Rozkosze wyborcze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Rozkosze wyborcze
Pochodzenie Opowiadania i Humoreski Marka Twaina
Data wydania 1914
Wydawnictwo A. A. Paryski
Miejsce wyd. Toledo, Ohio
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



ROZKOSZE WYBORCZE



ROZKOSZE WYBORCZE

Kilka miesięcy temu postawiono moją kandydaturę w stanie Nowy York na gubernatora. Przeciwnikami moimi byli John T. Smith i I. Blank. Było wiadomem, że obaj w ostatnich latach popełnili szereg czynów, kwalifikujących się przed kratki sądowe. Ostatecznie nie przynosiło mi zaszczytu stawanie do współzawodnictwa z ludźmi tego rodzaju przy urnie wyborczej. Ociągałem się długo z przyjęciem kandydatury, w końcu postanowiłem w tej sprawie zasięgnąć rady mej bab­ki. Odpowiedź jej była szybka i złośliwa.
“Przez całe życie nie popełniłeś nic takiego, czegobyś się musiał wstydzić. Przejrzyj tylko dzienniki i prze­konaj się, co to za ludzie ci panowie Smith i Blank, a potem zapytaj się samego siebie, czy masz ochotę z nimi współzawodniczyć.”
Tak samo i ja myślałem!
Tej nocy nie mogłem oka zmrużyć. Ale rozważywszy dobrze wszystko, nie mogłem się już cofnąć. Musiałem stanąć do walki.
Gdy podczas śniadania przeglądałem dzienniki, spotkałem następujący artykuł który mnie poprostu wypro­wadził z równowagi.
Krzywoprzysięstwo.
“Może p. Mark Twain wyjaśni teraz, gdy jako kandydat na stanowisko gubernatora ma stanąć przed narodem, jak się to stało, że w r. 1863 w Wakawak w Kochinchinie udowodniło mu 47 świadków krzywoprzysięstwo, jakiego się dopuścił, aby wydrzeć kawałek pola bananowego ubogiej wdowie malajskiej, dla której to pole było całem utrzymaniem. Sprawę tę powinien pan Mark Twain w interesie swoim i ludu, który ma na niego głosować, jaknajprędzej wyjaśnić.
“Czy uczyni to?”
Struchlałem! Co za straszne oskarżenie! Nie widziałem w życiu Kochinchiny, nie słyszałem nic o Wakawak. Pola bananowego nie potrafiłbym odróżnić od kangura.
Nie wiedziałem co mam zrobić; byłem przybity i bezsilny. Minął dzień a ja nie zrobiłem nic. Nazajutrz przyniósł ten sam dziennik inną nowinę:
“Znamienne! Ciekawem jest, że Mr. M. Twain w sprawie krzywoprzysięstwa w Kochinchinie zachowuje wiele mówiące milczenie (NB. Wśród całej walki wyborczej nie nazywał mię ten dziennik inaczej, jak krzywoprzysięzca Twain”).
Inny dziennik przyniósł artykuł p. t. “Prosimy o odpowiedź!”
“Może nowy kandydat na stanowisko gubernatora będzie łaskaw wyjaśnić pewną sprawę. Jego współmieszkańcom w Montanie ginęły od czasu do czasu drobiazgi wartościowe, a zawsze je znajdowano u p. Marka Twaina. Za takie “przypadki” dano mu dobrą nauczkę i ostatecznie zmuszono go do opuszczenia mieszkania. Czy p. Twain gotów jest dać nam wyjaśnienie w tej sprawie?”
Na więcej wyszukaną złośliwość nie mógł się nikt zdobyć. Od tego czasu przezywał mnie ów dziennik stale słowami: “Twain, złodziej z Montany.”
Od tej chwili brałem dziennik ostrożnie do ręki, jak człowiek, który spodziewając się zastać w łóżku węża, lekko i ostrożnie podnosi kołdrę. W kilka dni czytałem inną rzecz:
“Górą kłamstwo!
Zaprzysiężone świadectwa panów Michała O’Flanagan, Esquire, z Five-Points i Mr. Snub Rafferty i Mr. Catty Mulligan’a z Water Street jednogłośnie poświadczają, że głupie twierdzenia Mr. Marka Twaina, jakoby dziadek naszego ogólnie szanowanego kandydata I. Blanka został powieszony za rabunek uliczny, są brutalnem, z palca wyssanem kłamstwem. Ludzie uczciwi mają jeden dowód więcej, do czego dochodzi rozwydrzenie polityczne, które chwyta się takich środków i nie daje spokoju ludziom w grobach, obryzgując błotem ich szanowane nazwiska.”
“Gdy wspomnimy boleść, jaką ta niecna obelga sprawia krewnym i przyjaciołom zmarłego, nie możemy się powstrzymać od apelacyi do ogółu publiczności, która powinna potwarcy sumiennie za tę obelgę odpłacić.”
“Ale zostawmy go na pastwę wyrzutów sumienia.”
Artykulik ten pozbawił mnie snu na całą noc, chociaż z ręką na sercu mogę przysiądz, że nietylko nie spotwarzałem dziadka p. Blanka, ale do dziś dnia o takim nie słyszałem, takiego nie znałem i w życiu mojem nie widziałem.
(Mimochodem zaznaczam, że dziennik ten stale odtąd nazywał mnie “Twain, potwarca trupów).”
Następny artykuł, który zwrócił moją uwagę, brzmiał:
“Ładny kandydat!”
“Pan Mark Twain, który miał wczoraj na zgromadzeniu niezawisłych wygłosić mowę, nie stawił się w ozna­czonym czasie. Telegram jego lekarza doniósł, że został przejechany i złamał nogę w dwóch miejscach. Pacyent cierpi bardzo i t. d., cały szereg bredni.”
“Niezawiśli wzięli to za dobrą monetę i udawali, że nie wiedzą o właściwej przyczynie niezjawienia się tego oszusta. Wczoraj wieczorem widziano bowiem jakiegoś człowieka w stanie zupełnie pijanym, jak wszedł do domu M. Twaina. Partya ma teraz obowiązek udowodnić, że człowiekiem tym nie był Mark Twain, jak to powszechnie mówią. Głos ludu brzmi jednakowo: Kto był ten człowiek?”
Początkowo nie mogłem poprostu uwierzyć, że to moje właśnie imię połączono z tym wypadkiem. Trzy lata właśnie minęły, jak przestałem używać napojów wyskokowych.
(Już w następnym numerze nazywał mnie tenże dziennik “Delirium—Tremens—Twain”).
W tym samym, mniej więcej czasie zaczęły nadchodzić do mnie anonimy w wielkiej ilości. Zwykle brzmiały one tak:
“Jak to było z tą kobietą, którąś Pan obił, gdy prosiła o jałmużnę?

Pol Pry.”

Albo:
“Popełniłeś pan szereg łajdactw, o których tylko ja wiem. Radzę panu przysłać parę dolarów, bo zrobię z tego użytek w dziennikach.

Handy Andy.”

Sądzę, że dosyć tego.
Wnet potem zarzucił mi naczelny organ republikanów przekupstwo na wielką skalę, a naczelny organ demokratów przytaczał fakty, jakobym chciał zapewnić sobie bezkarność w pewnych sprawach za pomocą pieniędzy.
(Przy tej sposobności dostałem dwa nowe przydomki: “Twain łapownik” i “Twain przekupujący urzędników”).
Domaganie się ”odpowiedzi” było tak natarczywe ze strony różnych indywiduów, że redaktorowie i przy­wódcy mej partyi oświadczyli mi wprost, że dłuższe milczenie będzie dla mnie ruiną polityczną. W dodatku następnego dnia ukazał się w jednej z gazet następujący artykuł:
“Przypatrzcie mu się dobrze!
Kandydat niezawisłych ciągle jeszcze milczy. A robi to z tej prostej przyczyny, że nie ma odwagi przemówić. Podniesione przeciw niemu zarzuty potwierdza własne jego milczenie.
Panowie niezawiśli! Przypatrzcie się dobrze swemu kandydatowi. Poznajcie tego krzywoprzysiężcę, złodzieja z Montany, oszczercę zmarłych, pijaka, przekupującego urzędników, łapownika! Podziwiajcie go, a potem powiedzcie sami, czy możecie mu oddać swe głosy, jemu, który całym szeregiem zbrodni zasłużył na te tytuły i nie ma odwagi ust utworzyć, aby choć jeden zarzut odeprzeć!”
Nie mogłem tego zostawić bez odpowiedzi. Ale zanim się uporałem z odpowiedzią na poszczególne zarzuty, następny dzień przyniósł mi nową obelgę. Jeden z dzienników oskarżył mnie o to, że spaliłem dom waryatów z tej tylko przyczyny, że mi zasłaniał widok z mego mieszkania.
To wprawiło mnie już w jakiś paniczny niepokój.
Potem przyszła skarga, że otrułem stryja, aby wejść w posiadanie jego mienia, a z nią żądanie otwarcia jego grobu.
O mało nie oszalałem!
Potem oskarżono mnie, że jako dyrektor przytułku używałem do ciężkich robót niedołężnych starców.
Godną koroną wszystkich oszczerstw, wymyślonych przez partyę przeciwną, była inna przykrość.
Zebrano całe stado mniejszych i większych dzieci i kazano im, podczas mojej mowy na zgromadzeniu ludowem obejmować moje kolana i wołać na mnie: Papa!
Dałem za wygranę. Poddałem się. Widocznie nie dorosłem do stanowiska gubernatora stanu New York, cofnąłem swoją kandydaturę i podpisałem się na odnośnym dokumencie:
“Mark Twain, niegdyś porządny człowiek, teraz zaś krzywoprzysiężca, złodziej z Montany, oszczerca zmarłych, pijak.”



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.