Złote sidła/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Zwrot
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
Zwrot.

W ciągu swojej służby policyjnej, którą Filip wypełniał w Northlandzie, nauczył się nie dziwić niczemu, albo prawie niczemu. Ale cios był brutalny, kiedy znalazł się twarzą w twarz wobec człowieka, na którego polował.
Zerwał się tedy szybko i pierwszą myślą, która przyszła mu do głowy na widok tej dzikiej twarzy, tkwiącej w otworze podkopu, było to, że Bram, zaskoczywszy go w czasie snu, byłby go zabił bez trudu, gdyby miał zamiar to uczynić. Zauważył również od pierwszej chwili, że strzelba, która podtrzymywała jedwabny namiot, zniknęła razem z nim. Zabrał to wszystko Bram. Był tym tylko w części zdumiony.
Ale co go bardziej zdziwiło, to dziwny wyraz twarzy outlawa. Ten uporczywy wzrok, który utkwiony był w niego, nie zdradzał radości zwycięzcy, będącego panem swojej ofiary. Nie przejawiała się w nim nienawiść, ani jakakolwiek podnieta. Ale raczej pewne zakłopotanie i niepewność i jakby niezdecydowana bezsilność.
Filip mógł dokładnie zbadać tę twarz: wystające kości policzków, szerokie policzki, niskie czoło, płaski nos, grube wargi. Oczy oświetlały tę straszną maskę. Oczy te odziedziczył bezwątpienia Bram po jakiejś kobiecie, która przekazała im swoją piękność. Tak, były one wielkie i piękne, szare jak perły. W każdej innej twarzy wywołałyby podziw i zachwyt.
Upłynęła długa chwila i żaden z obu mężczyzn nie wypowiedział ani słowa. Ręka Filipa przeniosła się instynktownie na rewolwer, ale nie miał, zamiaru użyć go. Wolał przemówić.
— Hallo, Bram! — rzekł.
Bonjou, m’sieu: — odparł Bram.
Poruszyły się tylko grube wargi. Głos jego był niski i gardłowy. Prawie w tej samej chwili głowa jego zniknęła z otworu.
Żwawo wyskoczył Filip z swojego worka. Inny doleciał teraz hałas do jego uszu przez otwór podkopu. Był to zajadły krzyk wilków.
Dreszcz przebiegł ciało Filipa. Kiedy tak pełzał na kolanach i rękach w ciasnym tunelu śnieżnym, namyślał się, czy zamiast pozdrowić Brama, nie należało najpierw wpakować mu do głowy trochę ołowiu. Jeśliby Bram spuścił wilki, siedziałby tu jak szczur w łapce. Co za zabawa dla tej sfory i dla samego Brama! Zabiłby trzy łub cztery bestie i to byłoby wszystko. Inne rzuciłyby się na niego i dosłownie zalałyby go. Po raz drugi, postąpiłby jak szaleniec, uległby diabelskiemu wpływowi człowieka wyjętego, z pod prawa.
Kiedy znalazł się u wejścia do podkopu, zatrzymał się, ciągle przykucnięty, z rewolwerem w dłoni. Przez otwór widział tylko śnieg na ziemi i wyciśnięte na nim stopy Brama, tuż obok jego. I słyszał dziki pomruk wilków.
Rozległ się głos Brama;
M’sieu, rewolwer... nóż... albo cię zabiję. Wilki są bardzo głodne.
Nie widział Brama, który znajdował się poza promieniem jego wzroku. Głos nie był gniewny ani groźny. Ale czuło się w nim pewną zimną i spokojną wolę, iż stanie się tak, jak powiedział.
Wszelka walka byłaby nierozumna. Mając ku po mocy dzikie wilki, Bram odniósłby z pewnością zwycięstwo. Pojawienie się trzech tych bestyj na trzy kroki od niego, rozwiało wszystkie wątpliwości Filipa. Były to olbrzymy pustyni i kiedy spoglądał na nie, mruczące groźnie, widział biały połysk długich ich kłów, otwierających się i zamykających. Wkrótce przyłączył się do nich czwarty wilk. A potem zjawiały się kolejno po dwa, tworząc przed nim długi rząd.
Wszystkie były rozgoryczone i wydawały z siebie żałosne jęki, podczas gdy paszcze ich dzwoniły z trzaskiem jak kastaniety. Filip przyglądał się tym dwudziestu parom oczu, których lśniące źrenice czyhały na każdy jego ruch i cofnął się instynktownie, aby uwolnić się od tych spojrzeń. Wiedział, że to Bram powstrzymuje ich od ataku, a jednak nie usłyszał ani jednego jego rozkazu.
W tej samej chwili w powietrzu rozpostarł się nagle falisty cień i bat Brama ze skóry renifera świsnął nad głowami zgrai groźnym rzemieniem, długim na dwadzieścia stóp. Przestroga ta podziałała jak grom, zgraja rozpierzchła się i na nowo rozległ się głos Brama:
— M’sieu! rewolwer... nóż... albo puszczę na ciebie wilki.
Zaledwie słowa te wydobyły się z ust Brama, gdy rewolwer Filipa poleciał w śnieg.
— Masz, mój stary! A oto nóż!
Nóż i jego pochwa poszły w ślady rewolweru.

— Czy mam również wyrzucić na dwór moje łóżko? — zapytał Filip.
...stał już przed nim, oparłszy się silnie na nogach.
Czynił nadludzkie wysiłki, aby udać wesołego. Ale nie mógł zapomnieć, że poprzedniej nocy strzelał do Brama i łatwo było przypuszczać, iż Bram czekał tylko, aby wystawił głowę z dziury. Wtedy zabije go z pewnością. Jego zapytanie w sprawie łoża pozostało bez odpowiedzi. Zdumiało go to naturalnie. Powtórzył zapytanie, ale znów napróżno.

Mimo to zwinął swoje posłanie i zaśmiał się szyderczo w duchu, myśląc o raporcie, jaki napisze do swoich szefów, dodając, że nie napisze go nigdy. Będzie to oryginalne opowiadanie. Wydrążyć sobie dziurę w śniegu, jak niedźwiedź na zimę; potem być proszonym do opuszczenia jej przez człowieka uzbrojonego w kij i zostać otoczonym dokoła przez bestie z kłami błyszczącymi jak sztylety z kości słoniowej.
W chwilę potem wyrzucił na dwór swój worek do spania i zobaczył, że Bram schował go, podobnie jak rewolwer i nóż. Skorzystawszy z chwili, gdy Bram pochylił się, stał już przed nim, oparłszy się silnie na nogach.
— Dzień dobry, Bram! — rzekł.
Na to pozdrowienie odpowiedział mu chóralny ryk dzikich bestyj. Usiłował tymczasem ukryć przed nim swoje wzruszenie, jakkolwiek wszystkie jego nerwy były napięte do tego stopnia, iż wpił paznokcie w dłonie. Z gardła Brama wydarło się ostre, w języku Eskimosów wypowiedziane słowo i długi bat świsnął znowu nad zaślinionymi paszczami.
Bram nie spuszczał z oczu swojego więźnia. Filip ujrzał, że szare oczy jego sposępniały i zapłonął w nich błyszczący ogień. Grube wargi zacisnęły się, płaski nos spłaszczył się jeszcze bardziej i potężna, naga ręka, trzymająca bat, naprężyła się żyłami, jak struny baranie. Bram gotów był bić i zabić. Jedno niezręczne słowo, jeden przedwczesny ruch a Filip doczekałby się smutnego końca.
Tym samym gardłowym głosem i w tej samej gwarze metysów, Bram zapytał:
— Dlaczego strzelałeś do mnie wczoraj wieczorem?
— Ponieważ chciałem z tobą rozmawiać, Bram, — odparł Filip spokojnie. — Nie strzelałem, aby cię trafić. Mierzyłem ponad twoją głowę.
— Chciałeś ze mną rozmawiać? — odparł Bram, a każde jego słowo wypowiadane było z ogromnym wysiłkiem. — Dlaczego?
— Chciałem cię zapytać, dlaczego zabiłeś człowieka w okolicy Jeziora Bogów.
Zaledwie Filip to wymówił, gdy pożałował tych słów. Z piersi Brama wydobył się ryk, podobny do ryku zwierząt. Tajemniczy ogień, płonący w jego oczach, rozbłysnął jeszcze silniej.
— Ach! Tego policjanta? Tego, który przyszedł z fortu Churchilla i którego zabiły wilki?
Bram odrzucił rewolwer i nóż. Trzymał tylko w ręce bat i kij. Wilki otoczyły Filipa i nie mógł się odwrócić, aby ich nie widzieć. Ponure ich milczenie napełniało go trwogą. Czekały na jakiś rozkaz Brama, śledziły każdy jego ruch. Instynkt mówił im, że rozkaz ten, na który czekały z utęsknieniem, drżał już na grubych ustach pana. Chwila była decydująca i szalenie okropna.
Filip wyjął z kieszeni portfel.
— Bramie Johnson — rzekł, — zgubiłeś coś w nocy, gdy, obozowałeś koło domu Pierre Breaulta.
Głos jego był drżący, a ton jego dziwnie przygłuszony.
— Jeśli poszedłem za tobą, Bramie Johnson, to jedynie poto, aby ci oddać ten przedmiot. Mogłem cię zabić, gdy strzelałem do ciebie. Ale chciałem tylko, abyś się zatrzymał i oddać ci to...
I wręczył Bramowi złote sidła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.