Wizye przyszłości/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Wizye przyszłości
Podtytuł O wpływie rozwoju wiedzy i mechaniki na życie i myśl ludzką
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1904
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kleczyński
Tytuł orygin. Anticipations
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI
Wojna w wieku XX.

Aby zdać sobie sprawę, czem będzie wojna w przyszłości, nie zajmiemy się badaniem, jak wywikłają się z jej olbrzymich zadań niedołężne organizmy polityczne, opisane w rozdziałach poprzednich, ale pomijając tę stronę zagadnienia, spróbujemy wytworzyć sobie pojęcie o wojnie, w którejby uwzględniono wszelkie wskazane przez rozwój nauki i mechaniki udoskonalenia techniczne, gdzieby walczyła armia wzorowa, stworzona przez państwo idealnie przygotowane do walki dzięki specyalnej organizacyi.
Przedewszystkiem zauważymy, że wojna przyszła w niczem nie będzie przypominała dawnych sposobów jej prowadzenia, gdzie po tysiącach nużących marszów i kontrmarszów, długich pobytach w obozie w towarzystwie chorób i głodu, następowało wreszcie kilka, radośnie witanych godzin bitwy piersią o pierś, a masy wojsk uderzały na siebie zwartemi kolumnami, jak taranami. Oznaką przewrotu, dokonywającego się obecnie w metodach strategii, które ulegną też z czasem zasadniczym zmianom, jest przedewszystkiem coraz bardziej powiększające się znaczenie broni palnej — jej dalekonośność i celność. Stosuje się to w szczególności do strzelby, do karabinu, który doskonaląc się coraz bardziej, staje się narzędziem coraz bardziej skomplikowanem i groźnem, nabierającem szczególnej wartości w ręku inteligentnego człowieka. Używanie jego nie jest jeszcze dla żołnierza bardzo wygodnem, strzał daje tylko prawdopodobieństwo trafienia, ale nie ulega wątpliwości, że stopniowe zmniejszanie kalibru karabinu oraz ulepszenia środków, pomagających do celowania, udzielą broni tej w przyszłości stanowisko dominujące. Można będzie mieć pewność skutku strzału z odległości 1,500 do 2,000 metrów. Karabin ten, przy zmniejszonym kalibrze, będzie mógł, wobec małej swojej wagi, mieć duży magazyn nabojów i zamieni się wreszcie w rodzaj mitraliezy, z której będzie można razić przeciwnika albo jedną kulą, albo też wypuścić nań z błyskawiczną szybkością cały grad pocisków. Unieść potrafi tę strzelbę jeden człowiek, choć bardzo być może, że będzie ona stanowiła obronę kilku żołnierzy — a bagnet będzie można z łatwością zastąpić czem innem. Karabin taki, umieszczony na lekkich kołach, podobnych do używanych w bicyklach, przy bezdymności prochu, da się łatwo umieścić w miejscu zakrytem, skąd razić będzie bezkarnie nadciągającego wroga. Grupy dobrze ukrytych żołnierzy, uzbrojonych w broń podobną, będą zdolne zatrzymać całe armie, zmuszone przedewszystkiem do wyrzucenia obrońców z ich niewidzialnych stanowisk, a da się to uskutecznić tylko za pomocą takich samych strzelców, którzy potrafią, chroniąc się za sztucznemi osłonami, wyśledzić przez umiejętną tyralierkę schronienie nieprzyjaciela i celnymi strzałami otworzą sobie drogę. Pierwsze więc linie obrony granic w państwie, któremu wypowiedziano wojnę, to zastępy owych doskonałych strzelców, umieszczonych w punktach nieznanych państwu atakującemu.
Ustawienie takiego żywego muru w pasie granicznym możliwem będzie nawet wobec tak obszernych linii obronnych, jakie stanowią granice Austryi i Rosyi, gdzie Jan Bloch[1] przypuszcza rozpoczęcie wojny od walk całych mas kawaleryi. Przeciwko kawaleryi przewidywane przez nas linie strzelców będą szczególnie dobrą obroną. Można także przewidzieć, że doskonaleby wypełniali tę misyę dobrzy strzelcy cykliści.
Za nimi, w znacznej odległości, główny dowódca kierować będzie telefonicznie całą obroną, posyłając tu i owdzie posyłki i żywność, zmieniając utrudzonych bezustannem czuwaniem żołnierzy świeżymi ludźmi, a tymczasem kraj zamieniać się będzie stopniowo w warownię, w cały szereg umiejętnie zakrywanych linii obronnych, niezbędnych, w razie jeżeliby pierwsze linie rozerwano. Wielkie drogi, przeznaczone dla przewidywanych w pierwszym rozdziale udoskonalonych samochodów, sprowadzą na plac boju olbrzymie armaty dalekonośne, którym, ponad głowami żołnierzy, wskażą cel balony, śledzące ruchy armii nieprzyjacielskiej, wyszukają jej arsenały i składy żywności, jej punkty strategicznie słabe i łatwe do zaatakowania.
I tak, zamiast generałów w pięknych mundurach, zagrzewających do walki pułki, ożywione bezmyślną odwagą i uporem, potrzeba będzie całego sztabu ludzi, bezustannie pracujących nad utrzymaniem nieustającej ani na chwilę olbrzymiej bitwy, rozciągającej się na olbrzymim obszarze granicznego pasa. Zamiast źle przygotowanych młodzieniaszków, idących setkami tysięcy na pole bitwy, wystąpią do walki tysiące ludzi dojrzałych, odpowiednio wykształconych, którzy całą swoją wiedzę i wszystkie siły poświęcą trudnemu zadaniu; zamiast stłoczonych mas batalionów i szwadronów, mordujących się masowo, zobaczymy setki drobnych bitw tyralieryjskich, w których będzie się zdobywało teren piędź za piędzią.
Cały pas pograniczny, szeroki na 12 do 15 kilometrów, przez cały czas wojny będzie szeregiem nieustających walk i niespodzianych, nocnych napadów. Żołnierze żyć będą w wiecznej niepewności, że wróg, starający się ukryć tak, jak oni, znajdzie ich niespodzianie i rzuci im wprost na głowę deszcz kul i granatów, wymierzonych z armat niewidzialnych, z odległości 20 kilometrów, przez lasy i pola.
Takiemi będą pierwsze chwile wojny.
W każdem z państw wojujących, poza liniami oporu, cała ludność brać będzie udział we wspólnej pracy — zwalczeniu wroga. Wszelkie środki komunikacyi, wszystka żywność zostanie obróconą na cele wojny. W naszem idealnem państwie przyszłości nie będzie żadnych ograniczeń dla ludzi nie biorących w wojnie udziału — zresztą nie znajdzie się nawet takich. Całe państwo zostanie przygotowanem do wspólnej walki, a każdy obywatel znajdzie się z chwilą wypowiedzenia wojny na zastosowanym do jego zwykłych czynności posterunku. Organizacya wojskowa wyrażać będzie nietylko pięści narodu, ale też jego ciało i mózg. Nikt nikogo nie będzie zmuszał do wypełniania jego obowiązków, ani mu o nich będzie przypominał.
Jedni natychmiast pośpieszą na wyznaczone punkty graniczne — to strzelcy. Inni zajmą się artyleryą. Inżynierowie rzucą się do kopania stanowisk obronnych i ulepszania, przeprowadzenia dróg dla samochodów i kolei żelaznych. Medycy zaopiekują się rannymi, zorganizują służbę sanitarną. Jeszcze inni zajmą się dostarczaniem żywności, a pozostali uwiozą kobiety i dzieci w miejsca zabezpieczone. Cała ludność odrazu wystąpi do walki. Nie będzie żadnych mundurów wojskowych, żadnych odgraniczeń klas wojujących od ludności cywilnej. Będzie to walka narodów przeciwko narodom, gdzie każda jednostka poświęci wszystko, co tylko może, aby odeprzeć i złamać wroga. Biada państwu, które wystąpiło do walki z państwem o takiej wzorowej organizacyi, samo podobnej nie mając! Nie pomogą wtedy piękne uniformy i siwi generałowie. Szybkość, z jaką państwo zbierze swe siły i zada pierwszy cios, zadecyduje o losie wojny.
Owa niezbędnie potrzebna na wojnie szybkość ruchów nie pozwala wróżyć żadnej przyszłości różnym ciężkim machinom wojennym, zarówno na morzu, jak i na lądzie (pancerniki, wagony opancerzone i t. р.). Rolę decydującą odgrywać będą armaty o małym kalibrze, ale wyrzucające pociski na olbrzymią odległość, przewożone na mechanicznych wózkach o przystosowanych do wszelkich dróg, potężnych kołach, — a niewątpliwie też każda ze stron wojujących postara się zaopatrzyć w wojenne statki powietrzne, które będą oczami wojska, oczami, mającemi za nerw optyczny telefon. W nocy balony te unosić się będą ponad ziemią, oświetlając ją za pomocą silnych latarni elektrycznych i sygnałami uwiadomią przyjaciół o ruchach wrogów. Z pewnością będzie nimi można kierować. Bardzo jest prawdopodobnem, że już około roku 1950 kwestya ta, dzięki tylu usiłowaniom genialnym mechaników-aeronautów, zostanie rozwiązaną. Z chwilą kiedy statek powietrzny lekko i swobodnie popłynie w przestworza i wróci cało na miejsce, z którego wyszedł, wynalazek ten natychmiast zostanie zużytkowany do celów wojennych.
Trudno będzie dosięgnąć pociskami z armat owe latające machiny. Byłoby to jedno z najtrudniejszych zadań dla artylerzysty — jeżeliby nie chodziło o proste przedziurawienie go odłamkiem granatu lub drobną kulą, ale o zniszczenie go potężnym pociskiem od jednego zamachu. Do zwalczenia tych niebezpiecznych krążowników powietrznych trzebaby użyć takiej samej broni, takich samych zbudowanych w celach wojny aeroplanów.
Możnaby dojść do kierowania balonami, biorąc przykład z rybiego pęcherza, który rozciąga się i zaciska dowolnie. Możnaby sporządzić balon z cieniutkiej, mocnej, nieprzenikliwej materyi i otoczyć go wązkiemi pasmami włókien, któreby mogły zacieśniać go i rozciągać na podobieństwo muskułów pęcherzowych u ssaków. Rząd takich balonów, przymocowany do długiej podstawy i zaopatrzony w poziome skrzydła, mógłby nietylko zniżać się lub wznosić dowolnie, lecz jeszcze, jeżeliby zacisnąć balon, znajdujący na jednym krańcu, a powiększyć objętość krańcowego balonu z przeciwnej strony, i wszystkie środkowe balony z każdej strony odpowiednio do krańcowego zacisnąć lub rozszerzyć — to wtedy pierwsza strona (gdzie zmniejszyliśmy objętość balonów) zniży się ku dołowi, horyzontalne skrzydła znajdą się w położeniu pochyłem, będzie je więc podtrzymywać znacznie mniejsza przestrzeń powietrza: i oto cała maszyna na tych rozpostartych skrzydłach ześliźnie się w żądaną stronę ku ziemi. Jeżeli dodamy teraz z każdego boku prostopadłą płaszczyznę, to zstępująca maszyna przyjęłaby ruch, zmierzający śrubowato ku ziemi — i oto mielibyśmy wszelkie warunki do kierowania tym przyrządem do latania, któryby nie tak łatwo mógł uledz jakim wypadkom. Tak prymitywną maszynę można będzie stopniowo ulepszać, aż doszlibyśmy do formy, przypominającej podłużny kapelusz o szerokich, płaskich brzegach, do którego możnaby dodać lekką śrubę motorową.
Trudno wyobrazić sobie, jakim sposobem balon tego rodzaju uniósłby armatę, nawet najmniejszego kalibru. Prawdopodobnie trzebaby zadowolić się drobniejszą bronią palną, wyrzucającą kule wybuchowe na balony przeciwnika, lub wybijającą jego załogę gradem kartaczy; byłby to rodzaj rekina napowietrznego. Spróbujemy opisać epizod takiej walki, której bezsilnym świadkiem będzie schowany w swoich kazamatach strzelec z 1950 roku.

Dwóch ludzi ze swojej skrytki patrzy na niebo. W każdej chwili gotowi są stawić czoło wszelkim niebezpieczeństwom. Wiatr sprzyja wrogowi. Widziano całe upalne rano, jak jego balony na sznurach wznosiły się i opuszczały ustawicznie. Nagle zagrzmiały wielkie armaty. Powstaje zamieszanie i hałas w ukrytych pozycyach i szańcach. Poza naszymi strzelcami wznosi się rekin napowietrzny. Balony nieprzyjacielskie manewrują, uchodzą, opuszczają się ku ziemi pod gradem naszych pocisków. Potem płynie ku naszemu statkowi maszyna latająca przeciwnika. Wiatr porywa ją ponad nasze głowy. Na jej końcach widzimy coś w rodzaju dwóch stalowych ostróg o ostrych brzegach — to najstraszniejsza jej broń. Użyje jej przeciwko balonom, wznosząc się z możliwie największą szybkością ponad nie w powietrze, a potem, nagle zaciskając swoje rezerwoary gazowe, rzuci się jak miecz na balon przeciwnika i zręcznie przetnie ostrogą powłokę balonu. Usłyszymy wystrzały karabinowe, rozrywania sznurów, krzyki, rozdzierania, może wybuchy i płomienie pożaru. W przewidywaniu takich katastrof machiny latające zaopatrzone będą zapewne w spadochrony — i oto w ostatnich chwilach takich walk ujrzymy aeronautów, próbujących ze spadochronami w ręku skoczyć rozpaczliwie w przepaść i uniknąć w ten sposób niechybnej śmierci w upadku, lub wskutek poranienia odłamkami rozbitego statku.
Bitwę pomiędzy machinami latającemi, tymi nowymi ptakami drapieżnymi, skomplikuje wzajemna wymiana strzałów — małych pocisków i kul wybuchowych. Maszyny te wznosić się będą w powietrze do wyżyn fantastycznych, dopóki jedna z nich nie znajdzie się ponad drugą, dopóki tym napowietrznym żeglarzom nie zacznie iść krew z oczu i z pod paznogci z powodu rozrzedzenia powietrza. A z dołu strzelcy, wysilając wzrok z za lunety, będą starali się dojrzeć, co się dzieje tam wśród obłoków… Jeden z przeciwników wypłynie nagle ponad drugiego, rzuci się nań, niby ptak drapieżny, obydwa statki skłębią się w jedną masę, strzelby z obydwu stron wyrzucą grad pocisków, w końcu statki rozdzielą się… Co się stało? Więcej uszkodzony z nich zbliża się, kulejąc, ku ziemi. Ma połowę swoich zbiorników gazowych (balonów, ustawionych rzędem) porozdzieranych ostrogą lub kulami przeciwnika, który go ściga… Co to będzie?… Strzelcy, zaczajeni z lunetami w rękach, patrzą z coraz większem wzruszeniem; „Czy to sygnał?… Jeżeli oni tu „wylądują” — nie ujdą już naszych rąk!”
Ale pojedynek taki rzadko kiedy będzie miał miejsce. W tych walkach na ostrogi strona, która mieć będzie dwie maszyny latające, łatwo osiągnie przewagę; oczywiście strona przeciwna postara się również o ich odpowiednią ilość. W ten sposób owe armie napowietrzne dojdą do takich rozmiarów, że walki ich przypominać będą krążenie stada bocianów na jesieni. Wznosić się będą і spadać, skupiać i rozpraszać, a każda partya w uczonych manewrach postara się o skorzystanie z pomyślnego wiatru — albo też nagle opadnie ku ziemi pod osłonę oszańcowanych bateryi. Spotkanie tych maszyn latających będą to sprawy kilku chwil, ale chwil okropnych, niemniej strasznych jak walki potężnych pancerników na morzu.
Z chwilą zwalczenia nieprzyjaciela ponad ziemią, zwyciężenie go na ziemi będzie sprawą bardzo uproszczoną. Statki napowietrzne wskazywać będą telefonicznie drogę wojskom lądowym, zdradzać każdą tajemnicę nieprzyjaciela, krążyć nad całem jego państwem i wzbudzać pożary po miastach i arsenałach. Będzie to walka widzącego ze ślepym, a przeszkodą w zwycięskich działaniach stać się może co najwyżej burza, zawieja śnieżna i noc czarna, która zakryje przed lunetami balonów działanie wojsk na ziemi.
Jeżeli granicą państw wojujących jest morze, obok walki powietrznej i lądowej wystąpi wojna morska. Przypuszczamy tutaj ogromny rozwój lekkich, pancernych krążowników, o bajecznej szybkości i najświetniejszych armatach, nie podzielamy zaś bynajmniej zapatrywań wielu teoretyków współczesnych, którzy przepowiadają wielką przyszłość statkom podmorskim. Prosta logika dyktuje, że człowiek, oddychający świeżem powietrzem, znajdujący się na swobodzie pod jasnem niebem na potężnym statku, lekkim i chyżym, więcej zrobi na wojnie od człowieka uwięzionego w ściśniętem powietrzu pod wodą, odurzonego zapachem oliwy machin i przerażonego ciągłą obawą zatopienia za lada uszkodzeniem statku. W razie nawet trafienia krążownika torpedą z takiego nurka wypuszczoną, ma on jeszcze widoki ocalenia, gdy tymczasem najlżejsze uszkodzenie machiny podwodnej sprowadzi zatopienie całego statku.
Należy przewidywać, że w przyszłych bitwach na morzu ostroga odzyska swoje dawne znaczenie. Krążownik, wpadając jak błyskawica, zatopi przeciwnika, nim się zdoła opamiętać, i umknie szybko w razie groźby zaatakowania go z dział ciężkiego kalibru na innych okrętach nieprzyjacielskich. Będą to napady śmiałe, bohaterskie. Na morzu walka będzie się odbywała bardzo jawnie w przeciwieństwie do bitw lądowych.
Zwyciężenie sił wodnych nieprzyjaciela będzie miało znacznie większe znaczenie, niż dzisiaj. Opanowanie handlu nie będzie jedyną konsekwencyą pomyślnej walki na morzu, która odda wtedy całe wybrzeże na łaskę i niełaskę atakującego. Aeroplany wyśledzą miejsca dogodne do wylądowań, wskażą cel dla bombardujących okrętów i ułatwią ostateczne zwycięstwo. Nie należy przytem mieć wielkich obaw co do niszczenia poszczególnych okrętów handlowych przez pozostałą po rozproszeniu flotę zwyciężonego. Dzięki telefonom i telegrafom łatwo będzie owe statki korsarskie wyśledzić i wypędzić na otwarte morze, utrudnić im dowóz węgla i wreszcie zatopić.
Tak można sobie wyobrazić wojnę przyszłą pomiędzy dwoma mniej więcej równej siły przeciwnikami. Ale w praktyce tak nie będzie. Najczęściej ujrzymy walkę jednego narodu, który doszedł do tak wielkiej, przewidywanej przez nas kultury, z drugim, trzymającym się dawnych sposobów wojowania. Wtedy okaże się dopiero cała nicość owych barbarzyńskich metod masowych działań ludzi niewykształconych, których wiodą do bitwy ludzie, dbający o pozory zewnętrzne, o mundury i nieopatrzną dzielność. Okaże się wtedy, że wojna wchodzi już w zakres nauk ścisłych, że nie mogą podołać jej trudom ludzie, specyalnie do tego celu niekształceni naukowo, że każda jednostka w bitwach przyszłych będzie miała ogromne znaczenie, że ścisłe obliczenia szans i pewność powodzenia będą najczęściej powodem napadu bardziej źródłowo przygotowanego państwa na słabsze, trzymające się przestarzałych systemów, że wreszcie wojny przyszłe będą musiały doprowadzić do jeszcze straszniejszego, bardziej bezlitosnego i decydującego zmiażdżenia przeciwnika, niż to miało miejsce kiedykolwiek.
Z tego wynika niezbędna, nieunikniona potrzeba stworzenia z żołnierza człowieka kulturalnego, wyćwiczonego, oddanego swojemu zadaniu z zapałem, związania go podwójnymi węzłami sympatyi i zarządu z inżynierem, lekarzem i całą ustawicznie rosnącą masą ludzi wykształconych naukowo. Bitwy wygrywane będą w przyszłości przedewszystkiem już w szkołach i uniwersytetach, i wszędzie, gdzie tylko ludzie piszą, czytają i uczą się. Naród, który wytworzy większą ilość mechaników, inżynierów, lekarzy, rolników, postępowych kierowników szkół, żołnierzy zawodowych i rozumnych, ludzi pod każdym względem pracujących umysłowo; naród, który najenergiczniej przetrzebi lub przekształci wychowaniem, lub wprost wypleni, ześle do pustyń i miejsc odległych, lub wytruje całą masę ludzi nieużytecznych i szkodliwych, rekrutujących się z mętnych zbrodniczych najczęściej warstw społeczeństwa; który zdoła zapanować nad namiętnością gry i upadkiem moralnym, jaki stąd płynie; który przez mądre prawa zdoła wydziedziczyć i spowodować wygaśnięcie klas niezdolnych do pracy bogaczów, nie tamując im jednakże drogi do zaspokojenia ambicyi osobistych; który zdoła zamienić w muskularną tkankę tłuszczowe pokłady, odbierające mu siłę — naród taki osiągnie z pewnością największą potęgę zarówno w pokoju, jak i w wojnie, stanie się narodem dominującym, przodowniczym jeszcze przed rokiem 2000.
Tego rezultatu nic już nie zdoła powstrzymać: ani bohaterstwa, ani niezwykłe, niespodziewane wypadki, ani kamienie, rzucane do okien ludzi, którzy myślą naprawdę, ani ligi patryotyczne, ani wspaniałe uniformy i chorągwie. Staje się to coraz bardziej jasnem — z dnia na dzień. Wszystkie rządy zostaną z czasem zmuszone do segregacyi w narodzie, do uznania tryumfu i potęgi wiedzy ludzi wyspecyalizowanych, potęgi, która stanowić będzie zwycięstwo rozumu, zwycięstwo wszystkiego, co jest prawdą. Wynik ten może zostać opóźnionym, ale nic go nie wstrzyma: czy to dzisiaj, pośród nas, czy to jutro — na korzyść innych, którzy zatryumfują nad nami — nauka ta objawi się, a skorzystają z niej rasy przyszłości.
Lecz która rasa dojdzie najpierw do tego potężnego rozwoju? Jest to kwestya bardziej zawiła, prowadząca do hypotez bardziej złożonych niż te, które badaliśmy dotychczas.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Jan Gotlib Bloch (1836-1902) — polski bankier i przedsiębiorca, autor 7-tomowego dzieła „Przyszła wojna” (1893-1898).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Jan Kleczyński.