Wojciech Zapała

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Wojciech Zapała
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Indeks stron
WOJCIECH ZAPAŁA.
Kiedym poznał Wojciecha Zapałę, był on już dobrze posunięty w lata, wyschły jak trzaska, pożółkły jako liść jesienny, a taką przez łeb miał szramę, że choć czwórką po niéj zawracaj.

Prosto się jednak trzymał jeszcze stary, a jego szczotkowate, w górę sterczące wąsy dodawały mu marsowéj miny.
Równego z nim wieku zdawała się być i kurta jego zielona, zarywająca na mundur strzelecki, mocno już spłowiała, ale twarda widać do zgryzienia, jako i jéj pan.
Mieszkał Zapała pod lasem, w chatynce nędznéj, na piaski rzuconéj, z dachem roztrzęsionym, zczerniałym, czesanym przez wszystkie cztery wiatry, hulające po nim zawieruchą jesienną albo zimową zamiecią; — z kalenicą zaklęsłą, z bokiem jednym z węgła ruszonym, drugim w ziemię idącym; z drzwiami licho wie jak trzymającemi się jeszcze odźwierka — ot, w pustce ciężkiéj, i tyle.
Prócz wróbli pod strzechą, tulił przy sobie Zapała w chacie owéj drobnego chłopczynę, sierotę, co go niegdyś wiosną zgubiły bociany we wsi, lecące na łąki, na zielone. Poterało się mizeractwo to tu, to tam, popychane, szturchane, niewiedzące kędy się dziać, a prócz sińców na grzbiecie mające tylko jednę koszulinę, czarną jako święta ziemia.
Płaczącego z głodu i chłodu przydybał kiedyś chłopca stary pod lasem, popatrzał, splunął, wąsy najeżył, potém go na ręce wziął, kożuchem okrył, do chaty zaniósł, okrajcem chleba utulił — i na ławie, kędy sam legiwał — uśpił. Odtąd się już nie rozłączali.
Jako przy pniu dębowym odrostek wiosenny, tak Antek tkwił przy Wojciechu.
I dobrze im było razem; tylko w miarę, jak chłopak podrastał i łyżką kartofli najeść się już nie mógł — stary pasa przyciągał, aby im obu starczyło.
Wiosennym wczesnym porankiem już słychać było głos starego Zapały:
— Daléj, chłopcze, marsz! A coś ty, baba, żebyś nie wiedział, jak żołnierz chodzić powinien? Prawa noga naprzód!... Nie ta... a czy skaranie boskie... toć że ta, druga! Uszy do góry! brzuch w siebie! A! że téż ty, chłopak, nijakiego rychtunku nie masz!...
A „żołnierz” w koszulinie tymczasem, drepcząc obok starego, wystawiał nogi bose, brudne, cienkie jak badyle — i podnosił konopiastą głowinę wysoko, sądząc słusznie, że i uszy z nią pójdą do góry; z brzuchem tylko jakoś nigdy do ładu dojść nie mógł. Odęty, wielki, sterczał on uparcie z pod chudych żeber i tuż pod piersiami z za koszuliny wyglądał.
Czas jakiś maszerowali w milczeniu. Strwożone żaby w desperackich skokach pierzchały z pod nóg Wojciecha, chroniąc się w bruzdy i w kępy wilgotne, a w ciszy porannéj, dzwoniącéj pieśnią skowronka, słychać było daleko, szeroko, ciężkie stąpanie starego wiarusa.
Aż naraz, precz daléj maszerując, odzywał się Wojciech:
— Uważasz, chłopcze, przed nami idzie dobosz i bębni, aż w niebie słychać! A daléj trębacze złociste na trąbach grają, a tu z boku nasz kapitan, ej, dziarska u niego mina! a za nami wali piechota, jak morze. A tu adjutanty polatują, jak ptaki, ino wiatr furczy, a jenerały aż kapią od złota; a tam, daléj, na białym koniu, sam cesarz... Wiw limperer! hurra!
I wyrzucał w górę czapkę swoję stary Zapała, i salutował kijem sękatym, i promieniał cały; a zasłuchany chłopczyna, chcąc dojrzéć owego dobosza, owych trębaczy złocistych, adjutantów, jenerałów, a najbardziéj onego cesarza — wytrzeszczał oczy, otwierał usta — i naturalnie takt gubił.
Stary maszerował jeszcze kilkanaście kroków, jaśniejący w sobie, odmieniony, piękny niemal, jak był przed trzydziestu laty; z oczami utkwionemi w przejrzystą różaność poranku, z rozwianym włosem, naprzód podaną piersią, na któréj spłowiała jego kurta, nabierała téż życia i barwy. Usta jego szeptały coś pocichu — zdawał się jakby natchniony. Po chwili opamiętywał się, gasł w sobie, kułakiem przecierał oczy, a spostrzegłszy, że Antek przyzostał, poczynał burczéć na niego.
— A czegóżeś ty gębę rozdziawił, nie mający na co? Widzicie go, piecucha; a ruszajże się prędzéj! Oj, żeby ty służył pod naszym wachmistrzem, dopieroby on ci pieprzu w uszy natarł! Daléj! prawa noga naprzód! Raz, dwa... a cóż ty, na kołkach idziesz? A czy cię téż...
Ale chłopak, raz takt zmyliwszy, szedł jak odurzony, przebierając nogami bez składu. To zdawało mu się, że niema ani lewéj, ani prawéj nogi, to znowu, że ma ich zawiele jakoś — i ani rusz do ładu z niemi trafić nie umiał. Szerzéj więc jeszcze otworzywszy usta, stawał zapatrzony w Zapałę, a wydęta jego brzuszyna wyglądała z otworu koszuli, zapomniawszy całkiem o wojennéj karności.
Stary dąsał się, gderał przez chwilę — aż ustawiwszy dzieciaka „do frontu,” zaczynał sam maszerować przed nim na pokaz. Nie był to już jednak ów bohaterski Zapała z przed chwili. Wielkie jego stopy podnosiły się teraz nad ziemią sztywno i martwo opadały, jakoby na drewnach sękatych wprawione; nadęta wierzchnia warga komicznie jeżyła się przystrzyżonemi wysoko wąsami, a spencer jego spłowiały zwisał na zaklęsłéj piersi, którą chwytał kaszel suchy, głęboki. Wówczas zatrzymywał się stary, głowę opuszczał, dyszał chwilę, a wziąwszy chłopca za rękę, szedł z nim w milczeniu, powłócząc zmęczonemi nogami.
Dzieciak jenerałów owych złocistych, dobosza i trębaczy zapomniéć nie mógł.
Drepcząc obok Zapały, myślał, przemyśliwał, gdzieby ich dziaduś mógł widziéć? A przed nimi, jak okiem zajrzéć, rozciągały się pola ozime, mazowieckie pola, zachodzące runią zieloną, po któréj poranny tuman bił w słońcu pyłem złotym, jakoby się mietlice kurzyły. Od lasu tylko błękitność jakaś przejrzysta siała się po ziemi, jakoby kto strugę modrą w powietrzu rozdmuchał przez przetaki srebrne.
Chłopak wytrzeszczał oczy coraz szerzéj, nadążając krokom starego. Juści nie gdzie, jeno w tym złocistym tumanie muszą być jenerały owe i cesarz. Patrzał, patrzał, otworzywszy gębę szeroko; gdy jednak nic dojrzéć nie mógł, pociągnął za rękaw starego i odezwał się głosem cichym: — Dziadusiu!
Ale pogrążony w sobie Wojciech nie słyszał chłopięcia.
— Dziadusiu! — przemówił wtedy malec głośniéj, — ja tam tego cesarza nie widział, ani trąbów nijakich...
Uśmiechnął się stary.
— A co ty myślisz, pędraku, że lada komu będą trąby grały? Oj, nasłuchał ich ja się, nasłuchał! To mi potém przez dziesięć lat z okładem w uszach dzwoniło, że anim ludzkiego gadania, ani wiatru w polu nie słyszał, jeno to ich granie. Hej! nie słyszałem nawet, jak starość przyszła i bieda! Ludziska głupi powiadają: głuchy Zapała. Oj, nie głuchyć, nie głuchy, jeno słyszący takie rzeczy, o jakich wam się, Mazury, nie śniło! Gdzie człowiek nie był, czego nie zaznał! Szedł pan na wojnę, szedł i ja. Wojciechu, powiada, nie żal ci chaty? Juści żal, panie, powiadam. To wracaj zdrów, powiada: ja stoję przy Napolijonie. Ha! to i ja stoję. A pan na to: daj rękę, bracie; nie wrócę do dom, powiada, aż z Francuzami. I nie wrócił. To był pan!
I spuszczał stary głowę, i szedł zadumany, wzdychający, aż po chwili prostował się i mówił daléj
— Albo co! Raz, pamiętam, wali nasza wiara do szturmu. Gorącyż to był dzień! Pewno go tam Bóg Najwyższy czerwono w kalendarzu zapisać raczył! Trąby grają, jakby na skończenie świata, bęben grzmi, że człowiek własnego strachu dosłyszéć nie może; gdzie spojrzysz, las nie las, sterczą bagneciska, że aż w oczy kole. My nic. Przed frontem przeleciał adjutant, błysnął szpadą, niby jasną świecą. A my, wiara, jak hukniem: Wiw limperer! tak ci tu zara one Hiszpaniska jak nie puszczą swoich fortów w taniec! Boże miłosierny! żeby się nasza ziemia trzy razy zapadła, toby takiego huku nie było. Oficery krzyczą: marsz! marsz! Idziesz, jakby ci kto za piętami gorącą smołę lał: nie wiada jeszcze, czyś z głową, czy już bez głowy. Same nogi niosą cię naprzód: prawa, lewa, prawa, lewa, marsz! A tu znów jak nie gwizdnie! Chryste Panie! Czapkę z głowy by zdmuchnęło, żeby niżéj poszło. My nic!
Trzeba było widziéć starego Zapałę, z jakim ogniem, z jaką werwą mówił te dwa słowa: my nic!
Była to cała epopeja téj mazurskiéj duszy.
— Dziadusiu — przerwał nagle Antek, oglądając się niespokojnie dokoła, — a płota to tam nie było, żeby się skryć za niego, a potém w nogi do wsi?
— Płota? — powtórzył Zapała z wzgardliwym uśmiechem, — oj, ty chłopska maniero! A hunor, a ambicya? a co powie cesarz, abo i kapitan? Dałby ja ci płot na wojnie, abo i uciekanie! Nasz kapitan powiadał, co jak ta wojna przyszła, to wszyscy królowie i wszyscy panowie posiedli, pozakładali ręce i patrzyli, jak się Polak za Francuza bije. Ot, pięknie by to było, żeby potém gadali, cośma tchórze. Nie daj Boże takiego doczekania!
— A na cóż się Francuz sam nie bił? — pytał daléj Antek.
— Co się miał sam bić? W przyjacielstwie wszystko po równości; my im, oni nam. A to juści i dla człowieka jest z hunorem, że go tam ludzie widzą we świecie, i znają, i powiadają o nim tak i tak. A ty się pilnuj, żeby ci kula nie policzyła zębów nawylot: to już twoja rzecz!
— A cesarz? — pytał chłopczyna głosem z niepokoju stłumionym, — kto pilnował cesarza?
— Cesarza? oj, dziecko ty moje! Pilnował ci go sam Pan Bóg Stwórca, i ona jasność, co od niego biła po świecie, i ony orły, co nad nim latały na sztandarach naszych, i ten dech gorący, co szedł ku niemu z onych piersi ludzkich, gotowych murem stanąć, żeby jeno skinął! Nie broniły go zamki, ani pałace; w obozie jadł, w obozie spał. Ktoby powiedział: człowiek, jak i drugi. Ano kulka kulce świstała lecący, że to Napolijon Bonapart, i żadna tknąć go nie śmiała.
Umilkł stary wiarus, dźwiękiem własnego uniesiony głosu, a źrenice jego cicho gorzały, zapatrzone w dalekość siną.
Antek dreptał obok niego, coraz szybciéj przebierając bosemi nogami. Postać bohatera, odtworzona gorąco przez starego Zapałę, widomie niemal przechodziła z duszy jego w duszę dziecka. Chłopiec czuł się zaniepokojony, wzruszony; moc go jakaś brała za czuprynę konopiastą, więc podnosił głowę do góry, jak ptak do słońca — i coraz silniéj ściskał rękaw starego Wojciecha. Miał téż skrytą nadzieję, że tam daleko, gdzie dziaduś spostrzegał postać swojego cesarza — i on téż może przecie, otworzywszy dobrze gębę — cośkolwiek obaczy. Nie mógł jednak zobaczyć nic, i to go srodze trapiło.
Spojrzał staremu raz w oczy, spojrzał drugi raz, potém go za rękaw pociągnął i szepnął: — Dziadusiu
Ale Zapała utonął myślą w takiéj dalekiéj przeszłości, że głos dziecka dobić się tam nie zdołał. Ognie mu jeno chodziły po zoranéj twarzy — zwiesił głowę i w milczeniu wracał pod las, do chaty.
Nocy téj Antek spać nie mógł.
Po ławie się ciskał, rękami rozrzucał, majaczył; a kiedy go Wojciech świtaniem obudził, pierwszą myślą malca był... cesarz.
Zkąd bo się mógł wziąć ów cesarz na białym koniu, co go dziaduś wczoraj w polu widzieli? Białego konia w całéj wsi nie było; nie było go i we dworskiéj stajni. Jak téż mógł wyglądać koń taki? A cesarz? kulki nad nim latały, śpiewając, — broniła go zorza złota, idąca przed nim na wojnę, a chorągwie furczały na wietrze, jako skrzydła ptasie, przypięte owemu koniowi białemu.
Taki sobie obraz utworzywszy w duszy, stanął chłopczyna przy zydlu u misy, wedle siedzącego Wojciecha; nie mógł jednak jeść wiele, jeno łyżkę z garści w garść przekładał, zadumany, zapatrzony...
Aż kiedy Zapała pośniadał i jął siekierę na brusiku ostrzyć, zbierając się na porębę do lasu, malec zaczął się kręcić, staremu drogę zachodzić to z téj, to z owéj strony, aż wreszcie za kolana go chwycił rączynami chudemi.
— A ty czego, chłopcze? — zapytał stary.
— Mój dziadusiu! moi złoci! niechby ja téż tego cesarza choć raz obaczył! choć bez płot!
Zapała uśmiechnął się pod wąsem.
— Ot, czego się głupiemu zachciało. Cesarza! cesarza!... A cóż to, cesarz jest ekonom, abo strach na wróble, żeby go lada kiep widział? Hej! hej! nawędrował ja się niemało po świecie i niemało biedy zgryzł, i skórę własną, jak wąż, odmienił, zanim go oczy moje ujrzały!
— A jakże go oczy wasze ujrzały? mój złoty dziadusiu! — pytał daléj Antek z najwyższém zajęciem, chwytając znowu za kolana starego.
Zapała siekierę poostrzoną na brusiku wsparł i westchnął głęboko.
— Oj! nie bez płot, nie bez płot, moja sieroto! Ujrzały go oczy moje w dymie harmatnim, w ogniu jarzącym, w trzaskawicy śmiertelnéj, kiedy człowiek nie ma czasu wezwać Boga przy skonaniu... Ujrzały go oczy moje w tumanie krwawym, niesionego, jako sokół wiatrem zachodnim, nad pole kłosów dostałych. A nie były to kłosy, jeno ludzkie głowy; a co kulka świśnie po nich, to jakby kosa przeszła, bruzda się ściele i ściernisko trupie...
— A któż tak kosił, dziadusiu?
— Śmierć kosiła, chłopcze.
— A cesarz?
— Cesarz był z nami. A ktoby dotrwał bez niego? Na górze stał w kapocie swojéj szaréj, rękę do oczu przyłożył i rozkazy dawał, i patrzał, jak się Mazury prą na bateryę. Bóg widzi, nie myją brali, ale to wejrzenie jego. Zrazu-m ci ja nic nie wiedział, który to jest cesarz; bo wkoło sztab się kręcił, cały w złocie, a w piórach, a w szelestach. Aż tu mi pan mój powiada: Wojtek, powiada, to Napolijon. Spojrzę ja, jeno go maluj! Porozlatały się one adjutanty złociste z rozkazaniem pańskiém, a on stał sam; a choć był drobnéj urody, tak mi się wydał ogromny, jako świat.
Zadumał się stary i zamilkł; aż widząc po chwili, że chłopię u kolan mu stoi, a w oczy pogląda, pogładził szorstką dłonią jego rozsypane włosy i przemówił łaskawie:
— No, no, jeno ty mi się wyucz maszerunku, jak się patrzy, i wszelakiéj komendy, to już ja ci Napolijona pokażę; niechno jarmark...

A podjąwszy siekierę, na ramię ją sobie założył i ruszył w las na porębę.




Straciłem potém jakoś z oczu Wojciecha Zapałę. Stary podobno chorzał, dyszał, w lesie na porębie nie stawał, z chaty nie wychodził; nawet na jarmark doroczny zajść nie mógł, tak mu się dawne, za młodu nieliczone cięcia odzywały po kościach a stawach.
Małego za to Antka spotkałem kiedyś na drodze.
Było to jesienią. Dzieciak był równie chudy i nędzny, jak dawniéj; w stroju tylko jego zaszły niektóre odmiany. Ta sama wprawdzie koszulina zgrzebna okrywała mu grzbiet niebogi, ale na niéj miał po wierzchu starą kamizelę Zapały. Kamizela była ogromna, za kolana chłopakowi idąca, na przedzie rozwarta, gwoli owéj niepoprawnéj brzuszynie, co to nie chciała iść „w siebie” i odejmowała Antkowi „wszelaki rychtunek” rycerski.
Chłopak maszerował po ostrém ściernisku, trzymając na ramieniu sękaty kij Wojciecha i stawiając z góry cienkie swoje nożyny, z których jedna obuta była w stary babski trzewik, wywleczony ze śmiecia przez jakiegoś Kruczka, a druga tkwiła w wielkim drewnianym chodaku, opadającym ciężko za każdym krokiem malca. Ten to chodak właśnie dawał takt marszowi i napełniał serce Antka uczuciem słusznéj dumy. Istotnie „maszerunek” szedł świetnie. To chodak, to trzewik podnosiły się do wysokości nosa chłopięcia i opadały z łomotem, któremu wtórowała cieniutka komenda: raz, dwa! — i znowu: raz, dwa!
Idąc tak, patrzał chłopczyna przed siebie daleko, daleko... jakoby miał tam cel upragniony, do którego trzeba mu było koniecznie maszerować po ściernisku, ot tak, jak stał: w koszuli i w kamizeli.
Przed jego wzrokiem przejrzystym, smętnym, wzrokiem chłopskich sierot, promieniała kędyś w dali postać jasna, ogromna, unosząca się — „jak sokół na zachodnim wietrze,” — postać cesarza.
Spotkanie to nie było ostatniém. Widywałem go późniéj twardą już jesienią, w półkożuszku Wojciecha i całkiem boso; nie odejmowało mu to jednak fantazyi, a komenda szła żwawo i składnie.
Nadeszła zima.
Wieczór był cichy, mroźny, miesięczny.
Świeże śniegi słały się puchem przez pola; w niebie, głęboko, paliły się gwiazdy sine; między niemi a ziemią leżały błękitne cienie i srebrne pary. Ze wsi dolatywały łomoty cierlic i psów szczekania, a pod lasem, het, precz — u Wojciechowéj chaty, słychać było stuk siekiery.
Idąc prosto na stuk ten, ujrzałem starego Zapałę, jak ociosywał dębczak, zdawna u progu leżący.
Pobladł, postarzał, a w miesięcznych blaskach wyglądał bardziéj na widmo, niźli na człowieka.
Przy nim stał Antek, przebierając na śniegu bosemi nogami; jego cienki głosik dziecięcy mięszał się do stuku siekiery, szczebiotał coś, jak wróbel, pożerając oczyma robotę dziada.
Stary pracował z widocznym wysiłkiem. Raz po raz postawał, opuszczał siekierę, czoło z potu ocierał i dyszał ciężko. W ostatnich czasach rozniemógł się, osłabł, a choć się codzień jeszcze z tapczana zwłóczył, czuł już, jak mawiał, ordynans u proga.
Pojednał się tedy z Bogiem i z ludźmi, odczyścił swoję zieloną kurtę, wysmarował grube buty i czekał.
Największą jego jednak troską był obiecany chłopakowi cesarz. Zkąd on go weźmie? jak mu go pokaże? Do miasta nie doniosą go już stare nogi; rzecz zresztą niepewna, czy nawet na jarmarku coś podobnego by znalazł. A tu chłopiec codzień dopomina się spełnienia obietnicy. Zresztą, zasłużył. Maszeruje dzielnie, niema co!
Komendę myli co prawda miejscami, ależ to jeszcze małe, douczy się, niech jeno podrośnie. I coby to za radość była miéć pod ręką obrazek, abo co takiego, i módz powiedziéć sierocie: patrzaj, chłopak, to Napolijon! Staremu od téj myśli serce rzucało się w piersi, jakby je warem oblał. Myślał, myślał, nareszcie onego miesięcznego wieczora wziął siekierę, poostrzył i począł ociosywać ów dębczak, przed chatą leżący.
I cóż, że tego nigdy nie robił? Toć ma cesarza, jak żywego, w duszy: Na górce stoi, ręce u piersi skrzyżował i patrzy, patrzy...
Antek, któremu także cesarz z myśli nie schodził zagadywał starego o to, o owo, drepcząc bosaka po śniegu, nareszcie spytał: jakieby Napolijon miał buty?
Odprostował się Zapała, o odźwierek wsparł i rzekł:
— Czekajże, chłopcze... buty to miał ogromne, z gwiazdami przy ostrogach; jak konia niemi sparł, to cała armia ostrogę poczuła w piersiach. I szła, i szła, choć na koniec świata.
— Pewnikiem siedmiomilowe — zauważył Antek dla siebie. Potém zaś dodał: — a kapotę?
— Kapotę? — powtórzył stary, — żeby tak nie skłamać, to kapota nie była cesarska, lada ordynans miał lepszą. Tylko, że jak ją Napolijon na siebie wdział, a przed frontem stanął, to ci się zdawało, żeś słońce obaczył. Oj, ginęli téż ludzie, ginęli dla téj kapoty, i nie żal było! Cesarz był mały, zwięzły, składny, a oczyma przez skórę cię brał, choć wejrzenie miał zawsze łaskawe. Pamiętam... — Tu stary umilkł, nagle za piersi się chwycił, począł kasłać ciężko, aż uspokoiwszy się, po niejakiéj chwili rzekł: — Ale ty, chłopcze, do izby ruszaj, a do spania się zbieraj... kurki zachodzą — dodał, poglądając ku gwiazdom sinym.
— A kiedyż ja, dziadusiu, cesarza obaczę? — powtarzał Antek zwykłą swoję piosenkę.
— Obaczysz, obaczysz... śpij jeno...
A kiedy chłopiec do chaty wszedł i drzwiami skrzypnął, stary ręce w górę wzniósł i mówił głośno:
— Panie Boże Wszechmogący! nie wołajże mnie ze świata, póki oto téj sierocie nie pokażę Napolijona cesarza, amen!
A gdy to mówił, taka była cisza, żeś słyszał w powietrzu lecące igiełki par mroźnych.
Zaraz potém dziad w garść splunął, siekiery się jął, a stukot jéj aż do samego świtu obijał się o sosny po lesie.
W kilka dni potém, o wczesném zaraniu, w pośrodku nędznéj, czarnéj chaty pod lasem, stał dębczak ów z pod progu, zmieniony w postać człowieczą.
Gruba to była robota, chropawa, nieskładna, głowa przyduża, nogi przykrótkie, kadłub przyciężki; kiedyś jednak stanął w progu izby, ot tak, jak teraz przy ogarku łuczywa, płonącego w kominie, toś na pierwsze wejrzenie musiał krzyknąć jak Zapała:
— Napolijon!
Charakterystyki posągu tego nie stanowiły rysy twarzy — to pewna; można je było owszem nazwać rysami tego lub owego człowieka, chociaż i one zarywały cośkolwiek z potężnéj, znanéj wszystkim głowy bohatera. Co do kapoty za to, kapelusza i rąk skrzyżowanych na piersi — nie podobna się było pomylić.
Przed dziełem swojém stał Wojciech Zapała jaśniejący, natchniony, ogromny w sobie, istny Fidyasz w chłopskiéj siermiędze.
U nóg jego leżały dłutka i pilniki, gorące jeszcze od rozmachu mazurskiéj dłoni.
Oczy mu gorzały ogniem miłości i dumy, usta zaszły czerwienią, jako za młodych lat, pierś poruszała się oddechem pełnym, swobodnym, i stał tak w przemienieniu oném — prosty i piękny — trzymając w jednéj ręce podjętą z ziemi siekierę, a drugą po wojskowemu salutując cesarza.
Po chwili uśmiechnął się i zwrócił głowę w róg izby. Tam, na ubogim tapczanie, spał Antek sierota. Rozrzucona na piersiach koszulina pokazywała chude jego żebra, a z pod kamizeli, którą był przykryty, wyglądały nogi, cienkie jak badyle. Równy, głęboki oddech poruszał jego pierś drobną, a obie ręce leżały nad głową, jako nad słomianą strzechą. Zapała patrzył na chłopca i oczy jego wilgotniały niby poranną rosą.
Tymczasem odniało na wschodzie.
Styczniowe słońce podniosło się nad Żelazową Wolę, wielkie, gorejące, czerwone. Śniegi spłonęły w blaskach różanych i w złocie.
I uderzyły promienie słońca w okienko izby czarnéj i padły na postać bohatera łuną jarząca. Światło zbudziło wróble i Antka.
Przewrócił się z boku na bok, zamruczał niewyraźnie: „...dwa, trzy,” — potém westchnął i oczy otwarł. Otwarł — siadł na tapczanie i spojrzał po izbie. Zamknął je znowu i znów otworzył, przetarł kułakiem, spojrzał — i rozdziawił usta, jako miał szerokie. Chwilę trwał w takiém osłupieniu niemém; nagle zerwał się z tapczana.
— Cesarz, dziadusiu, cesarz!...
Chwycił go stary, podniósł, do piersi przytulił, na wąsy spadły mu dwie łzy ciężkie i słone. Potém chłopca na ziemi postawił — podał piersi naprzód, jakby na bagnety szedł, i huknął, aż w lesie odgrzmiało:

— Wiw Napolijon! Wiw limperer!




O wieku, co blaski swoje rzucasz w cienie i chłody dni naszych, i zapalasz ognie w biednéj chłopskiéj piersi, i dajesz chwilę szczęścia czarnéj chłopskiéj chacie, i uczysz pacholęta bose iść po ścierniskach życia ku ideałowi — o wieku!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.