Wyrok śmierci (wyd. 1914)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Wyrok śmierci
Pochodzenie Opowiadania i Humoreski Marka Twaina
Data wydania 1914
Wydawnictwo A. A. Paryski
Miejsce wyd. Toledo, Ohio
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



WYROK ŚMIERCI



Działo się to w czasach Oliwiera Cromwella. Rządy jego zaliczają do najświetniejszych epok w historyi Anglii; aby dojść do wszechwładnej potęgi, Cromwell równie zręczny, jak ambitny, nie cofnął się nigdy przed najokrutniejszym czynem, aby ukarać tych, którzy ośmielili się stawić mu najmniejszy choćby opór.
Pułkownik Mayfair był najmłodszym w randze swej wojskowym armii republikańskiej. Nie licząc więcej ponad lat trzydzieści, uczestniczył już w wielu bitwach, a wielką odwagą i prawym charakterem zjednał sobie szacunek i podziw ogółu. Czuć by się powinien zupełnie szczęśliwym. Cóż zaszło więc takiego, że twarz jego widzimy smutną i zgnębioną?
Było to w zimie: noc już zapadła. Na dworze panowała ciemność i szaruga, w pokoju cisza zaległa złowroga.
Pułkownik z młodą swą żoną siedzą przed kominkiem, po wyczerpaniu już tematu swego przygnębienia.
Modlili się już wspólnie, a teraz zostało im już tylko — oczekiwanie...
Nie długo zapewne... Na myśl o tej chwili nieszczęsna kobieta zadrżała z rozpaczy.
Jedną mieli tylko dziecinę, maleńką siedmioletnią dziewczynkę Abby, jedyne ich ukochanie.
Jak każdego wieczoru, tak i dzisiaj przyszła ona ucałować na dobranoc swoich rodziców. Na jej widok, pułkownik przerywając milczenie, rzekł do żony:
— Przez miłość dla naszego maleństwa, otrzyjmy łzy nasze. Niech ono nie wie o niczem!...
Rozkoszna mała dziewuszka z jasnemi blond lokami, z twarzyczką całą w uśmiechu, ale z minką stanowczą, ukazała się na progu w swej nocnej koszulce, a uszczęśliwiona widokiem rodziców, wbiegła do pokoju w podskokach.
Wdrapała się zaraz na kolana ojca, który ją przycisnął do swej szerokiej piersi i tkliwie całować zaczął.
— Tatusiu, tatusiu nie całuj mnie tak bardzo, ści­skasz za mocno i targasz za włosy!
I maleństwo zabierało się już do odejścia, gdy ojciec zatrzymał ją w swych ramionach, mówiąc:
— Nie odchodź jeszcze, zostań na mych kolanach. Prawda, byłem nie dobry, ale nie gniewaj się już na tatusia. Cóż mam uczynić, aby zyskać przebaczenie?
Za chwilę, uśmiech powrócił na twarzyczkę dziecka, które opierając główkę o policzek ojca, prosiło go o bajeczkę, o jaką ładną bajeczkę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pss!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rodzice wstrzymali oddech i nadsłuchują... Pomimo wycia wichru dał się słyszeć odgłos kroków, zrazu odległy, później zbliżony, jeszcze bliższy, kroki ciężkie, coraz cięższe... W końcu przebrzmiały, oddaliły się...
Pułkownik i jego żona odetchnęli głęboko, jak gdyby uszli niebezpieczeństwa. Po chwili pułkownik odezwał się z zupełnym spokojem.
— Prosiłaś mnie o bajeczkę, zapewne bardzo wesołą, nieprawdaż, Abby?
— O! nie tatusiu, opowiedz mi bajeczkę smutną, tak bardzo smutną, jak gdyby była prawdziwą. Mateczko, zbliż się do nas, daj mi twą rękę. Tak. A teraz tatusiu, zaczynaj.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Pewnego razu było trzech pułkowników. W jednej z bitew postąpili oni wbrew dyscyplinie wojskowej, mieli bowiem rozkaz demonstrować zaczepkę na mocnej bardzo pozycyi, by zwabić nieprzyjaciela i tym sposobem dać czas cofnąć się armiom republikańskim. Lecz pułkownicy w porywie zapału wydali nieprzyjacielowi prawdziwą bitwę, którą wygrali. Wódz naczelny jednak chwaląc ich zwycięstwo, był bardzo rozgniewany ich niesubordynacyą i kazał im wracać do Londynu, gdzie też zostali osądzeni.
— Ten wielki wódz, to Cromwell, wszak prawda tatusiu?
— Tak.
— O znam go dobrze, ja jego widziałam. Kiedy przejeżdża na pięknym koniu na czele żołnierzy, ludzie go się boją, ale nie ja. Ja go się wcale nie boję. On patrzy na mnie zawsze z uśmiechem.
— Oj ty mała, droga szczebiotko!... Otóż pułkownicy są już więźniami w Londynie, gdzie na słowo zostali wypuszczeni na wolność, aby mogli się pożegnać z rodziną po raz ostatni...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pss!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nadsłuchują... słyszą kroki... I tym jeszcze razem oddalają się... Giną...

Matka przytuliła twarz do ramienia męża, aby ukryć straszną mękę wewnętrzną...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Oni przyjechali dzisiaj rano — ciągnął dalej ojciec.
Oczy dziecka rozwarły się szeroko.
— Więc to, tatusiu, jest prawdziwa historya?
— Tak dziecino.
— O, jakiś ty dobry tatusiu! Kończ, proszę, kończ prędko! Mamusiu, ty płaczesz! Powiedz, dlaczego?
— Nic, nic złotko moje, ja myślałam o... o tych biednych nieszczęśliwych rodzinach.
— Nie płacz, mamusiu, czekaj, zobaczysz, że się wszystko dobrze skończy. A później, tatusiu, dziś rano,.. gdzie oni byli?
— Przedewszystkiem przed swem uwolnieniem na te parę godzin, zostali zaprowadzeni do Wieży. W tej Wieży sędziowie ich badali, a uznawszy ich winę, wszystkich trzech skazali na — śmierć.
— O jakże niegodziwi! Droga moja mateczko, ty jeszcze płaczesz! Nie płacz, zobaczysz, że oni nie umrą. Ale spiesz się, tatusiu, prędzej opowiedz nam koniec historyi...
— Waham się właśnie...
— Powiedz mi, czy ty znasz tych trzech pułkowników?
— Tak, dziecino.
— Chciałabym poznać ich sama, bo ja bardzo lubię pułkowników. Powiedz, czy oni by chcieli, abym ich pocałowała?
— Jeden z nich szczególnie by tego pragnął — odrzekł pułkownik głosem drżącym. Pocałuj mnie za niego.
— Dobrze, ale także i za tamtych pozostałych. Ja, gdybym ich zobaczyła, tobym im takie słowa powie­działa: mój tatuś jest także pułkownikiem i to bardzo odważnym. On by tak, jak i wy postąpił, więc nie wstydźcie się waszego czynu, bo dobrze postąpiliście.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Słuchajcie!... Słuchajcie!... Czy to wiatr? Nie!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— W imieniu Lorda Generała, otwórzcie!
— Tatusiu, są to żołnierze, pozwól, pozwól niech ja im otworzę!
Pobiegła żywo ku drzwiom, otworzyła je na roścież, wołając radośnie!
— Proszę, wejdźcie, panowie. Tatusiu, tatusiu, to są grenadjerzy!
Żołnierze weszli z bronią na ramieniu: oficer się skłonił; pułkownik, stojąc, oddał mu ukłon. Biedna jego żona stała przy nim blada, kryjąc swą boleść i łzy... Dziecko patrzało zdumione...
Ojciec długo żonę i córkę całował...
— Do Wieży! Naprzód, marsz!
I pułkownik opuścił swój dom na czele żołnierzy...
— Mamusiu, jaki tatuś piękny, jak równo idzie. Więc on poszedł do Wieży, więc on ich zobaczy, on...
— Biedne moje maleństwo — szepnęła w rozpaczy matka...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nazajutrz rano biedna kobieta nie mogła podźwignąć się z łóżka.

Mała Abby otrzymała rozkaz bawienia się na dworze, by nie mącić ciszy zrozpaczonej kobiecie. Tak więc Abby bawiła się czas jakiś przed domem, wkrótce jednak pomyślała sobie, że dobrze by było pójść do tatusia i uwiadomić go, co się dzieje w domu podczas jego nieobecności. W godzinę później trybunał wojenny był już zgromadzony w komplecie przed Lordem protektorem.
— Myśmy im mówili, rzekł sędzia, aby z pośród siebie wybrali jednego na śmierć, lecz oni jednogłośnie odrzu­cili tę propozycyę.
Twarz Cromwella zachmurzyła się.
— Oni jednak nie zginą wszyscy, będziemy ciągnęli za nich losy. Poślijcie po nich, ustawcie w przyległym pokoju obok siebie, twarzą do ściany, z rękami na plecach. Zawiadomić mnie, gdy będą gotowi.
Zostawszy sam, pogrążył się w smutnej zadumie. Po chwili, wezwawszy ordynansa, rzekł:
— Przyprowadź mi pierwsze napotkane przed bramą dziecko.
Żołnierz powrócił niezadługo, prowadząc za rączkę małą Abby. Maleństwo zbliżyło się odważnie do pań­stwowego dostojnika i bez najmniejszej ceremonii wdrapało mu się na kolana, mówiąc:
— Ja pana znam dobrze. Pan jest Lordem Generałem. Ja pana często widywałam, przejeżdżając koło naszego domu. Wszyscy się pana bardzo boją, ale ja się pana zupełnie nie obawiam.
Uśmiech złagodził surowe zmarszczki na twarzy Cromwella.
— Jakto, pan sobie mnie nie przypomina? A ja pana jednak nie zapomniałam.
— I ja już ciebie nigdy nie zapomnę, daję ci na to moje słowo honoru. Zostaniemy zawsze dobrymi przyjaciółmi.
— Dobrze, bardzo dobrze, ale w takim razie pohuśtaj mnie tak, jak to robi mój tatuś.
— Z całą przyjemnością, gdyż przypominasz mi bardzo moją małą córeczkę, która będąc w twoim wieku, jak i ty, była miłą i grzeczną. Niech Cię Bóg za to błogosławi!
— Czy pan bardzo kochał tę swoją córeczkę? Bo mój tatuś bardzo mnie kocha.
— O tak, kochałem ją nad życie, ona rozkazywała, a ja jej słuchałem.
— A więc i ja pana bardzo kocham. Czy zechce mnie pan pocałować?
— Ależ z prawdziwą przyjemnością. Ten oto pocałunek będzie dla ciebie, a ten dla niej. W obecnej chwili ty ją zastępujesz, więc co rozkażesz, to spełnię.
Dziecko uradowane klasnęło w rączki z uszkiem nadstawionem, słysząc warczenie bębna, zawołało.
— Żołnierze! żołnierze idą! — Panie Generale, Abby chce ich zobaczyć!
— Zobaczysz ich za chwilę kochanie, lecz przedtem musisz spełnić moje polecenie.
W tej samej chwili wszedł do sali oficer i odraportował.
— Oni już są tam!
Lord Protektor dał Abby trzy małe gałki z wosku: dwie białe i jednę czerwoną. Czerwona miała wskazać jednego z trzech pułkowników, mającego ponieść karę śmierci.
— O! jaka to ładna, ta czerwona gałka! Czy mogę ją sobie zabrać?
— Nie, moje kochanie. Unieś trochę zasłony, kryjącej drzwi otwarte, a w pokoju sąsiednim zobaczysz trzech ludzi, odwróconych twarzami do ściany, z rękami skrzyżowanemi na plecach. W każdą z tych dwojga rąk włożysz po jednej gałce, a zrobiwszy to, powrócisz do mnie.
Abby zniknęła za zasłoną...
Cromwell, zostawszy sam, szepnął do siebie:
Bóg jeden wie, na kogo padnie wybór tego małego posła, którego Sam mi zesłał.
Mała dzieweczka, wszedłszy za zasłonę, stanęła na chwilę, zaskoczona mrokiem, panującym w pokoju, nieruchomością żołnierzy i więźniów. Naraz twarzyczka jej zajaśniała radością.
— Ach, to i tatuś jest tutaj. Kiedy tak, to dostanie odemnie najpiękniejszą gałeczkę!
I pobiegłszy w stronę więźniów, powkładała gałki w otwarte ich dłonie, następnie wślizgnęła się pod ramię ojca, mówiąc.
— Tatusiu, tatusiu, spójrz, co masz w ręce, ja tobie dałam najpiękniejszą czerwoną gałkę!
Ojciec, rzuciwszy okiem na nieszczęsny prezent i domyślając się jego znaczenia, schwycił dziecko w objęcia, upadł na kolana i wybuchnął łkaniem.
Oficerowie, żołnierze i wszyscy świadkowie tej okropnej tragedyi nie mogli sami od łez się powstrzymać.
Po paru minutach, oficer straży podszedł z żalem do swego więźnia, dotknął jego ramienia, mówiąc:
— Sprawia mi to niewymowną boleść, pułkowniku, obowiązek jednak nakazuje mi...
— Co takiego? — spytało dziecko.
— Muszę go stąd wyprowadzić, żałuję bardzo...
— Wyprowadzić? Dokąd? Ja nie chcę tego. Mama leży chora, więc przyszłam po tatusia.
Powiedziawszy to wdrapała się zwinnie na plecy ojca, oplatając rączkami jego szyję.
— No, chodźmy już tatusiu.
Pułkownik z rozpaczą spojrzał na Abby.
— Moje biedne dziecko, ja nie mogę iść z tobą — szepnął głucho.
Dziecko zesunęło się z ramion ojca, podbiegło do oficera i, tupiąc nóżką, krzyknęło z oburzeniem:
— Ależ ja wam mówię, że mamusia jest chora. Pozwólcie iść ze mną tatusiowi. Ja chcę tego!
Widząc, że rozkaz jej nie skutkuje, Abby szybko udała się do drugiego pokoju, skąd po chwili powróciła, prowadząc za rękę Cromwella.
Na widok generała ucichł gwar rozmów. Oficerowie salutowali, żołnierze prezentowali broń.
— Powstrzymaj ich, Panie! Moja mama jest chora, ja przyszłam po mojego tatusia, a oni chcą go uprowadzić!
Słysząc te słowa, Cromwell zawołał:
— Więc on jest twoim ojcem?
— Naturalnie, że to mój tatuś, to też dlatego dałam mu najpiękniejszą czerwoną gałkę. O! żeby pan wiedział, jak ja bardzo kocham mojego tatusia!
Co począć, mój Boże, co począć?!
Cromwell pogrążył się w ciężkiej zadumie. Szukał wyjścia z tragicznego położenia.
Abby, zasmucona lecz i zniecierpliwiona zarazem ścisnęła mocniej rękę Generała, wołając:
— Trzeba mu pozwolić pójść ze mną. Mówiłeś mi niedawno, że mam prawo rozkazywać, a teraz, gdy pierwszej rzeczy żądam, ty mi jej odmawiasz!
Cromwell z twarzą rozjaśnioną, kładąc rękę na główce dzieweczki, rzekł uroczyście:
— Pan Bóg sprowadził tutaj tę dziecinę, aby wskazała drogę, wiodącą do sprawiedliwości. W imieniu jej ogłaszam wyrok: więźniowie, jesteście wolni!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.