Wizye przyszłości/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Wizye przyszłości
Podtytuł O wpływie rozwoju wiedzy i mechaniki na życie i myśl ludzką
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1904
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kleczyński
Tytuł orygin. Anticipations
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII
Walka ras i języków.

Dotychczas zastanawialiśmy się nad częściami składowemi społeczeństw przyszłości, nad żywiołami, które osiągną w nich zapewne największe znaczenie.
Przepowiedzieliśmy, jakiemi będą ich drogi, ich rozwój socyalny, ich walki wewnętrzne w celu zorganizowania się, rozmyślaliśmy nad ich moralnością i poczuciem estetycznem, krytykowaliśmy ich literaturę i wreszcie staraliśmy się wyobrazić sobie to społeczeństwo przyszłości w czasie wojny.
Wartoby teraz zastanowić się nad przyczynami zmian, jakie zachodziły lub zachodzić będą w rozmieszczeniu państw, w ustanowieniu dzisiejszych i przyszłych granic politycznych, oraz nad dawniejszem niż one — rozgraniczeniem języków i ras.
Zauważmy przedewszystkiem, że w pierwotnem rozmieszczeniu ras, w wytwarzaniu się języków i następnem ich rozprzestrzenianiu się, w tworzeniu się narodów i państw — grał pierwszorzędną rolę ten sam czynnik, który w przyszłości spowoduje rozmieszczenie dzielnic miejskich. Łatwo dostrzedz, że każdą linię graniczną na mapie etnograficznej, lingwistycznej, politycznej i handlowej, wykreślały warunki przewozu, podległe znów miejscowym warunkom geograficznym.
W Europie istnieje ze cztery lub pięć ras zasadniczych — może więcej. Metody i wyniki barbarzyńskich wojen i rodzaj głównych przedmiotów handlu pierwotnego jak najgorzej wpływały jednak na utrzymanie czystości tych ras — tak, że gdzieniegdzie tylko zachowały one swoją indywidualność jedynie tylko dzięki zupełnemu brakowi komunikacyi, co nie dopuszczało do handlu lub wojny wśród tych różniczkujących się mas. Owe typowe rasy pomieszczały się teraz z sobą tak, że tej plątaniny rozwikłać już nie podobna. Być może, pierwotne rasy europejskie miały rysy dość wybitne, aby ostać się wobec pomieszania z innemi; ale dotychczas nie mamy żadnych wystarczających danych do określenia, czem były owe rasy i ich przymioty fizyczne i moralne. Faktem jest tylko, że niema w Europie zupełnie ras jednolitych i czystych. Według Erckerta[1], Chantre’a[2] i Jacobsa można znaleźć nawet wśród Żydów typy, zasadniczo różniące się pomiędzy sobą.
Granice, rozdzielające od siebie rasy, przerwały się dawno jeszcze przed okresem historycznym, kiedy to języki zaczynały dopiero się tworzyć; drobne jeziorka ras pojedyńczych jednoczyły się, tworzyły laguny mniej jednolite — pierwsze ścieżki łączące zaczynały dopiero się zaznaczać — przeważnie ścieżki wojny. Jednakże siły wyodrębniające pracowały również. Gdyby oddzielne plemiona i narody nie stykały się ustawicznie z sobą — w czem dużą rolę grała wzajemna wymiana kobiet — byłyby one oddalały się od siebie coraz bardziej pod względem fizycznym i moralnym, jak również językowo i obyczajowo. Wraz z rozwojem cywilizacyi — wynalazkiem broni żelaznej, wytworzeniem dyscypliny wojennej, nadaniem praw społeczeństwu, jak również pojawieniem się konia — to, co nazywa się asymilacyą, przyjęło większe rozmiary. Nadszedł wreszcie okres, w którym jedynemi przeszkodami w stosunkach, któreby sprzyjały ustanowieniu jednolitości języka, były morza, góry, bardzo szerokie rzeki lub poprostu odległość. Ale wkrótce wszystko zmieniło się do gruntu — z chwilą narodzin żeglugi, która z nieprzebytej zapory stworzyła wielką, wygodną drogę.
Początek okresu historycznego styka się z ostatniemi chwilami długiego zapewne okresu, w którym komunikacya odbywała się piechotą i konno. Społeczeństwa europejskie były to jeszcze wtedy przeważnie luźne plemiona, małe, odosobnione królestwa, które mogła łatwo obronić od napadów milicya piesza, a w każdym razie milicya pozbawiona środków przewozowych, oderwana od pługa, do którego wnet powracała po odparciu nieprzyjaciela. Ulepszenia w środkach przewozowych dzięki rozwojowi żeglugi, wynalazkowi kół dla wozów, oraz dróg bitych, sprzyjały zapewne przez jakiś czas rozwinięciu stosunków handlowych — ale potem bardzo szybko zużytkowano je do tem skuteczniejszych napaści zbrojnych, co w końcu doprowadzało do zatarcia różnic, do wzajemnego zespolenia — przez unię lub zawładnięcie siłą. Zawsze zresztą tak było, jest i będzie zawsze. Człowiek jest istotą stworzoną do walki o istnienie, egoistyczną, zaczepną. Społeczeństwa pobudzają ustawicznie wzajemne nienawiści i walczą z sobą fizycznie, duchowo i umysłowo.
Rozwój sposobów pisania — chociaż nie był środkiem przewozowym, jak wóz na kołach lub okręt — stał się trzecim czynnikiem, wywołującym nowe stosunki wzajemne ludów pomiędzy sobą, przyczyną ważnych wypadków politycznych. Pierwsze wielkie państwa powstały w tym samym czasie, kiedy wynaleziono sposób spisywania mowy. Tak jak małe państewko nie mogłoby już prawie istnieć bez koni, tak wielkie państwo nie ostałoby się bez pisma i dróg pocztowych.
Wszystkie te przyczyny, zbliżające ludy i rasy ku sobie, nie wystarczały jednak do utrwalenia pomiędzy nimi większej wspólności, większego zjednoczenia — ponad przejściową jedność polityczną. Tak stało się z olbrzymiem państwem Rzymu — tak było w wieku XVIII — i potrwałoby zapewne jeszcze długo, gdyby ludzkość nie posiadała szybszych i lepszych środków komunikacyi nad wozy na kołach i okręty żaglowe. Państwa wznosiły się i upadały — a żadna zasadnicza zmiana nie zachodziła na świecie. W wieku XVIII każde z wielkich państw europejskich było tak słabo zjednoczonem, że żadne nie uniknęło w ciągu tych 100 lat wojny domowej — i to nie wojny klas społecznych — ale wojny jednej części państwa przeciwko drugiej. Zdawało się, że nieuniknionym losem każdego państwa, któreby spróbowało rozpostrzeć się na przestrzeni, przenoszącej obszar 150 kilometrów w promieniu, jest prowadzenie ustawicznych wojen dla utrzymania jednolitości państwa.
Los ten wydawał się i wydaje jeszcze tak nieuniknionym tym Anglikom, którzy nie mają zwyczaju baczniejszego badania przyczyn — że widzą oni w szerokiem rozpościeraniu się po świecie rasy angielskiej zapowiedź zerwania z ziemią macierzystą w znaczeniu społecznem, językowem i politycznem. Jako przykład podają Stany Zjednoczone, sądząc, że to samo stanie się z Australią, Kanadą i t. d. — lecz zapominają zupełnie, że obecnie wkraczamy w inną, nową epokę, że nigdy jeszcze nie istniało tyle środków, pracujących nad zjednoczeniem ludzkości, jak to ma miejsce obecnie, jak: rozwój mechanicznych sposobów przewozu, telegrafy, telefony i szereg maszyn i narzędzi, które zostaną wynalezione lada chwila i które zwyciężą przestrzenie.
Działanie tych sił jednoczących dostrzegamy już teraz bardzo wyraźnie w zmniejszaniu się, nawet wprost w powstrzymaniu rozpadania się istniejących języków na nowe narzecza. Jest to nawet znacznie więcej niż zahamowanie tego rozkładu. Siły wytwarzające różnice językowe ustępują wobec rozpoczynającego się działania sił asymilacyjnych. W Anglii, we Francyi, we Włoszech, Niemczech i Stanach Zjednoczonych zanikają stopniowo gwary miejscowe, chociaż jeszcze w początkach XIX wieku nietylko akcent, ale nawet nazwy przedmiotów różniły się pomiędzy sobą w dwóch odrębnych prowincyach. Wprawdzie wpłynął na to niemało jednolity system elementarnego wykształcenia, główną rolę grała tu jednakże taniość wydawnictw głównych ognisk kultury, gdzie przyjęto jednolity język literacki, i łatwość komunikacyi pomiędzy różnemi okolicami pojedyńczego państwa.
Ewolucya ta nie kończy się jednak na stłumieniu narzeczy i gwar miejscowych. Człowiek, urodzony w jakim drobnym kraiku, władający tylko językiem rodzinnym, będzie musiał coraz bardziej uczuwać swoją niższość wobec tego, który posiadł który z trzech wielkich języków zeuropeizowanego świata. Dla Francuza, Anglika lub Niemca istnieje już wiele powodów owładnięcia dwoma językami. Ale dla człowieka, używającego mowy drugorzędnej, jest to koniecznością, kwestyą obrony osobistej. Musi on dźwigać jarzmo umysłowe jednego z wielkich języków, lub spaść do poziomu inteligencyi chłopa. Jeżeli przypuszczenia nasze się urzeczywistnią, naród, mający jakieś znaczenie w świecie, będzie musiał stanowić grupę ludzi wykształconych i będzie mówił którym z języków pierwszorzędnych — inaczej przestanie istnieć, zamieni się w jakieś skazane na zagładę zbiorowisko ludzi, należących do niższych sfer społecznych.
Działanie językowych sił atrakcyjnych zwiększa się coraz bardziej — z szybkością wzrastającą, tak jak w ciałach, które spadają na ziemię. Im większą przewagę osiągną języki wielkie nad drobnymi, tem mniej będą pisać i tłomaczyć w tych drugorzędnych językach, tem mniej staranną i sumienną stanie się ich nauka. Owo zawładnięcie, pochłanianie drobnych języków przez wielkie stosuje się nietylko do takich rzeczy, jak flamandzkie lub baskijskie, ale nawet do języka norweskiego i tej wielkiej i szlachetnej mowy, jaką jest włoska. Włochy całkowicie zawojowane są przez dzienniki i książki francuskie; język francuski zdobywa tam sobie coraz większe przestrzenie, tak, jak podobno angielski w Norwegii, a niemiecki i angielski w Holandyi. Skoro w niedalekiej przyszłości wśród narodów zachodnich całe masy ludności nabiorą wielkiego wykształcenia, skoro podróże staną się znacznie dłuższe i częstsze, książki i wydawnictwa stanieją i będą się szybciej rozchodzić — a szczególniej dzięki rozwojowi telefonów — owa subtelna bezkrwawa aneksya odbywać się będzie znacznie szybciej, niż dzisiaj. Wiek XX ujrzy albo całkowitą, albo częściową przynajmniej zamianę języków drugorzędnych na który z języków wszechświatowych — i to nietylko w Europie, ale na całym świecie — co nastąpi oczywiście z szybkością różną, zależną od miejscowych warunków. Jedynie tylko Chiny i Japonia podlegną osobnemu rozwojowi.
Które z tych języków wszechświatowych zapanują nad światem?
Ograniczając się tylko na wieku XX, możnaby uledz złudnemu przypuszczeniu, że język angielski nabierze największego znaczenia. Jednakże, pomimo wielu pozorów, nie możemy teraz jeszcze wróżyć mu tej przyszłości. Wprawdzie wielu ludzi, emigrujących z ojczyzny do miejsc, w których panuje język angielski, ulega asymilacyi, nie mogąc oprzeć się wpływom, wywieranym przez znaczenie i potęgę polityczną Anglii, jednakże dotychczas jeszcze w Kanadzie francuskiej mówią po francusku, a wogóle powiedzieć można, że język angielski nie ma tych pociągających przymiotów, jakimi odznacza się język francuski.
Wśród ludów, nie podległych ani Anglii, ani Stanom Zjednoczonym, nie nabierają szczególniejszego znaczenia przyczyny, któreby kazały uczyć się im języka angielskiego, a nie francuskiego lub niemieckiego. Przyczyną taką bywa w pierwszym rzędzie ilość i wartość wiedzy i myśli, którą daje język uczącemu się go człowiekowi. Tymczasem faktem jest, że liczba książek, wydawanych w języku angielskim, jest znacznie mniejszą od wychodzących z pod pras francuskich lub niemieckich. Większość książek angielskich to romanse, zastosowane do inteligencyi kobiet i dzieci, lub opowiadania, pobudzające zamiast myśli, wyobraźnię — czyli tylko książki, dające korzyść wydawcom i autorom. Nikt nie wyuczy się po angielsku, aby przeczytać Maryę Corelli w oryginale. Takie ciekawe kompilacye, jak „Przyszła wojna” Jana Blocha, czytać można tylko po francusku, Schopenhauera zna Anglia tylko ze streszczeń, ohydnie poprzekręcanych — kiedy tymczasem księgarnia francuska daje czytelnikowi ekstrakt współczesnego życia umysłowego.
Gdyby w przyszłości zrobiono poważne wysiłki, któreby umożliwiły gruntowną naukę języka angielskiego każdemu, ktoby się chciał go wyuczyć, gdyby zakrzątnięto się około polepszenia bytu i znaczenia literatów angielskich, gdyby postarano się, aby w księgarniach angielskich znaleźć można wszystko, co tylko pojawiło się z dziedziny wiedzy i literatury — możnaby wtedy śmiało przewidywać, że czynne żywioły wszelkich społeczeństw czytać będą, a może nawet pisać i mówić po angielsku. Język angielski mógłby się stać nawet językiem potocznym Skandynawii i Danii, Holandyi, Afryki, Ameryki Północnej, wybrzeży Azyi i Indyi, aż wreszcie stałby się powoli wszechświatowym językiem ludzkości. Ale przedsięwzięcie takie wymagałoby inteligencyi, wybiegających poza znajomość stosunków współczesnych, oraz prawdziwego odrodzenia w życiu umysłowem narodów, mówiących po angielsku.
W najbliższym okresie przyszłości języki francuski i niemiecki staną się z pewnością najwięcej przyciągającymi: skłaniam się do przypuszczenia, że przewaga pozostanie przy francuskim.
Przedewszystkiem język niemiecki w porównaniu z francuskim jest mało pociągający, niemelodyjny, trudny, o obrzydliwych literach w druku, czego zapewne nie tak łatwo pozbędą się patryoci niemieccy.
Subtelności, które Francuz lub Anglik wypowiada w zwrotach lekkich i łatwych, po niemiecku muszą być omawiane szeroko i mozolnie.
Przytem istnieje mnóstwo powieści niemieckich, zapewne równie nudnych dla cudzoziemca, jak popularne romanse angielskie.
Tymczasem język francuski, którego literaturę czytają na znacznych obszarach poza granicami politycznemi Francyi, mа publiczność inteligentną i obdarzoną zmysłem krytycznym. Jest to sprawa pierwszorzędnego znaczenia dla literata. Francuscy tłomacze należą do najzdolniejszych w świecie. W książkach francuskich znaleźć można wszystko. Obejmują one wszelkie dziedziny myśli, wszystko, co jest ciekawe i piękne, wszelkie rodzaje literatury — od śmiałych nieobyczajności aż do czystego rozumu, a przytem są dogodne do czytania, oprawne ze smakiem, artystycznie illustrowane, co rzadko kiedy da się powiedzieć o angielskich lub niemieckich.
Należy więc przewidywać — szczególniej jeszcze wobec tego, że rozprzestrzenianiu się języka niemieckiego stawiają poważne przeszkody jego granice polityczne, nienawidzące go plemiona słowiańskie, a z nimi razem Węgrzy i Rumuni — że francuski zatryumfuje zarówno nad angielskim, jak i niemieckim.
Języki francuski i niemiecki wypowiedzą sobie najostrzejszą wojnę o panowanie nad Europą, a może i całym światem zapewne w olbrzymiem skupieniu miast, które utworzy się nad brzegami Renu. Politycznie rzecz biorąc, przestrzeń ta znajduje się obecnie pod władzą sześciu różnych państw, ale ekonomicznie utworzy ona już za jakie lat 50 jedno wielkie państwo. Będzie to największe w świecie skupienie miast — z wyjątkiem chyba tylko pewnej części Stanów Zjednoczonych i okolic Hankeu. Zajmie ono obszar od Lille’u do Kielu, dojdzie wzdłuż doliny Renu aż do Szwajcaryi, dosięgnie Pragi Czeskiej i stanie się stolicą przemysłową świata. Paryż stanie się jej krańcem zachodnim, jej dzielnicą wykwintną i arystokratyczną, a jej drogi żelazne i nowe drogi, o których mówiliśmy w pierwszym rozdziale tej książki, pokryją niby olbrzymią siecią pajęczą całą tę przestrzeń. Skoro ustanie eksploatacya węgla w tych stronach, na to miejsce zużytkowaną zostanie do tego kolosalnego przemysłu elektryczność, doprowadzona olbrzymimi przewodnikami z gór Europy środkowej, gdzie dostarczą sił do jej wytworzenia olbrzymie spadki wód górskich. Portem jej zachodnim może będzie Bordeaux lub Milford-Haven. Trudno wyobrazić sobie, jakim sposobem cała ta olbrzymia dzielnica świata mogłaby obejść się bez jakiegoś kompromisu językowego. Myśl zgermanizowania siłą narodów, mówiących po francusku, wydaje się zbyt śmieszną, aby się nad nią zastanawiać. Zapewne więc dojdzie do kompromisu pomiędzy językiem francuskim a niemieckim, z przewagą francuskiego — chyba że przebudzenie się z odrętwienia narodów angielskich nastąpi z taką siłą, że zmuszą one tę dzielnicę europejską do używania trzech języków — dopóki nie nastanie epoka, w której świat cały podda się pod panowanie jednego z nich tylko.
Nie widzę, jakim sposobem który z innych języków zdołałby się utrzymać w przyszłości. Włoski może kwitnąć spokojnie w dolinie rzeki Po, ale — razem z francuskim. Hiszpański i słowiańskie są językami potężnymi, ale według mnie los ich jest już postanowiony. Około r. 2000 wszystkie owe drugorzędne języki coraz bardziej tracić będą swoje znaczenie, stając się zwolna narzeczami dodatkowemi dwujęzycznego społeczeństwa, w którem osiągnie przewagę francuski lub angielski, lub — co jest mniej prawdopodobnem — niemiecki. Ale skoro zwrócimy się teraz do Chin, staniemy wobec najdziwniejszych możliwości. O ile się zdaje, jedynie w Azyi wschodniej może urzeczywistnić się synteza dość silna, aby się utrwalić, synteza utworzona zupełnie niezależnie od społeczeństw chrześcijańskich.
Od jednego krańca Azyi do drugiego istnieje cała przepaść różnych języków, ale wszystkie one są pod wpływem pisma i literatury chińskiej. Otóż jest bardzo możliwem — przynajmniej na tyle, aby nad kwestyą tą się zastanowić poważnie — że literatura ta zacznie w prawidłowy sposób wyrażać pismem dźwięki i stanie się językiem światowym. Język pisany, język literacki Japończyków dąży do zespolenia się z chińskim, a zwroty i nowe wyrazy chińskie przyjmują się w Japonii ustawicznie. Japończycy — to naród zupełnie anormalny i nieprzenikniony, z pewnym odcieniem romantyzmu i takiem pojęciem honoru, rodzajem wyobraźni i jasnością inteligencyi, że może to uczynić ich zdolnymi do rzeczy niemożliwych do urzeczywistnienia dla każdego innego narodu. Być może, iż ulegam złudzeniu, ale kiedy pomyślę o tej rasie dzielnej i uśmiechnionej, zaczynają mi się snuć po głowie najśmielsze przypuszczenia. Dajmy na to, że Japończykom przyjdzie na myśl przyśpieszyć dążenia do syntezy w Chinach, że są oni istotnie narodem tak nieustraszonym, śmiałym i rozumnym, jakim przedstawia mi ich moja chimeryczna wyobraźnia. Znaleźliby prawie napewno wśród wykształconych klas chińskiego społeczeństwa żywioły, któreby skłonili do współdziałania… Ale to zapewne najmniej prawdopodobna hypoteza…
U wschodnich i zachodnich granic Chin panuje język angielski. Osiągnął on tam przewagę nad wszystkimi innymi językami, ma przewagę materyalną, ma pozycyę…



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Roderich von Erckert (1821-1900) — niemiecki etnograf i oficer, badacz m. in. narodów Kaukazu i ich języków.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Ernest Chantre (1843-1924) — francuski archeolog i antropolog, autor prac z zakresu paleontologii i antropologii.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Jan Kleczyński.