeść w kadłub. Było to zaproszenie Filipa do uraczenia się mięsem.
Filip usiadł obok Brama i otworzywszy swoją torbę, wyjął z niej swoją własną żywność. Rozłożył ją umyślnie między sobą a towarzyszem, aby ów uraczył się również, jeśli zechce.
Szczęki Brama przestały gryźć i kiedy Filip podniósł oczy, zadrżał. Oczy Brama nabiegły krwią. Wpatrywały się uporczywie w żywność.
Człowiek-zwierzę pochwycił kawałek placka i zbliżył go do ust. Już miał go zjeść, gdy nagle odrzucił mięso i placek i rzucił się z rykiem na Filipa jak dzikie zwierzę. Zanim Filip miał czas podnieść ramię do obrony, zanim nawet mógł zrozumieć, co się stało, olbrzym chwycił go za gardło i powalił na ziemię. Głowa jego uderzyła o twardy śnieg i spoczął tak przez chwilę zupełnie ogłuszony.
Kiedy się podniósł, chwiejąc się na nogach i oczekując nowego napadu, Bram nie zwracał już na niego uwagi.
Bełkocąc jakieś bezładne słowa, rozkładał cały inwentarz żywnościowy Filipa. Potem mrucząc niezrozumiałe wyrazy, przysunął do siebie z sanek stos skór niedźwiedzich, rozwinął go i wyjął z niego szary worek, prawie w strzępach. W worku zobaczył Filip pewną ilość małych paczek, zawiniętych bądź to w papier, bądź też w korę brzozową. Poznał, że jedna paczka zawierała pół funta herbaty, podobna do tych, jakie Towarzystwo Załogi Hudsona sprzedaje lub używa do zamiany we wszystkich swoich sklepach.
Teraz Bram włożył do worka wszystką żywność Filipa aż do ostatniego placka. Kiedy skończył, zawinął znów worek w skóry niedźwiedzie i położył je na sanki. Zrobiwszy to, nie przestając ciągle mruczeć, usiadł znowu i skończył jeść spokojnie swoje surowe mięso.
— Biedaczysko! — szepnął Filip.
Z powodu brutalnego powalenia, od którego był jeszcze ogłuszony, nie gniewał się zupełnie na Brama Johnsona. Niepokonana żądza, głód, wywołany widokiem tego ludzkiego pożywienia, błyszczał w dzikim spojrzeniu potwora. A mimo to nie jadł nic. Dlaczego? Jedno było pewne, że jeśli Filip nie próbował odzyskać swojej własności, to ze względu na swoje życie.
Bram stał się pozornie obojętny. Ale skoro ujrzał, że Filip odkrajał sobie płat renifera, jął go obserwować. Filip zatopił swoje zęby w surowym mięsie i ażeby pokazać człowiekowi-wilkowi, iż nie czuje do niego żadnej urazy, jął zajadać z niezwykłym smakiem.
Był jeszcze zajęty spożywaniem tej prostej pieczeni, gdy Bram, ukończywszy swoje mięso, wstał i nie czekając dłużej dał znak do odjazdu przeraźliwym okrzykiem. Wilki pociągnęły postronki i Filip usiadł w sankach, mając za sobą Brama.
Zaczęła się znów diabelska galopada i jeszcze po wielu latach Filip pamiętał ją doskonale. Bram to stał wyprostowany na sankach, to znów, częściej, biegł na czoło lub też na tył uprzęży. Wilki, podobnie jak Bram, czyniły niezwykłe wysiłki. Pędziły bez wytchnienia przez śnieżny Barren, bez wypoczynku. Jeśli niekiedy zwolniły tempa, bicz Brama smagał ich szare grzbiety, a przeraźliwy głos trąbił im do uszu dzikie przestrogi. Zamrożona powłoka była tak oporna, że narty stały się niepotrzebne. Kilkanaście razy Filip wysiadał z sanek i biegł razem z Bramem, ramię przy ramieniu, i ze sforą wilków aż do utraty tchu.
Około południa busola wskazywała mu, że nie pędzili już ku północy, ale prawie wyłącznie na zachód. Potem co kwadrans sprawdzał tę nową orientację, od której Bram nie odstępował. Ciekawe było, że bieg ten był tak szalony od chwili, gdy Bram zagarnął żywność Filipa. Widocznie Bram miał jakąś myśl, bo odtąd bełkotał nieustannie swój niezrozumiały monolog.
Dzień już zachodził, gdy się wkońcu zatrzymali. Jeszcze raz wydawało się, że człowiek-wilk odzyskał na chwilę rozum. Palcem pokazał Filipowi wiązkę opału i rzekł jak normalny człowiek:
— Ogień, m’sieu!
Wilki zwaliły się wyczerpane na śnieg i rozpostarłszy łapy ułożyły na nich swoje wielkie, kosmate głowy. Bram obejrzał je wszystkie i przemówił do każdego przyjaznym tonem. Potem pogrążył się znów w milczeniu. Ze skóry niedźwiedziej sporządził samowar i napełniwszy go śniegiem zawiesił go przy pomocy drążka nad chrustem. Filip zapalił zapałkę i wesoły ogień zapłonął.
— Ile mil przebyliśmy? — zapytał Filip.
— Pięćdziesiąt, m’sieu! — odparł bez namysłu Bram.
— A ile mamy jeszcze przebyć?
Pomruk był jedyną odpowiedzią Brama, którego twarz zobojętniała. Trzymał w ręce kordelas, którego używał do krajania mięsa renifera i wpatrywał się w niego uporczywie. Potem spojrzał na Filipa.
— Zabiłem człowieka koło Jeziora Bogów, — rzekł, — bo mi ukradł mój nóż i nazwał mnie kłamcą. Zabiłem go, ot tak!
I porwawszy kawałek drzewa, rozłupał go na dwoje.
Potem wybuchnął ponurym śmiechem, zbliżył się do mięsa i odkrajał z niego kilka kawałków, dla siebie, Filipa i swoich braci, wilków. Filip podwoił swoje wysiłki, aby go wyrwać z milczenia. Śmiał się, gwizdał a nawet próbował śpiewać znaną piosenkę „O reniferze“, którą Bram zapewne często słyszał. Smażąc swój płat mięsa nad ogniem mówił o Barrenie i o wielkiej zgrai reniferów, którą spotkał na wschodzie. Zadawał Bramowi różne pytania, o czasie spędzonym od chwili jego pobytu na Barrenie, o wilkach, o kraju północnym. Widoczne było, że Bram słucha uważnie, co on mówi, ale od czasu do czasu odpowiadał tylko zwyczajnym pomrukiem.
Ukończywszy jeść mięso musieli czekać dobrą godzinę, aż śnieg stopi się w skórze i zamieni się w wodę. Ugasili nią pragnienie i napoili wilki. Noc już zapadła i przy blasku ogniska Bram wydrążył sobie w śniegu prostą dziurę nakształt łóżka. Potem przewrócił na siebie sanki, aby utworzyć z nich dach.
Filip usadowił się, jak mógł najlepiej, w worku do spania i rozpiął nad sobą namiot. Silny oddech Brama przekonał go, że człowiek-wilk śpi. Ogień wygasł.
Spał głęboko, gdy uczuł ciężką pięść, bębniącą po jego ramieniu. Obudził się i usłyszał głos Brama:
— Wstawaj, m’sieu!
Noc była tak czarna, że nie mógł zobaczyć Brama. Ale zerwawszy się na nogi usłyszał, że Bram mówił do wilków i zrozumiał, iż należy ruszyć w drogę. Zwinął więc swój worek do spania i namiot, położył je na sanki i zapaliwszy zapałkę, spojrzał na zegarek. Był zaledwie kwadrans po północy.
Aż do drugiej godziny nad ranem sanki pędziły wśród ciemności, ciągle na zachód. Potem niebo zalśniło gwiazdami, coraz jaśniejszymi i liczniejszymi i śnieżysta równina zajaśniała w dali, jak w ową noc, gdy Filip po raz pierwszy znalazł się naprzeciw Brama. Zapalał od czasu do czasu zapałki, aby spojrzeć na busolę i zegarek.
O godzinie trzeciej karawana natknęła się na mały lasek, co zaskoczyło Filipa. Owych kilka karłowatych jodeł, targanych wiatrem, pokrywało ledwie pół akru. Ale bez wątpienia zapowiadał większy las.
Istotnie, po godzinie, skierowawszy się ku północy i prując dalej biały Barren, sanki dosięgły skraju lasu, jeszcze rzadko zasianego, który w miarę, gdy się weń zapuszczano, stawał się coraz regularniejszy, większy i wyższy. Kiedy tak ujechano ośm do dziesięć mil, wstała szara i smętna jutrzenka i nagle pojawiła się chata.
Serce Filipa jęło bić. Ale czekało go rozczarowanie. Nie było tam żadnego życia. Żaden dym nie wznosił się z komina, a drzwi były niemal zagrzebane w olbrzymiej zaspie śnieżnej. Zatrzymawszy się chwilę Bram trzasnął biczem, wilki ruszyły naprzód i szalony śmiech Brama rozległ się ponurym echem po lesie.
Zostawili za sobą wymarłą chatę, przywaloną śniegiem. Filip domyślał się teraz, że podróż zbliża się do kresu. Wilki upadały ze zmęczenia. I człowiek-zwierzę ledwie wlókł nogi. Teraz Filip patrzał przed siebie z rosnącym zaciekawieniem. Badał oczyma, co się wkrótce ukaże...
Była ósma godzina rano (jechano dwie godziny od opuszczenia zamarłej chaty), gdy sanki wjechały na skraj polanki, w pośrodku której stała druga chata. Od pierwszego wejrzenia Filip zrozumiał, że było w niej życie. Z komina unosił się delikatny pasek dymu.
Widać było tylko dach tej chaty, zbudowany z drzewa, ponieważ otoczona ona była dokoła palisadą, wysoką na sześć stóp. Bram zatrzymał sanki, na kilka kroków od bramy i wetknąwszy rękę przez wycięty w tym celu otwór, odsunął wewnętrzną zasuwkę.
Brama otworzyła się.
Filip zauważył, że twarz Brama dziwnie złagodniała. Straciła swoją dziką obojętność. Oczy jego zabłysły nieznanym blaskiem, a grube usta rozchyliły się, aby wybełkotać jakieś niezrozumiałe słowa. Oddech był urywany, nie z powodu zmęczenia fizycznego, ale pod wpływem źle ukrywanego wzruszenia.
Obserwując ciągle Brama, Filip milczał, Usłyszał poza sobą stękanie wilków, czekających niecierpliwie na spuszczenie ich z uprzęży. Gniewała go ta tajemnicza radość, malująca się na twarzy Brama. Zacisnął pięści.
Bram nie widział jego ruchu. Spoglądał ku chacie i dymowi, który się z niej, dobywał. Potem odwrócił się i rzekł:
M‘sieu, idź do chaty!
Otworzył szeroko bramę ogrodzenia i Filip wszedł. Potem stanął, aby się upewnić, jakie są zamiary Brama.
Człowiek-wilk wyciągnął rękę ku chacie.
— W jamie wypuszczę wilki, m‘sieu! — rzekł.
Filip zrozumiał. Jamą na wilki było ogrodzenie. Była to ich obora i Bram chciał powiedzieć Filipowi, żeby wszedł do chaty, zanim spuści zwierzęta.
Filip czynił wszystko możliwe, aby ukryć swoje wewnętrzne podniecenie i okazać spokój. Od bramy ogrodzenia do drzwi chaty liczne ślady kroków wytłoczyły w śniegu ścieżkę i łatwo było poznać po małych rozmiarach mokassinów, że ślady te pochodzą od kobiety. Filip zbuntował się przeciw swej nadziei. Była to zapewne jakaś Indianka, która żyła z Bramem albo może raczej młoda Eskimoska, którą przywiódł z sobą z okolic podbiegunowych...
Poszedł ścieżką ku tajemniczym drzwiom. Kiedy stanął pod drzwiami, nie zapukał do nich, ale wszedł, jak to mu nakazał Bram i drzwi zamknęły się za nim...
Wtedy Bram Johnson odrzucił w tył głowę i wybuchnął tryumfalnym śmiechem, śmiechem tak donośnym, że nawet wilki skurczyły uszy i jęły lękliwie nadsłuchiwać.

W tej samej chwili Filip stał już we wnętrzu chaty, w obliczu tajemniczych złotych sideł.


...Otworzyły się drzwi i stanęła w nich młoda dziewczyna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.