Wrażenia z Ameryki/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Wrażenia z Ameryki
Data wydania 1931
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


„MAJESTIC“

Niegdyś „Bismark“ dziś „Majestic“ — największy okręt pasażerski świata — 56.551 ton, zabrany Niemcom przez Anglję wzamian za zatopione przez nich: „Lusitania“, oraz inne handlowe i pasażerskie statki. Parowiec ogromny, jakiś „drapacz oceanów“ wskutek swej wielkości nie mógł przybyć do przystani w Cherbourgu, stał o dwa kilometry na redzie i pakunki oraz pasażerów dostarczano nań na czterech parowych transportowcach. Zdala „Majestic“ stojący samotnie wśród błękitnej toni, nie wydawał się nam duży, choć ma 300 zgórą metrów długości, 30 — szerokości i 30 m wysokości. Dopiero kiedyśmy przybili do jego boku — odczuliśmy jego rozmiary. Nasze wielkie transportowce wydawały się przy nim małemi szalupami. Biało-czarna, gęsto nitowana jego ściana wznosiła się nad naszemi głowami na trzy piętra, a wyżej jeszcze sterczały żółte kominy tak wysokie i grube, jak wielkie piece hutnicze. Nie potrzebowaliśmy się drapać na trzecie piętro po okrętowych „trapach“, jak na innych parowcach, gdyż „Majestic“ ma schodzień żelazny na wysokości górnego pokładu transportowców, tak, że pasażerowie i ich bagaże przechodzą poprostu z pokładu na pokład. We wnętrzu statku trafiamy w labirynt schodów, korytarzy, sal!... Ponieważ jedzie nas zgórą 3000 (statek może pomieścić 4100 — całe miasteczko) i ponieważ z nami dużo jest pań i dzieci, więc tłum jest barwny i niespokojny. Wypełnia w jednej chwili pustego dotychczas olbrzyma. Słychać nawoływania przeważnie w angielskim języku, choć w trzeciej klasie dużo jedzie Polaków, wracających z wystawy. Podróżni dopominają się o bagaż, żądają wskazówek, zapytują o kolację... Liczna, doskonale wytresowana służba cicho i szybko spełnia wszystkie żądania. Tragarze pokazują wielkie, do szaf podobne kufry, oklejone licznemi frachtowemi kwitami, głoszącemi o krajach i hotelach dalekich, — Egipcie, Indjach, Chinach, nawet Australji. Bagaże ręczne, na których zawczasu kazano nam przyklejać karty ze wskazówkami pokładu, klasy i kajuty — już zostały zaniesione; znaleźliśmy je w naszej kabinie. Wszystko zręcznie i spokojnie, jak w wojsku. — Trąbią na kolację.
— Dziś wyjątkowo można się nie przebierać do stołu! — objaśnia starszy steward. — Mają panowie zamówiony 150 numer stołu.
Po wspaniałych schodach (są i windy), z cudnego hall’u wchodzimy do przepięknej sali, jasno oświetlonej tysiącami lamp elektrycznych, pod kolorowemi abażurami. Stoły nakryte śnieżno-białemi obrusami, srebrną i kryształową zastawą, ubrane kwiatami... Dużo powietrza, światła i przyciszonego gwaru, gdyż wygłodzona publiczność rojem obsiada stoły. Kelnerzy w smokingach ze złotemi guzami snują się wszędzie poza plecami jedzących, jak czarne cienie, w mig podając żądane potrawy i przedmioty. Przy każdym stoliku jest jeden, — czasem dwóch. Jedzenie doskonałe i wielka jego obfitość. Kuchnia mieszana francusko–angielska... Ktoby zliczył proponowane potrawy?! Menu przebogate!... Czego tam niema: owoce, ryby, mięsne dania, sałaty, jarzynki, dziczyzna, ptactwo, puddingi, lody, ciastka, sery, słodycze i znowu owoce. Wspaniałe owoce — danina całego świata poczynając od bananów, migdałów, świeżych fig, orzechów — kończąc na winogronach, gruszkach i jabłkach!... Jest tego taka ilość, że dość każdej rzeczy dotknąć, aby się poczuć najedzonym... Są jednak tacy, co wszystkiego próbują, ba, nawet jedzą! Jakże dużo jedzą!... Nieraz patrzałem ze zdumieniem na chudą i długą, laskonogą miss, jak jadła potrawę za potrawą, nawet dobierając... Boże mój, gdzie ona to wszystko mieści?... I to nie raz, ale trzy razy, bo jest: śniadanie, — wielkie jak obiad, „lunch“ — wspaniały obiad i kolacja obfitsza od lunch’u. Prócz tego można mieć małe śniadanie w łóżku, a przed lunch’em podają buljon; o 5-ej sakramentalna „herbata“, no i do łóżka można mieć owoce... Razem: 7 razy!
Są chwaty, którym i tego mało. Stoliki w prywatnej restauracji, gdzie za jedzenie płaci się osobno, gęsto zajęte w ciągu dnia, a palarnia, gdzie nie tyle palą, co piją — zawsze pełna.
Anglicy i Amerykanie są stanowczo największymi żarłokami i opojami świata... Nie należy się dziwić, że rak, straszliwa choroba sfer zamożnych, — obrał sobie przeważnie ich ciała za siedlisko... Ma czem się tam pożywić!
Wnętrze „Majesticu“, ozdobione malowidłami i bronzami, draperjami, ma zresztą inne przyjemności prócz jadła, ma przedewszystkiem pośrodku przepiękny basen z wodą morską do pływania. Zrana „gentlemeni“, a potem „ladies“, a po południu, „mixt“ — panowie i panie razem. Wtedy jest najweselej i panie przychodzą w najpiękniejszych swoich kostjumach. Jeżeli kto chce po kąpieli użyć gimnastyki, może udać się na najwyższe piętro, gdzie obok stacji radjowej mieści się „gimnazjum“. Tam może jeździć na mechanicznym koniu, na drepczącym w miejscu welocypedzie, gimnastykować się na przyrządach i otrzymać kąpiel elektryczną, — słowem pozbyć się skutków zbyt obficie spożytego jedzenia w rozmaity sposób. Do tego używa się też gier, których pełno na górnym pokładzie i które mają wśród obu płci zagorzałych zwolenników wszelakiego wieku. Do tego też służy kąpiel w wannie z ciepłej morskiej wody, do której każdy pasażer ma codzień prawo, ale której wielu używa nietylko rano, ale i wieczór.
To są fundamentalne zajęcia dnia. Resztę czasu leży się z nogami owiniętemi pledem na otwartej werandzie najwyższego, spacerowego pokładu, albo szybkiemi krokami dąży się po nim, aby wzbudzić apetyt przed zbliżającym się „lunch’em“... czy „dinerem“.
Jest też na „Majesticu“ piękna bibljoteka, zresztą mało odwiedzana, no i cudna sala balowa, odwiedzana często w pewnych godzinach i wypełniona po brzegi. Tu się pija czarną kawę po obiedzie i kolacji, tu pijają swoją herbatę o 5-ej, ci, co nie lubią robić tego dorywczo — na pokładzie. Gra wtedy zwykle w sali ładne kawałki dobra orkiestra. Po 5-ej — kinematograf, albo „kroniki“ (petits cheveaux). — W obu wypadkach ogromna sala wprost zapchana, ale „kroniki“, któremi są zawsze najładniejsze panny, wzbudzają o wiele gorętsze zainteresowanie. Zakłady dochodzą dziesiątków dolarów, lecz nie przechodzą, jak zauważyłem w hazard... Na to istnieją inne zupełnie pokoje: jeden zastawiony zielonemi stolikami do gry; drugi schowany skromnie z boku, gdzie na wielkiej tablicy kredą co godzina zapisuje w odpowiednich rubrykach „clark“ wiadomości z giełdy, otrzymane drogą radjową.
Spaśli panowie, o tępych twarzach i chciwych oczach, godzinami siedzą w głębokiem skupieniu przed czarodziejską tablicą, przenoszącą z kieszeni jednego do drugiego, w mgnieniu oka, wcale duże sumy.
Co wieczór, z wyjątkiem niedzieli, którą obchodzą wielkiem nabożeństwem, w wielkiej sali — bal. Co za stroje!!... Ale uroda nieszczególna. Amerykanki coprawda wymalowane na anioły, lecz daleko im do obrazów Tintoretta. Angielki są mniej malowane, lecz i to, co mają, wystarcza im do zeszpecenia. Tańczą i starsze osoby i siwowłosi panowie i panie, tańczą powoli, sztywno i brzydko... Najgorzej, gdy trafi się jaka leciwa lady z twarzą trupa i krwawo umalowanemi ustami, w objęciach grubego gentlemana, z trudem fikającego nogami. Widok wprost makabryczny, jak na rysunkach Ropsa. I tak codzień całe pięć dni, gdyż w tym czasie „Majestic“ przepływa Ocean.
Dokoła kołysze się bezmiar żywiołu, to przeświecający na słońcu nefrytowemi grzbietami spienionych fal, to ginący w ciemnościach nocy — stapiających niebo i wodę w jedną czarną otchłań. Nasze jarzące się światłami elektrycznemi pokłady i luki, ledwie że oświecają najbliższe piany, wymyte z głębin wielkiem cielskiem okrętu, płynącego z szybkością kolejowego pociągu... Czujemy wszyscy, że w mgle i ciemnościach oceanu błyska on słabiuchno, jak blada, nikła iskierka...
W tysiącu dwustu kabinach statku pasażerowie już śpią. Z tysiąca dwustu ludzi obsługi część krząta się jeszcze po salach i korytarzach, robiąc porządek. W kuchni pieką bułeczki na dzień jutrzejszy, przygotowują mięsiwo, rybę, jarzyny na karmienie tego wpływającego miasteczka... Zaiste zadanie ministerjalne. Nastaje jednak pewien moment, kiedy i służba skłania na poduszki skołatane głowy.
Nie śpi jedynie ten ktoś ukryty na samem dnie statku, pod którego wprawną ręką i czujnem okiem olbrzym, niosący tysiące istnień, miljony dolarów i interesów, drga nieustannie i drąży nieustannie bezludne przestworza.
Po wąskich, stromych, żelaznych drabinach spuszczamy się do tajemniczego wnętrza. Bucha stamtąd nieznośny żar, przepojony zapachem przegorzałej oliwy, smoły, nafty, benzyny i ludzkiego potu... Przed nami biała ściana, zalana oślepiającem światłem, na niej chaos cyferblatów z nieruchomemi lub skaczącemi wskazówkami na wydłużonych rurkach z kolorowemi, wciąż poruszającemi się cieczami... Widać tam liczne manometry, aeroidy, termometry... Stojący nieopodal oficer nie spuszcza z nich oczu. Idziemy dalej wąskiemi szparami przejść wśród splotów rur, rureczek, drgających wiązadeł i ścięgien maszyny. Zbliżamy się do ziejących straszliwem gorącem potwornych kotłów, opalanych rozpyloną ropą. Zaglądamy przez kolorowe okienko do rozżarzonego jak samo słońce paleniska. Ale ja patrzę na twarze palaczy, blade, zlane potem, wyczerpane, na ich cierpiące od zapalenia oczy pełne czujnej trwogi, na ich półnagie, zasmolone młode ciała... Dalej, idźmy dalej, bo długo tu w tem piekle wytrzymać niepodobna!
Przechodzimy przez jakiś maluchny pokoik, gdzie zmieścić się może tylko dwóch ludzi i gdzie ciężkie żelazne drzwi zamykają się automatycznie wcześniej — nim można otworzyć drugie. Jesteśmy w źródlisku tego światła, co tak ślicznie oświetla nam stoły jadalne i sale balowe. Potężny turbogenerator w zamkniętym bębnie wiruje bezdźwięcznie. Znowu biała zalana światłem tablica rozdzielcza z nieskończoną ilością strzałek i numerów; przed nią znów człowiek z twarzą nieruchomą i skupioną. Wiązanka piorunów — 2.000 wolt! Turbiny zaś maszyn rozwijają 100,000 koni parowych.
Dalej dostajemy się w zwoje ruchliwych i stukających korb, kół, trybów... Tłoki cicho ślizgają się tam i napowrót, błyskając suto oliwą, migają korby i ekscentryki... Ale musimy zejść jeszcze niżej, aby zobaczyć samo serce statku, jego potężne ramiona, jego wały poruszające popędowe śruby. Jesteśmy już głęboko pod powierzchnią wody... W razie uszkodzenia — tu morze wtargnie przedewszystkiem. Nasz przewodnik podprowadza nas do jakiegoś wylotu, przez który widać w górze niby przez ogromny teleskop maluchny kawałeczek nieba, a na nim błyszczące gwiazdy.
Jesteśmy już niedaleko dna statku.
W innem miejscu dostrzegamy nad sobą kwadratową, otoczoną żelaznemi balustradami studnię. Tu można oglądać odrazu wszystkie dziewięć pięter „Majesticu“.
Nareszcie jesteśmy w najczulszem miejscu parowca. Po obu stronach długiego korytarza obracają się z niezmierną szybkością dwa potężne, polerowane wały. Na końcach ich nazewnątrz statku sieką toń Oceanu dwa ogromne, miedziane, ułożone śrubowo, propelery. Ich praca posuwa statek naprzód. Zwolniona lub wstrzymana praca jednego z nich — pomaga rudlowi do kierowania parowcem. Pęknięcie wału powoduje paraliż olbrzyma, częściowy lub zupełny. Przewidzieć takiej katastrofy prawie niepodobna. Metal jednak ma też swój wiek pracy i życia. Ale życie takiego wału, określone drogą doświadczeń na pewną ilość lat, może być — jak życie człowieka — skrócone przydarzającemi się wypadkami.
W czasie gwałtownej burzy, gdy śruby te wynurzają się z bałwanów, to znowu gwałtownie zanurzają w toń, szarpanina, pochodząca z różnicy oporu, jakie daje kolejno to powietrze, to woda, stwarza groźne wstrząsy, które osłabiają spoistość włókien żelaza, oraz zmieniają ich budowę. Żelazny wał dostaje artretyzmu.
Jak daleko takie zmiany zaszły nikt nie jest w stanie poznać po zewnętrznym wyglądzie wału, który pozostaje jak dawniej równie błyszczącym i potężnym. Kto zresztą wie, co za tajemnicze procesy odbywały się w milczącej duszy tego żelaznego kolosa — na służbie człowieka... Nagle umiera on w milczeniu, jak żył, a z nim może zginąć i wielki „Majestic“ o ile jego wołania „S. O. S.“ nie zostaną usłyszane przez bliźnich...
Jedynie On, ten „bliźni“, jest naszą oporą, nadzieją i pomocą we wszelkich potrzebach. On stworzył wał żelazny, zastępujący pracę dawnych galerników. On zastąpił niezdrowy węgiel w paleniskach kotłów — ropą naftową, On rozwidnił ciemności światłem ujarzmionej błyskawicy, On nauczył chować i przyrządzać strawę, oraz słodką wodę, tak, że podróż po słonych pustyniach wodnych nie grozi już pragnieniem i szkorbutem...
O niego więc troszczyć się powinny i muszą zarówno bawiące się i używające szczyty, jak i pracujące obok niego niziny... Ginący statek naszego życia pociągnie bezwarunkowo na dno zarówno jednych, jak drugich. Przekonała nas o tem dobitnie — ostatnia wojna i rewolucja...
Gdym opuścił trujące, niezdrowe podziemia „Majesticu“ i stanął na górnym pokładzie, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, panowała noc — i statek sypiąc iskrami odbitych ogni na rozkołysane przez siebie fale, biegł uparcie ku niewidzialnemu celowi...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.