Wiera (Kuprin, 1929)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksandr Kuprin
Tytuł Wiera
Podtytuł Dzieje jednej miłości
Pochodzenie Wiera
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wydania 1929
Druk „Oświata”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Гранатовый браслет
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

X.

Klatkę schodową, mocno zanieczyszczoną plwocinami, czuć było myszami, kotami, naftą i praniem. Zanim się dostali na szóste piątro, zmęczył się książę Wasyl Lwowicz.
— Poczekaj chwilę, powiedział do szwagra, daj mi się wysapać. Ach Kola, żałuję, żeśmy się do tego zabrali...
Wyszli jeszcze dwa piętra. Na kurytarzu było tak ciemno, że Mikołaj Mikołajewicz musiał wypalić parę zapałek, zanim odnalazł numer mieszkania.
Zadzwonił. Otworzyła tęga jejmość o siwych oczach i włosach. Nosiła okulary i była chorobliwie opasła.
— Czy pan Joltkow w domu? spytał Mikołaj Mikołajewicz.
Stojąc w progu, spoglądała na nich podejrzliwie i niespokojnie. Solidny wygląd obcych uspokoił ją, wpuściła ich więc, mówiąc:
— Proszę wejść, pierwsze drzwi na lewo.
Bulat-Tuganiewski zapukał trzy razy, krótko i stanowczo; słaby szelest doleciał z wnętrza. Na ponowne pukanie dopiero odezwał się jakiś słaby głos:
— Proszę wejść.
Pokój był bardzo niski, lecz długi i szeroki, prawie kwadratowy. Dwa małe, okrągłe okienka, jakby okrętowe, dawały tylko skąpe oświetlenie. Wzdłuż jednej ściany stało wąskie łóżko, naprzeciw duża, szeroka kanapa, przyścielona kosztownym, lecz zniszczonym już wschodnim kobiercem. Stół w pośrodku pokoju był przykryty obrusem, o pstrym małoruskim wzorze.
Dwaj panowie nie widzieli z początku dokładnie twarzy mieszkańca tego pokoju; stał zwrócony plecyma do światła i tarł ręce zakłopotany; był to wysoki, chudy mężczyzna o długich jedwabistych włosach.
— Czy pan Joltkow? spytał dumnie Mikołaj Mikołajewicz.
— Do usług, Joltkow. Cieszy mnie bardzo, moi panowie.
Postąpił dwa kroki i wyciągnął prawą rękę do Tuganowskiego. Mikołaj Mikołajewicz zdawał się nie widzieć tego gestu i zwrócił się do księcia.
— Mówiłem ci, żeśmy znaleźli właściwy adres.
Palce wychudłej ręki Joltkowa błądziły po jego brunatnym surducie i otwierały naprzemian i zamykały guziki. Wkońcu wskazał kanapę i wypowiedział z niezgrabnym ukłonem:
— Proszę panów zająć miejsce.
Teraz rozróżniało się wyraźnie jego delikatną, dziewczęcą twarz, niebieskie oczy i dołek na brodzie.
— Dziękuję panu, rzekł dobrodusznie książę Cheine, uważnie go oglądając.
— Dziękuję, odpowiedział chłodno Mikołaj Mikołajewicz. Obaj stali jednak dalej. — Mamy panu tylko dwa słowa do powiedzenia. Ten pan, to książę Wasyl Lwowicz Cheine, marszałek gubernji. Ja jestem jego szwagrem, Mirza Bulat-Tuganiewski i jestem podprokuratorem państwowym. Sprawa, która nas do pana sprowadza, dotyczy nas obu, księcia i mnie, lub raczej mojej siostry księżnej.
Joltkow, który stracił teraz do reszty panowanie nad swymi ruchami, opadł na kanapę i mruknął: „Proszę panów, usiąść“. Później jednak przypomniał sobie swoje bezowocne zaproszenie przed chwilą, bo zerwał się z miejsca, podbiegł do okna i znowu powrócił na dawne miejsce. I znów poruszały się jego drżące ręce, dotykały guzików, rudego wąsa i twarzy.
— Do usług, ekscelencjo, rzekł bezdźwięcznym głosem i spoglądał błagająco na Wasyla Lwowicza.
Lecz Cheine nie odezwał się ani słowem. Mikołaj Mikołajewicz rozpoczął atak:
— Przedewszystkiem, zechce pan przyjąć z powrotem ten przedmiot, zaczął, wyjąwszy wprzód z kieszeni czerwone etui i postawiwszy je na stole. Świadczy on wprawdzie bardzo pochlebnie o pańskim zmyśle estetycznym, zmuszeni jednak jesteśmy prosić pana o zaniechanie w przyszłości podobnych niespodzianek.
— Proszę mi wybaczyć. Przyznaję, że zawiniłem bardzo, szeptał Joltkow zaczerwieniony, mając wzrok utkwiony w podłogę. Panowie pozwolą przecie nieco herbaty.
— Widzi pan, panie Joltkow, ciągnął dalej Mikołaj Mikołajewicz, jakgdyby nie słyszał słów Joltkowa, cieszy mnie bardzo, że znajduję w panu dżentelmana, który potrafi się znaleźć w sytuacji bez wielu słów. Mam nadzieję, że się szybko porozumiemy. Jeśli się nie mylę, jest już siedm albo ośm lat od chwili, kiedy pan zaczął prześladować swymi względami księżną Wierę Mikołajewną.
— Tak, odpowiedział Joltkow łagodnie i opuścił powieki.
Dotychczas nie zrobiliśmy żadnych kroków przeciwko temu, mimo, że było to właściwie naszym obowiązkiem, co pan sam chyba przyzna.
— Tak.
— Widzi pan. Lecz pańska ostatnia sprawka — przysłanie tego naramiennika — położyła kres naszej cierpliwości. Muszę się przyznać, że z początku mieliśmy zamiar skierować tę sprawę na drogę urzędową. Jestem jednak szczęśliwy, że nie uczyniliśmy tego, ponieważ, jak już wspomniałem, jestem przekonany, że znalazłem w panu człowieka honorowego.
— Przepraszam, jak pan to powiedział? spytał nagle Joltkow, wybuchając śmiechem. Pan chciał tę sprawę skierować na drogę urzędową?... Tak się pan przecież wyraził?
Wyciągnął z kieszeni papierośnicę i zapałki, usadowił się wygodnie w kącie kanapy i zaczął palić.
— Powiedział pan więc, że początkowo miał pan zamiar skierować tę sprawę na drogę urzędową! Książę mi wybaczy, że siedzę przed nim? powiedział, zwracając się do Cheine. No, i co dalej?
Książę postawił krzesło koło stołu i usiadł. Przytem nie spuszczał oczu z tego dziwnego człowieka i obserwował go, zaciekawiony i zdumiony.
— Widzi pan, kochany panie, możemy jeszcze zawsze to zrobić, ciągnął dalej Mikołaj Mikołajewicz złośliwie akcentując. Wkraść się do cudzej rodziny...
— Wybacz pan, że przerywam...
— Nie, pardon, proszę mi dać mówić, wołał prawie krzycząc prokurator.
— Całkiem dowoli. Mów pan dalej. Mam tylko parę słów do pomówienia z księciem Wasylem Lwowiczem.
I nie zwracając więcej uwagi na Tuganowskiego:
— Jest to najprzykrzejsza chwila w mojem życiu. Książę, muszę się z panem rozmówić, bez względu na konwenanse. Pan pozwoli przecie?
— Słucham. — Uspokójże się, powiedział Cheine spostrzegłszy rozdrażniony gest Tuganowskiego. — Mów pan... Przez kilka sekund wydawało się Joltkowi, że się udusi. Wciągał powietrze otwartemi ustami i miał wrażenie spadania w przepaść. Przy mówieniu poruszał tylko szczękami; wargi były nieruchome i trupio blade.
— Przykro jest mi wypowiedzieć te słowa szczególnie wobec pana, że kocham jego żonę. Siedm lat cichej i beznadziejnej miłości usprawiedliwia mnie chyba dostatecznie. Przyznaję, że popełniłem głupstwo pisząc śmieszne listy do Wiery Mikołajewny — kiedy była jeszcze panną — oczekując w dodatku odpowiedzi od niej. Przyznaję, że przysłanie naramiennika było jeszcze większem głupstwem. Lecz... patrzę w pańskie oczy i czuję, że mnie pan zrozumie.... Wiem, że nigdy nie będę miał dość siły, by wyrwać jej obraz z mego serca.
Rozumiem, że to uczucie moje się panu nie podoba, lecz proszę powiedzieć, w jaki sposób chce je pan z mej piersi wyrwać?
Czy przenosząc mnie do innego miasta, jak to właśnie powiedział Mikołaj Mikołajewicz? Czyżbym i tam nie kochał Wiery Mikołajewny? Czy też każe mnie pan przymknąć? I z więzienia przecież mógłbym jej dać znak życia. Pozostaje więc tylko jeden środek: śmierć... A jeśli tego żądacie, przyjmuję ją pod każdą postacią.
— Zamiast mówić poważnie, schodzimy na ton melodramatu, przerwał Mikołaj Mikołajewicz i nasadził kapelusz na głowę. Sprawa jest jednak bardzo prosta: albo pan przestanie zupełnie nachodzić swoimi listami Wierę Mikołajewnę, albo też w przeciwnym wypadku przeszkodzimy temu — przy pomocy wszelkich środków, jakie nam dają nasze położenie społeczne i stosunki w świecie.
Joltkow nie zwracał uwagi na Tuganowskiego, mimo, że doskonale słyszał jego słowa. Mówił dalej do księcia Wasyla Lwowicza.
— Pozwoli mi książę oddalić się na kwadrans? Nie chcę zataić, że mam zamiar zatelefonować do księżnej Wiery Mikołajewnej. Proszę być pewnym, że zakomunikuję panu po powrocie wszystko, o czem będzie przytem mowa.
— Niech pan idzie, odrzekł Cheine.
Kiedy pozostali sami, zasypał Mikołaj Mikołajewicz swego szwagra istnym gradem wyrzutów.
— W ten sposób nie powinno się tej sprawy prowadzić, krzyczał, wykonując równocześnie swój ulubiony ruch, jakby się bronił przed czemś. Ułożyliśmy się, że ja będę mówić; a przecież wmieszałeś się, dałeś się jak zawsze wzruszyć i pozostawiłeś wolną drogę jego sentymentom, podczas gdy ja byłbym tę sprawę w dwu słowach załatwił.
— Miej cierpliwość, wszystko się teraz wyjaśni, — nakazał mu Lwowicz. Poznaję po twarzy tego człowieka, że nie jest zdolny, świadomie kłamać lub oszukiwać. Powiedz otwarcie, mój kochany, czy on jest winien temu, że kocha, czy można takie uczucie jak miłość opanować, — uczucie, które jeszcze nigdy nie znalazło dokładnego wyjaśnienia. — Po chwili namysłu dodał książę: Lituję się nad tym człowiekiem, powiedziałbym nawet, że widzę odgrywającą się w nim tragedję duchową, nic więc dziwnego że nie mam ochoty grać tu bohatera.
— To są rozmyślania dziedzicznie obciążonego! odburknął Mikołaj Mikołajewicz.
Po dziesięciu minutach powrócił Joltkow. Jego oczy połyskiwały, jakby pełne niewypłakanych łez. Widać było, że zapomniał o wszelkich formach towarzyskich i nie starał się zachowywać jak dżentelman. Nerwowa wrażliwość księcia Cheine zauważyła to natychmiast.
— Jestem gotów, oświadczył. Od jutra nie będzie pan więcej o mnie słyszał. Będzie się panu zdawało, że umarłem. Ale pod jednym warunkiem. Zwracam się do pana, książę. Widzi pan, na wszelki wypadek muszę opuścić miasto, bo sprzeniewierzyłem pieniądze państwowe. Pozwól mi pan napisać ostatni list do księżny Wiery Mikołajewnej.
— Nie. Trzeba z tem skończyć za jednym zamachem. Żadnych listów więcej, krzyczał Mikołaj Mikołajewicz.
— Dobrze. Proszę pisać, — przyzwolił książę.
— Więc skończone, mówił Joltkow. Powtarzam, nie usłyszycie więcej o mnie państwo i nie zobaczycie mnie też. Księżna Wiera Mikołajewna nie chciała nawet mówić ze mną. Kiedym ją spytał, czy mi pozwala tutaj pozostać, bym ją niekiedy mógł z daleka widzieć, nie pokazując się jej, odpowiedziała: „Ach, gdyby pan wiedział, jak mi się ta historja uprzykrzyła. Proszę możliwie szybko zrobić z tem koniec“. No dobrze, zrobię koniec. Co mogę innego uczynić?
Kiedy książę Wasyl przyszedł wieczorem do domu uważał za swój obowiązek powiedzieć żonie wszystkie szczegóły swej rozmowy z Joltkowem.
Nie pokazała po sobie, ani zdziwienia ani też wzruszenia, mimo że wyprowadziło ją to opowiadanie z równowagi. Kiedy jednak w nocy jej mąż przyszedł do jej sypialni, powiedziała odwracając się do ściany:
— Zostaw mnie. Zobaczysz, ten człowiek popełni samobójstwo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksandr Kuprin i tłumacza: anonimowy.