Wróbelek i Kotka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Wróbelek i Kotka
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 48
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1931
Drukarz Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA.



E. KOROTYŃSKA
WRÓBELEK i KOTKA
POWIASTKA
z ilustracjami





WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ w WARSZAWIE
Druk. Sikora, Warszawa
Printed in Poland





Zosia była bardzo dobrą i grzeczną dziewczynką.
Uczyła się doskonale, robótki robiła prześliczne i każdemu pragnęła zawsze wyświadczyć jakąś przysługę.
A przytem miała bardzo dobre serduszko i litowała się nad każdem stworzeniem.
W domu jej rodziców lubiono zwierzęta i dlatego trzymano kotkę znalezioną niegdyś pod drzwiami, wygłodzoną i zziębniętą, pieszczono ją i kochano. Kotka przywiązała się bardzo do swych opiekunów, a najbardziej pokochała Zosię, która nie szczędziła jej pieszczot i przysmaków.
A jakaż to była radość, gdy pewnego ranka Zosia zobaczyła białą jak śnieg malutką koteczkę, przytuloną do kotki, czule na nią patrzącej.
— Mamusiu! — wołała uszczęśliwiona dziewczynka, — ach! mamusiu! nasza Mruczysia ma kotka! A jaki śliczny! Biały, malutki, jak myszka! Liże go wciąż i karmi... Chodź, mamusiu, zobacz, jaki on śliczny.
Kotka na widok wchodzących zaniepokoiła się nie na żarty...
A nuż zechcą jej zabrać to drogie maleństwo!
Nie da! chociażby zmuszona była podrapać swe opiekunki...

Elwira Korotyńska - Wróbelek i kotka p0006.png

I najeżyła grzbiet, sycząc ze złości.
Ale nie zlękły się tych przygotowań do walki o dziecko.
Matka Zosi podeszła do kotki i pieszczotliwie zaczęła do niej przemawiać:
— Niemądra Mruczysia! A któżby ci twój skarb najdroższy odbierał? Nie znasz nas? Czyśmy ci kiedy wyrządziły jaką krzywdę? Kiciuś! Kiciuś ślicznotka!
Mruczysia, widząc, że dziecka jej nikt nie zabiera, z ufnością spoglądała na tych, co ją odwiedzili, ciesząc się tem, że głaskano jej maleństwo i pieszczono.
Odtąd dawano więcej mleka i innego pożywienia Mruczysi, karmiła bowiem małą swą kocinkę, która była nienasycona i wciąż miauczała.
Zosia z niecierpliwością oczekiwała aby przejrzało małe stworzenie i codziennie oglądała jego zamknięte powieki.
Aż nareszcie! Pewnego dnia otwarły się oczki i śliczny biały kotek przestał być niewidomym.
Cieszyła się Zosia, cieszyła się też Mruczysia, przyglądając się z radością figlarnemu kociakowi.
Po tygodniu widzenia, kotek przestał już miauczeć o jedzenie.
Regularnie otrzymywał mleko w miseczce, do której wkładano kawałek bułki lub ugotowaną dla niego specjalnie kaszkę.
Matka Zosi była osobą praktyczną i przyuczała swą córkę do pożytecznych zajęć.
Chociaż więc Zosia umiała śliczne robótki, jak koszyczki, z rafji, woreczki z paciorków i inne drobne a zbytkowne rzeczy, matka wyuczyła ją robienia pończoszek na drutach i ładnego cerowania bielizny.
Lato było w całej pełni, więc Zosieńka usiadła przy oknie i otworzywszy je napawała się pięknem powietrzem i śpiewem ptasząt, które na poblizkich drzewach usłały swe gniazda.
Naraz jeden ze śmielszych podsunął się do otwartego okna. Zobaczyło bystre oko ptaszyny, że rozsypano tam ziarna dla ptaszków. Hop! hop! — podskoczył wróbelek i widząc, że mu nic ze strony dziewczątka nie grozi, coraz to żwawiej do swego celu się zbliżał.
Nie wiedział biedaczek, że z pod krzesła spoglądała nań krwiożercza Mruczysia.
Gdyby o tem wiedział wróbelek, nie połakomiłby się napewno na ziarnka; wolałby się trochę przegłodzić...
I naraz drapieżne zwierzę rzuciło się ku wróblowi, który ziarnka zajadał i wskoczyła na okno...
Krzyk rozpaczy rozległ się w pokoiku i stuk padającego krzesełka.
Spostrzegła Zosia co się dzieje. Ból ogarnął jej dobre serduszko...
Co począć?
Kotka rzuca się ku uciekającemu w śmiertelnej trwodze wróbelkowi, chce odpędzić — ale rozszalałe żądzą krwi stworzenie goni i goni zaciekle.
Nie ujdzie łapek Mruczysi!..
Odgania Zosia drapieżcę, tupie, klaszcze w rączki...
Nie ulękła się i tego! Już, już dosięga nieszczęsną kruszynę...
Jedna łapa porywa za skrzydełko wróbla, druga chce porwać za gardziołek...
Biedna Zosia zaczęła krzyczeć, jak mogła najgłośniej: — A kysz! a kysz Nic nie pomaga!...
Zaczęła więc wołać mamusi na pomoc:

Elwira Korotyńska - Wróbelek i kotka p0010.png

— Mamusiu! mamusiu! ach mamusiu!
W całym domu była jedna samiuteńka Zosia...
I te obrzydłe koty!...
Ach! czemuż je tak lubiła, tak dogadzała, nawet w nocy wstawała aby dolać mleka do miseczki, wtedy, gdy Mruczysia, ta drapieżnica okrutna karmiła białego kociaka?!...
Rozpacz Zosi doszła do ostatnich granic, gdy ujrzała w łapach kosmatych Mruczysi biedną drżącą ptaszynę!
— Czekaj! ja ci pokażę, że potrafię się zemścić za twe okrucieństwo! — zawołała ze łzami Zosieńka — ja ci zabiorę twego kociaka i wyrzucę!
Pochwyciła za grzbiet miauczącego z przerażenia kociaka i trzymając przy Mruczysi, trzęsła nim i unieść chciała ku oknu, aby go wyrzucić...
Ale cóż się stało?
Kotka, widząc swe dziecko w niebezpieczeństwie, upuściła na ziemię wpółżywego ze strachu wróbelka i całym pędem puściła się ku ratunkowi. Ale dziewczynka nie była okrutna; widząc, że wróbelek żyje i wyszedłszy z trwogi zaczyna się już poruszać, rzuciła kociaka Mruczysi, a sama podbiegła do ptaszyny.
Jakżeż się ucieszyła widząc, że wróbelkowi nic a nic się nie stało! Obejrzała skrzydełka, przyglądała się nóżkom, czy pazur drapieżnicy nie zadrasnął w tem miejscu maleństwa, wodą zimną skropiła główeczkę, wyprostowała piórka i oto ptaszyna otwarła oczki i cichutko, nieśmiało zakwiliła: Ćwir! ćwir! ćwir! otom żywa i cała, a to dzięki tej dobrej i miłej Zosieńce! Pilip! cip! cip! pilip! cip! cip!
— Ach ty słodkie, kochane stworzenie! ty mój wróbelku najmilszy! Świergocesz już, odzywasz się do mnie! Jakżem szczęśliwa!
I dobra dziewczynka dała się napić maleństwu, potem pokruszyła biszkopcik dany jej przez mamusię do podwieczorku i nakarmiła ptaszątko.
Delikatnie, bardzo pomalutku dziobnął wróbelek w rączkę Zosieńki, jakby całując ją na podziękowanie...
Aż podskoczyła z radości, że tak jej ptaszeczek podziękował i tańczyć z nim w rączce i śpiewać poczęła:

— „W gniazdecżku wielki powstał gwar,
Na bal się zbiegło kilka par,
Pilip cip cip, pilip cip cip!
Na bal się zbiegło kilka par!...”

A cóż robiła Mruczysia?

Złapawszy swego synka, porwała go w zęby i usadowiła się na podłodze w kąciku...
Przedtem jednak, zamyślała o ucieczce przez okno, sądząc, że niebezpiecznie tu kociakowi.
Wskoczyła już nawet na okno i czuwała nad tem, co dalej nastąpi. Sądziła w swym kocim rozumie, że najpierw dostanie dobre klapsy za ptaszka, a potem odbiorą kotka i wrzucą do wody, jakto już raz było z nią na wsi, gdzie miała troje ślicznych małych kociąt... Rozpaczała wtedy biedna matka, miauczała i nic nie jadła, aż wychudzoną jak szkielet znaleźli dobrzy jacyś ludzie i zabrali do swojej chaty.
Nie bito jej tam, nie wypędzano z izby, ale, gdy zjawiły się u niej dwa kociaki, zrobiono tożsamo, co tamci z pierwszemi jej dzieciakami.
Wtedy Mruczysia postanowiła je ratować.
Na nic zdały się jej starania.
Dwie jej pociechy: synek i bialutka jak mleczko córeczka już nie żyły...

Elwira Korotyńska - Wróbelek i kotka p0014.png

Nie wróciła do domu, gdzie pozbawiono ją dzieci, patrzeć na tą chatkę z której wyrzucano to co było dla niej najmilszem, nie mogła...
I oto zaszła pode drzwi ślicznego ocienionego winem domu, gdzie aż pachniało kwitnącemi kwiatami i krzewem bzu, wkradającego się do okna.
Nie myślała tam wchodzić, bo nie ufała już ludziom, lecz postanowiła tu zakończyć swe życie.
Ale w godzinę potem, białe pulchne rączki uniosły ją ze schodków, a głosik nabrzmiały łezką wołał:
— Mamusiu! mamusiu! taki biedny koteczek, takie słabiutkie stworzenie. Ach! mamusiu! weźmy go, bo zamrze!
Czyżby więc dziewczynka, która ją podniosła z przed domu i dogadzała, mogła być tak bez serca, żeby odbierać jej dziecko, jej najdroższego Białaska. Nie! nawet jej koci rozum wie na tyle, że to stanowczo być nie może.
Pełna więc ufności zeskoczyła z okna, zaniechawszy ze swym synkiem ucieczki i ułożyła się niedaleko od Zosi bawiącej się z uratowanym ptaszkiem.
— Cóż się takiego stało? co zrobiła takiego Mruczysia, że ją tak Zosieńka strofuje? — pytała matka, wchodząc do pokoiku swej jedynaczki.
— Nie, mamusiu najdroższa, to było gorsze, stokroć gorsze od łakomstwa...
Widzi mamusieczka tego wróbelka? Nie wypuszczam go jeszcze na podwórze, bo go skrzydełko boli od pazura Mruczysi...
— Coo? czyżby go zraniła?
— Przygniotła go trochę swą łapą. Chciała zadusić, ale nie pozwoliłam... Wie mamusia, co zrobiłam?
— Cóż takiego, dziecino?
— Kiedy już nic nie pomogło, ani mój krzyk, ani rozpacz, złapałam Białaska i chciałam go wyrzucić za okno..
— I zrobiłabyś to Zosieńko?
— Naturalnie!
— A gdyby się zabił?
— Miałaby karę za zjedzonego wróbelka.
— Czyżby zemsta ta przywróciła życie ptaszkowi?
— Nie, ale wiedziałaby, że nie można być drapieżną...
— Ale widzę, że Zosieńka ma i wróbelka i oba kociaki, cóż się więc stało?
— Widzi mamusia, to było tak: Jak tylko złapałam za grzbiet Białaska, kotka patrzała, co zrobię, trzymając jednocześnie wróbelka...
Udałam więc, że wyrzucić go chcę za okno... Podeszłam do okna, a ta podbiegła ku mnie, zapominając o smacznym kąsku i wspięła się dwiema łapami, aby mi odebrać kociaka.
Puściłam go naturalnie natychmiast i pobiegłam ratować wróbelka.
Ale nie cierpię od dzisiaj Mruczysi...
Nieposłuszna, wołam i wołam, ona nic, jakby nie słyszała... Pies o wiele lepszy od kota...
— Zosiu, — odparła matka, — a czyś zapomniała do jakiego gatunku zwierząt należą koty, a więc i nasza Mruczysia?
— Do drapieżnych czworonogów, mamusiu, — odpowiedziała dziewczynka.
— Jakżeż więc Mruczysia, będąc drapieżnem zwierzęciem, mogła inaczej postąpić, mając przed sobą wróbelka? Nic to dziwnego, moje dziecko, i nie jest to winą kotki, że ma taką naturę. Człowiek nieraz zabija kogoś, morduje, mając rozum i świadomość, że to jego jest winą, że powstrzymać się od zbrodni nie chce — a cóż zwierzę?
Mieć w łapach ofiarę i rzucić ją, widząc swe dziecko w niebezpieczeństwie, świadczy to o wielkiej miłości macierzyńskiej, za którą jeszcze bardziej lubić trzeba Mruczysię i stawać w obronie prześladowanego jej rodu.
— Przebaczam ci koteczko! — powiedziała Zosieńka pochylając się ku kotce i głaszcząc ją, co przyjęła Mruczysia z zadowoleniem.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.