Szczęśliwy ten, kto nie wie, co to lichwa, bórg, nie licząc zysków ani strat,
wołami swemi orze pradziadowski mórg, jak zacni ludzie z dawnych lat!
Bo ze snu go nie budzi ryk wojennych trąb, ni morska go nie trwoży głąb;
on zdala mija możnych panów hardy próg, ni miejski go nie nęci bruk!
On woli winorośli wybujały krzew owijać o topoli pień;
jałowe pędy nożem precz odcina z drzew, by szczepić nowy sok w ich rdzeń.
To ku wąwozom, kędy słychać ryki trzód, spojrzenie zwraca swoich lic,
to z plastrów zgarnia w czyste garńce gęsty miód, to wątłe owce zacznie strzyc...
A gdy nad wioską jesień wznosi czoło swe, w złocisty uwieńczone plon,
o! z jaką on uciechą słodkie gruszki rwie i kraśne pęki winnych gron,
by do Priapa i Silvana, stróża miedz, z dziękczynnym darem żwawo biec!
Jak miło spocząć, kędy rośnie stary dąb, gdzie trawa bujna — aż po pas! —
gdzie bieży nurt, ujęty w brzegów stromy zrąb, —
gdzie ptasząt skargą dźwięczy las, —
gałązki szemrzą, woda z szumem płynie hen, a człeka wabi błogi sen!...
A kiedy grzmiący Jowisz zimę zdarzy znów i przyjdzie słota, śnieg i szron,
on rusza w gon, na łów, na łów! ze sforą psów osaczać dzika z wszystkich stron!
Na lekkich prętach rzadką rozpościera sieć, by wpadł w pułapkę tłusty drozd, —
szaraki płoche chwyta... a już rozkosz wprost wędrowną czaplę w sidłach mieć!
Wśród takich zabaw któżby nie zapomniał wnet nawet miłosnych trosk i bied?
A cóż, gdy skromna żona dziatek umie strzec i nad dobytkiem czuwa wciąż —
ot jak Sabinka, albo zdrowa jako rydz Apulka z wdziękiem smagłych lic!
Jak ona wyschłe drewka żwawo rzuca w piec, gdy wraca w dom strudzony mąż!
Gdy wiedzie syte bydło za obory płot, wymiona mlecznych doi krów,
wytrawne wino z beczki leje w dzban ... i ot na obiad gratis... smaczny, zdrów!
Ach, wolę ten oszczędny, wiejski życia tryb od ostryg i zamorskich ryb
(jeżeli ode wschodu która z morskich burz zapędzi je do naszych mórz!)
Jarząbek czy perliczka (afrykański ptak!) dalibóg, nie smakują tak
ni służą na żołądek, jako z naszych stref oliwki, rwane prosto z drzew,
lub szczaw, co rośnie bujnie pośród łąk, — lub ślaz, co zdrowiu sprzyja w każdy czas, —
lub jagnię, upieczone w dniu świątecznym, —: lub kozioł — niedoszły wilczy łup!
Jak miło śród tej uczty widzieć owiec ciąg, spieszących do dom z paszy, z łąk,
lub woły, które wloką odwrócony pług, skończywszy całodzienny znój,
i wokół lśniących Larów rzeszę wiernych sług, ten dworu dostatniego rój!...
Tak mówił lichwiarz Alfius ... Już mu pachnie wieś... lecz — przyszły Idy, spłaty czas!
Więc wszystek grosz z dłużników złupił, aby gdzieś znów go lokować — jeszcze raz!
Drugi to wiek na burdach domowych nam mija,
I Rzym się bratobójczą sam bronią dobija.
Nie zmogli go Marsowie, waleczne sąsiady,
Ni groźne etruskiego Porsenny napady,
Ni rywalka, Capua mężna, Spartak srogi,
Ni łamiące warchołom wiarę Allobrogi;
Nie zmogły jasnookie germańskie mołojce,
Hannibal przeklinany przez matki i ojce:
My gubimy ojczyznę, przeklętej krwi plemię,
I wnet zwierz dziki pustą posiędzie znów ziemię;
Barbarzyniec na zgliszczach stanie, na ulicy
Kopyt końskich tętentem zagrzmią najezdnicy,
I proch Quirina, oczom ludzkim utajony
W łonie ziemi, na wszystkie dzicz rozrzuci strony.
Może, jeśli nie wszyscy, większość myśli w Mieście,
Jakby z tego się piekła wydostać nareszcie?
Niema rady, jak tylko Phokejczyków wzorem
Gród ten przekląć i domy zostawić otworem,
Rolę, Larów porzucić i bogów świątynie —
Niech w nich drapieżny mieszka wilk i dzikie świnie!
I w świat iść, gdzie poniosą nogi lub zapędzi
Not czy Afryk, co jeszcze huragan oszczędzi.
Zgoda? — Gdy nikt nie przeczy, nuż, w dobrą godzinę
Spychajmy w lot korabie na słoną głębinę!
Lecz przysiężmy, że wolno do powrotu wzywać,
Gdy głazy, z dna dobyte, wierzchem będą pływać,
Że z radością do domu odbijem od brzegu,
Kiedy szczyty Matina Pad zwilży w swym biegu,
Gdy Apenin się w morze wyniosły zanurzy,
Gdy miłość, dziś nieznana, tak świat przenaturzy,
Że względami tygryski jelenie obdarzą,
A gołąbek i kania miłośnie się sparzą,
Że lew do siebie żółty wołu roześmieli,
A gładki kozieł w słonej pluska się topieli.
Myśl powrotu przekląwszy i wszelkie postępy,
Ruszym wszyscy, lub cośmy wyżsi nad gmin tępy;
Kto gnuśny, kogo nawet nadzieja nie cieszy,
Niech zostanie i gnije w przeklętej pieleszy!
Hej, mężowie, niewieście potłumcie już płacze!
Niech wzdłuż brzegów etruskich mkną nawy tułacze!
Na Oceanie los nam szczęsną wróży niwę;
Więc nuże, na te wyspy popłyńmy szczęśliwe!
Plony tam co rok daje ziemia nieruszona,
Bez mozołu winnica winne rodzi grona;
Nigdy płodna oliwa zawodu nie robi,
Ciemna figa drzewinę nieszczepioną zdobi,
Z dziupli dębu miód płynie, a z wysokiej skały
Tryskają, szemrząc, zdroju przeczyste kryształy;
Koza do doju staje sama, nie zmuszona,
I pełne krowa chętnie nadstawia wymiona.
W mroku niedźwiedź nie krąży, szukając wieczerzy,
Nigdzie ziemia się żmiją zjadliwą nie jeży.
Na owieczki zarazy nic tam nie zawlecze,
Żarem ksieńców Psia gwiazda bydlęcych nie piecze.
I większe jeszcze dziwy: nieznane tam błoto,
Eur wodnisty nie niszczy oziminy słotą;
W suchej bujne zasiewy nie więdnieją glebie:
Deszcz i suszę miarkuje ten, co włada w niebie.
W swym czasie Argonauci tam trafić nie mogą,
Kolcha nawet wszeteczna nie stanęła nogą;
Sidończyk w tamte strony w korabiu nie płynie,
Ulix z błędną drużyną te wyspy ominie.
Pobożnym ten raj Jowisz przeznaczył za cnoty,
Gdy spiż skaził grzechami niewinny wiek złoty;
Po nim nastał żelazny, co wszystko zbezczeszcza:
Cnotliwi, uciekajcie, posłuchawszy wieszcza!
↑Z uwagi na trudności w ustaleniu daty śmierci Zofii Golcówny, przekład będzie możliwy do udostępnienia w 2076 roku.