Złote czasy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Złote czasy
Podtytuł Fantazja
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 31
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ZŁOTE CZASY
FANTAZJA
przez Klemensa Junoszę.





Było to w roku 1897.
Śliczne czasy. Warszawa posiadała 842 czasopisma a wiersz literackiej pracy kosztował cztery ruble i kopiejek pięćdziesiąt w złocie.
Byłem syt sławy i pieniędzy, co prawda posiadałem nawet nierównie więcej pieniędzy niż sławy. Za cztery tygodnie miałem obchodzić dwudziestopięcioletni jubileusz moich literackich zawodów; byłem redaktorem in partibus infidelium, i w jednej dwudziestej siódmej części współwłaścicielem dziennika poświęconego hodowli drobiu....
Siedziałem na fotelu pokrytym pysznym utrechtem, a mój stół hebanowy ze zbiorem najosobliwszych osobliwości świata, opierał swe toczone nogi na jedwabnym dywanie, pokrywającym mozaikową posadzkę mej pracowni.
W przedpokoju, na schodach i przed kamienicą tłoczyły się całe setki wydawców, a lokaj mój w przeciągu kilku lat kupił sobie kamienicę za różne datki pobierane za to, że ułatwiał wejście do mojego apartamentu.
Nie było w tem nic a nic dziwnego — co działo się u mnie, to samo kubek w kubek miało miejsce u moich kolegów — piszących; — prawdziwe zaś znakomitości literackie powyjeżdżały zagranicę i rozmawiały z wydawcami tylko za pośrednictwem telegrafu, gdyż inaczej nie zdążyłyby nawet odpowiadać na tysiączne żądania swoich klientów...
Było dobrze. Przy okrągłych stołach ustawionych w czterech kątach salonu siedziało czterech stenografów — chodząc po pokoju w pysznym tureckim szlafroku i w fezce nieboszczyka Abdul-Azisa na głowie dyktowałem im jednocześnie humoreskę, artykuł wstępny, wiersz i korespondencję z Egiptu. Nadworny mój litograf odbijał to natychmiast na maszynie pośpiesznej, a kilkudziesięciu chłopców ubranych w zielone kurty roznosiło te dzieci mego ducha do stu siedmnastu pism.
Tak, byłem współpracownikiem stu siedmnastu czasopism, a do utrzymywania rachunków z redakcjami utrzymywać musiałem trzech buchalterów z pensją 750 rubli rocznie każdemu.
Był u nas przyjęty zwyczaj, że nie mówiliśmy z wydawcami, dopóki nie zapłacili nam z góry dziesięć imperjałów za godzinę rozmowy, — był to jedyny środek pozbycia się ich uprzykrzonej natarczywości. Był piękny grudniowy poranek. Srebrny dzwonek oznajmił przybycie interesanta. Służący wniósł dziesięć imperjałów... domyśliłem się więc, że to przybywa wydawca. Jakoż istotnie drzwi się otworzyły i wszedł jakiś jegomość z orlim nosem, zgięty w kabłąk i zaczął się kłaniać od samych drzwi...
— Z kimże mam zaszczyt? zapytałem.
— Jestem proszę jaśnie wielmożnego pana Junoszy Dobrodzieja, Krystjan Bibulski wydawca mającego się w tych dniach ukazać Dziennika absurdów politycznych, literackich i społecznych...
— I cóż szanownego pana sprowadziło w moje progi?
— Nadzieja, jaśnie wielmożny panie, nadzieja, że nie raczysz odmówić mej prośbie i zechcesz dzielnem twem piórem...
— Warunki?
— Pięć rubli za wiersz prozy, a sześć i pół za poezję, oprócz tego zapewniam jaśnie wielmożnemu panu tantjemę od dochodu.
— Dobrze to jest, mój panie, lecz powiedz mi zkąd macie zamiar wyciągnąć te dochody?
— Panie, wszedłem we współkę z panem Dumheitsohn z Ozorkowa, właścicielem fabryki perkalu, — pismo nasze będziemy drukowali na płótnie, tak że każdy prenumerator po wypraniu gazety, będzie miał bardzo elegancką chustkę do nosa.
— To dobrze pomyślane...
— Pochlebia mi to, ale nie na tem koniec — do każdego piątkowego numeru, dla prenumeratorów miejscowych dołączymy śledzia wędzonego, prowincjonalni zaś dostaną wartość tej wybornej ryby w markach pocztowych.
— A wiesz pan co, panie Bibulski, podobasz mi się pan za to, — jak uważam umiesz chodzić koło interesów.
— Cóż robić, jaśnie wielmożny panie, w tydzień jedno pismo bankrutuje drugie się podnosi, trzeba umieć konkurować po kupiecku. Gazeta Ryczywolska, urządziła się w ten sposób że weszła w spółkę z piekarzem, i każdy prenumerator po złożeniu w piekarni przeczytanej gazety, otrzymuje bezpłatnie dwa obwarzanki lub bułkę, — tym sposobem zwraca się z obiegu wszystkie numery i sprzedawszy je na makulaturę odbiera się ⅟17 część kosztu papieru.
Podobał mi się pan Bibulski, raczyłem podać mu koniec palca, wziąłem siedemnaście tysięcy ośmset czterdzieści dwa ruble forszusu, i kazałem postawić nowy stół dla nowego stenografa.
— Jaśnie wielmożny panie Junoszo, uszczęśliwiłeś mnie, zawołał ten miły człowiek, przyjmij jeszcze tę bagatelkę i nie racz zapominać o mnie.
To mówiąc położył na stole trzy listy likwidacyjne po 1000 rubli każdy... i wyszedł.
Za chwilę wpada zadyszany buchalter.
— Jaśnie panie, woła, Tygodnik facecyjno-anegdotyczny illustrowany „Brednia“ zbankrutował!!
— Zobaczyć ile dał zaliczki, rzekłem.
— Ośm tysięcy sześćset rubli.
— Napisać mu nekrolog, i sprzedać stu sześciu gazetom.
Rozkaz spełniono w tej chwili.
Dobre to były czasy, co tydzień powstawało nowe pismo i dawało forszus, literatom działo się dobrze, każdy z nich był grubszy niż pan 777, a sam 777 jeździł na dwóch dorożkach odrazu, bo jedna nie mogła go w żaden sposób pomieścić.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.