Wyspa tajemnicza/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.

Porządkowanie ubrania. — Szerokość wyspy. — Wycieczka na północ. — Ławy ostryg. — Projekty na przyszłość. — Przejście słońca przez południk. — Oznaczenie miejsca, w którem znajdowała się wyspa Lincolna.

Nazajutrz, dnia 16 kwietnia — w niedzielę wielkanocną koloniści równo ze świtem wyszli z Kominów, aby wyprać bieliznę i wyczyścić odzienie. Inżynier myślał już o zaopatrzeniu kolonji w mydło, skoro tylko będzie miał potrzebne do tego materjały, to jest: tłuszcz lub oliwę, potaż lub sodę. Co do ważnej kwestji odnowienia garderoby, pomyślą o niej we właściwym czasie, gdyż suknie wystarczą im jeszcze na kilka miesięcy. Dalsze ich przedsięwzięcia zależeć będą od położenia wyspy względnie do ziem zamieszkałych, które, jeżeli tylko pogoda sprzyjać im będzie, dziś jeszcze oznaczą.
Postanowili przeznaczyć tę niedzielę na przechadzkę, czyli raczej na zwiedzenie części wyspy między północnym brzegiem jeziora i zatoką Rekina, a jeżeli czasu wystarczy, zamierzali posunąć się aż do północnego wybrzeża, południowego przylądka Szczęki. Mieli zjeść śniadanie na piaszczystych wzgórzach nad brzegiem morza i dopiero wieczorem wrócić do Kominów.
Po ósmej szli już wybrzeżem rzeki; po drugiej stronie, na wysepce Wybawienia, mnóstwo ptaków przechadzało się swobodnie. Były to nurki z gatunków bezlotków, znane z niemiłego krzyku, przypominającego ryk osła. Penkroff patrzył na nie tylko jak na artykuł żywności i z przyjemnością dowiedział się, że mięso ich, choć czarniawe, dość jest smaczne.
Widać było także pełzające po piasku duże ziemnowodne zwierzęta, zapewne foki, które obrały sobie wysepkę na miejsce odpoczynku. Za pokarm nie mogły służyć, gdyż mięso ich, przesiąkłe tłuszczem, ma smak nieznośny. Jednak Cyrus Smith przyglądał im się z uwagą i widać snuł w myśli jakieś zamiary. Nie mówiąc nic o nich, oznajmił towarzyszom, że wkrótce zwiedzą wysepkę.
Wybrzeże, którem szli, zasiane było muszlami, a między niemi znajdowały się tak piękne, że mogłyby się stać ozdobą najpiękniejszych zbiorów.
Lecz użyteczniejsze daleko było odkrycie ławy ostryg, którą przy odpływie morza spostrzegł Nab między skałami, blisko o cztery mile od Kominów.
— Nab nie stracił dnia napróżno — wykrzyknął radośnie Penkroff, patrząc na wskazaną mu ławę.
— Rzeczywiście — odpowiedział reporter — jest to bardzo pożądane odkrycie. Jeżeli, jak utrzymują, każda ostryga wydaje rocznie pięćdziesiąt do sześćdziesięciu tysięcy młodych, to będziemy mieli nigdy niewyczerpane zapasy.
— Zdaje mi się tylko, że ostrygi nie są zbyt pożywne — rzekł Harbert.
— Tak — rzekł Cyrus — ostrygi zawierają w sobie bardzo mało azotu, i gdyby człowiek chciał wyłącznie żywić się niemi, musiałby ich spożywać dziennie niemniej nad piętnaście do szesnastu tuzinów.
— Ba! — odpowiedział Penkroff — gdybyśmy połykali tuziny tuzinów, to i tak wystarczyłoby nam na długie lata. Możemy ich zabrać trochę na dzisiejsze śniadanie?
Nie czekając na odpowiedź, oderwał wraz z Nabem dość ostryg, które następnie włożono do siatki z włókien hibiskusa, zawierającej już w sobie zapasy, przeznaczone na śniadanie. Poczem puszczono się w dalszą drogę.
Cała ta część wyspy była nieurodzajna aż do śpiczastego klina ziemi, zamykającego zatokę Unji, któremu nadano nazwę południowego przylądka Szczęki. Widać tam było tylko piasek i muszle, zmieszane ze szczątkami lawy. Jednak niektóre ptaki zwiedzały to puste wybrzeże, a między innemi mewy, albatrosy i kaczki dzikie. Te ostatnie Penkroff powitał z radością, lecz nie udało mu się zastrzelić ani jednej i dlatego rzekł, zwróciwszy się do inżyniera:
— Sam pan widzisz, panie Cyrusie, że dopóki nie będziemy mieli choćby jednej strzelby, polowanie nie pójdzie nam dobrze.
— Masz słuszność, Penkroffie — odpowiedział reporter. — Ale jeżeli chcesz posiadać strzelbę, to dostarcz nam żelaza na lufy, stali na zamki, saletry, węgla i siarki na proch, ołowiu na kule, a Cyrus wyrobi nam doskonałe strzelby.
— O! — rzekł inżynier — sądzę, że to wszystko znaleźlibyśmy na wyspie, lecz do zrobienia broni palnej trzeba mieć wyborne narzędzia, a my żadnych nie posiadamy. Zresztą, pomyślimy o tem później.
— Czemuż — zawołał Penkroff — czemu wyrzuciliśmy z powietrznej naszej łódki wszystką broń naszą, nie wyłączając nawet kieszonkowych nożów!
— Bo w przeciwnym razie balon byłby nas wyrzucił w morze — powiedział Harbert.
— Prawda i to, mój chłopcze — odrzekł marynarz. Potem dodał, zmieniając nagle przedmiot rozmowy: — Co też tam powiedział Jonatan Forster wraz z towarzyszami, gdy nazajutrz rano zastał puste miejsce po balonie? Dopieroż to pocieszną musiał zrobić minę!...
— Wcale się o to nie troszczę, co oni myśleli lub mówili — rzekł reporter.
— A jednak był to mój pomysł — rzekł Penkroff dumnie.

— Wyborny pomysł, Penkroffie — rzekł, śmiejąc się Gedeon — skoro mu zawdzięczamy pobyt na tem pustkowiu.
Sklepienie to... jak nawa kościoła, tworzyło to łuki, to arkady...

— Wolę być tu, niż w ręku południowców — odrzekł marynarz — zwłaszcza, odkąd pan Cyrus był łaskaw połączyć się z nami.
— Podzielam twoje zdanie — odpowiedział reporter. — Zresztą, czegóż nam tu brakuje? Niczego.
— Z wyjątkiem... wszystkiego! — odpowiedział Penkroff, śmiejąc się głośno. — Lecz prędzej czy później wydobędziemy się stąd przecie.
— Może rychlej, niż sądzisz — odezwał się inżynier — jeżeli tylko Wyspa Lincolna nie jest zbyt oddalona od zamieszkałego archipelagu lub stałego lądu. O tem zresztą dowiemy się, zanim upłynie godzina. Nie mam mapy oceanu Spokojnego, lecz pamiętam dobrze jego część południową. Sądząc z szerokości geograficznej wyspy Lincolna, leży ona od zachodu wprost Nowej Zelandji, a wprost wybrzeża Chili od wschodu; lecz te dwie ziemie dzieli przestrzeń co najmniej sześciu tysięcy mil. Potrzeba nam więc oznaczyć, jaki punkt zajmuje nasza wyspa na tym wielkiem obszarze morza, a tego dowiemy się, zbadawszy, pod jakim leży stopniem długości geograficznej.
— Wszak — zapytał Harbert — pod względem szerokości geograficznej archipelag Pomotu jest najwięcej do nas zbliżony?
— Tak — odpowiedział inżynier — ale więcej niż tysiąc dwieście mil dzieli nas od niego.
— A tam? — zapytał Nab, uważnie przysłuchujący się rozmowie, wskazując ręką na południe.
— Tam nic — odpowiedział Penkroff.
— Nic, rzeczywiście — odpowiedział inżynier.
— A więc, Cyrusie — odezwał się reporter — jeżeli wyspa nasza leży tylko o dwieście lub trzysta mil od Nowej Zelandji albo od Chili, to...
— To — przerwał inżynier — zamiast zbudować dom, zbudujemy statek, a Penkroff obejmie nad nim dowództwo.
— Najchętniej, panie Cyrusie — zawołał marynarz. — Jestem gotów zostać kapitanem, byleś pan tylko potrafił zbudować szalupę, zdolną utrzymać się na morzu.
— Zbudujemy ją, jeżeli tego będzie potrzeba! — odpowiedział Cyrus Smith.
Zbliżała się godzina, w której mieli rozpocząć obserwację, a Harbert był bardzo ciekawy, jakim sposobem inżynier zdoła sprawdzić przejście słońca przez południk wyspy, nie posiadając potrzebnych do tego przyrządów.
Koloniści znajdowali się wówczas o sześć mil od Kominów, niedaleko od tej części piaszczystych wzgórz, wśród których znaleziono Cyrusa po jego zagadkowem uratowaniu.
Zatrzymano się tam i zaczęto przyrządzać śniadanie, gdyż było dopiero wpół do dwunastej. Cyrus tymczasem przygotował wszystko do swych obserwacyj astronomicznych. Wybrał na wybrzeżu miejsce równe, doskonale zniwelowane przez odpływ morza, na którem miałki piasek leżał tak gładko, że prawie ani jedno ziarnko nie wystawało nad drugie. Zresztą nic na tem nie zależało, czy to miejsce było poziome lub nie, lub też aby laseczka, wysoka na sześć stóp, którą tam wetknął w ziemię, stała zupełnie pionowo. Przeciwnie, inżynier pochylił ją nawet ku południowi, to jest w kierunku odwrotnym od słońca, gdyż pamiętać trzeba, że koloniści wyspy Lincolna, z powodu, że ich wyspa leżała na półkuli południowej, widzieli gwiazdę dzienną, zakreślającą swój łuk dzienny ponad widnokręgiem południowym.
Harbert zrozumiał teraz, że inżynier dowie się o chwili przejścia słońca przez południk wyspy zapomocą cienia, rzucanego przez laseczkę.
Rzeczywiście, chwila, w której ten cień dojdzie do minimum swej długości, będzie oznaczała samo południe: dosyć będzie zwrócić pilną uwagę na koniec tego cienia, aby dostrzec chwilę, w której, po stopniowem skróceniu się, zacznie znów przedłużać się zwolna. Przechylając laseczkę w stronę odwrotną od słońca, Cyrus Smith przedłużał cień, aby jego stopniowe kurczenie się było łatwiejsze do sprawdzenia. Wiemy, że im wskazówka na zegarze jest dłuższa, tem łatwiej można dostrzec jej posuwanie się, tu zaś cień laseczki był tem samem, czem jest wskazówka na zegarze.
Skoro inżynier uznał, że nadeszła stosowna pora, ukląkł na piasku i, wtykając w ziemię krótkie patyczki drewniane, oznaczał stopniowe skracanie się cienia. Towarzysze, stojący za nim, z największem zajęciem przyglądali się tej czynności.
Reporter trzymał w ręku swój chronometr, aby wiedzieć, którą wskazuje godzinę, gdy cień dojdzie do swego minimum. Prócz tego, ponieważ Cyrus Smith czynił obserwację 16 kwietnia, to jest w dniu, w którym czas prawdziwy zgadza się z czasem średnim zegarowym, chronometr Gedeona Spiletta wskazywać będzie godzinę, jaka w tym czasie będzie w Washingtonie, co ułatwi znacznie rachunek.
Słońce posuwało się wolno, cień zmniejszał się stopniowo, wreszcie, gdy zdawało się Cyrusowi, że zaczynał się powiększać, zawołał:
— Która godzina, Gedeonie?
— Piąta i jedna minuta — odpowiedział natychmiast Spilett.
Teraz pozostawało już tylko zrobić obrachunek, a było to rzeczą łatwą, gdyż cyfry były okrągłe: pięć godzin różnicy między południkiem Washingtonu i wyspy Lincolna, to jest, że gdy na wyspie było południe, w Washingtonie była już piąta wieczorem.
Cyrus Smith oznajmił rezultat swych obrachowań towarzyszom i dodał, iż niewątpliwie wyspa Lincolna leżała tak daleko od wszelkiej znanej ziemi, że niepodobna było myśleć o przebyciu tak wielkiej przestrzeni w zwykłej łodzi.
Rzeczywiście, z jej szerokości i długości geograficznej okazywało się, że leży najmniej o tysiąc dwieście mil od Taiti i archipelagu Pomotu, więcej niż o tysiąc osiemset mil od Nowej Zelandji i przeszło cztery tysiące pięćset mil od wybrzeża Ameryki.

Cyrus Smith myślał długo i nie mógł sobie przypomnieć, aby jakakolwiek wyspa zajmowała w tej części oceanu Spokojnego położenie, oznaczone dla wyspy Lincolna.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.