Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
KORESPONDENCJA ARAMISA.

Kiedy sprawy hrabiego de Guiche bez wiadomej przyczyny polepszyły się i inny wzięły obrót, aniżeli się tego można było spodziewać, oddalił się Raul, zrozumiawszy zlecenie księżnej, aby nie przeszkadzać usprawiedliwieniom, których skutku nie odgadywał, i połączył się z damami honorowemi, rozproszonemi po tarasie. Tymczasem kawaler Lotaryński, powróciwszy do swojego pokoju, ze zdziwieniem czytał list od pana de Wardes, w którym lokaj jego donosił o ranie, jaką otrzymał w Calais i o wszystkich szczegółach przygody, z prośbą zakomunikowania wiadomości księciu Filipowi i hrabiemu de Guiche. Każdy z nich mógł w tej korespondencji znaleźć dla siebie coś nieprzyjemnego.
Pan de Wardes silił się, aby okazać kawalerowi gwałtowność miłości Buckinghama dla księżnej i kończył list twierdzeniem, iż przypuszcza, że miłość ta jest odwzajemnioną. Po przeczytaniu tego ostatniego ustępu, kawaler wzruszył ramionami; de Wardes daleko już pozostał w tyle, co do wiadomości, dotyczących dworu. Kawaler przez ramię rzucił list na stół i rzekł lekceważącym tonem:
— Prawdę mówiąc, to nie do uwierzenia; ten biedny de Wardes jest przecież dowcipny, ale, widać, na prowincji niedołężnieje. Niech go djabli porwą, bo, mając pisać o ważnych rzeczach, donosi mi same dzieciństwa. Zamiast tego listu, dla którego przyszedłem, a z którego nic się nie dowiedziałem, byłbym może w ogrodzie zawiązał jaką intrygę, któraby oczerniła jaką kobietę, kosztowała pchnięcie szpadą mężczyznę, i rozerwała księcia na jakie trzy dni.
I spojrzał na zegarek.
— Teraz zapóźno. Godzina ranna, wszyscy powracają do króla, gdzie ma się noc zakończyć. Szkoda!... stracona sposobność, a o podobną dość trudno.
Wymawiając te słowa, jakby chciał przywołać swoją dobrą gwiazdę, zbliżył się ze złością do okna, wychodzącego na pustą część ogrodu. Natychmiast, jakby miał na swoje rozkazy złego ducha, spostrzegł powracających do zamku mężczyznę i osłoniętą kobietę, w której poznał tę samą, co przed pół godziną zwróciła jego uwagę.
— A! mój Boże — pomyślał, uderzając się w czoło — niech mnie Bóg skarze, jak mówi nasz przyjaciel Buckingham, to jakaś tajemnica!
I spiesznie wybiegł na schody zobaczyć zbliska kobietę i jej towarzysza. Lecz, przybywając do bramy małego dziedzińca, zetknął się prawie z księżną, której promieniejąca twarz zapowiadała miłe w sercu uczucia. Na nieszczęście, księżna była sama. Kawaler domyślił się, że, skoro ją widział przed pięcioma minutami z mężczyzną, mężczyzna ten nie musi być daleko. Zaledwie więc znalazł tyle czasu, że powitał księżnę, ustępując jej z drogi; następnie, kiedy śpiesznie postąpiła kilka kroków, jak kobieta, nie chcąca być poznaną, i kiedy kawaler przekonał się, że nazbyt jest zajęta sobą, aby na niego zwracała uwagę, wybiegł do ogrodu, bacznie oglądając się na wszystkie strony i tyle obejmując widnokręgu, ile mógł wzrokiem zatoczyć. Przybył jeszcze na czas; mężczyznę, który odprowadzał księżnę jeszcze było widać; ale szedł on pośpiesznie ku jednemu ze skrzydeł zamkowych, za którem zniknął. Nie było ani minuty do stracenia; kawaler pogonił za nim, a chociaż biegł co tchu, nieznajomy zniknął. Łatwo jednak było odgadnąć, że ten, którego kawaler gonił, szedł zamyślony i z głową schyloną pod ciężarem szczęścia, zatem postępował zwolna, a ponieważ wszedł do zamku, można go było wyśledzić. Kawaler był już bliski osiągnięcia tego celu, gdy w załamie muru spotkał dwie osoby, które go potrąciły. Już miał na ustach niegrzeczną uwagę, kiedy, podnosząc głowę, poznał nadintendenta. Fouquet szedł z osobą, którą kawaler widział po raz pierwszy. Osobą tą był Jego eminencja biskup z Vannes. Zatrzymany dostojnością osoby i zmuszony przez przyzwoitość usprawiedliwić się, cofnął się o krok. Że zaś Fouquet był grzeczny dla wszystkich, co nawet król, choć go nie lubił, przyznawał, dlatego i kawaler powitał go uprzejmie, widząc, że przez nieostrożność, a nie skutkiem złej chęci został potrącony. Fouquet również grzecznie się odkłonił. Następnie, poznawszy kawalera lotaryńskiego, wyrzekł kilka grzeczności, na które chcąc nie chcąc tenże musiał odpowiedzieć. Jakkolwiek krótką była rozmowa, nieznajomy już znikł w cieniu. Kawaler spostrzegł to z żalem i zwrócił się do Fouqueta:
— A! panie — rzekł — przybywasz za późno. Wiele mówiono o tem, że cię nie było, i słyszałem, jak książę się dziwił, iż będąc zaproszony przez króla, nie przybyłeś.
— Nie mogłem przybyć wcześniej; ale, skoro jestem wolny, przybywam.
— W Paryżu spokojnie?
— Zupełnie, Paryż dobrze przyjął ostatni podatek.
— A! rozumiem, chciałeś się pan przekonać o usposobieniu, zanim przybyłeś na nasze uroczystości.
— Bądź co bądź jednak przybywam za późno. Uciekam się zatem do ciebie, panie, abyś mnie objaśnił, czy król jest w zamku i czy mogę go widzieć dziś, lub czy też mam czekać do rana.
— Przed pół godziną król znikł nam z oczu — odpowiedział kawaler.
— Może jest u księżny?... — zapytał Fouquet.
— Nie sądzę, aby był u księżny, bo dopiero co ją spotkałem, powracającą małemi schodami i kto wie, czy mężczyzną, który ją odprowadzał, nie był sam król...
Kawaler czekał, spodziewając się, że usłyszy nazwisko tego, którego ścigał.
Ale Fouquet, który czy poznał, czy nie, hrabiego de Guiche, odpowiedział:
— Nie, panie, to nie król.
Kawaler ukłonił się; ale, kłaniając się, raz jeszcze spojrzał wkoło siebie, a spostrzegając pana Colbert, dodał:
— Patrzaj pan, oto pod drzewami jest osoba, która cię lepiej, aniżeli ją, objaśni.
— Któż taki?... — zapytał Fouquet, którego słaby wzrok nie przebijał ciemności.
— Pan Colbert — odpowiedział kawaler.
— A! wybornie.
Kawaler, nie dowiedziawszy się niczego, oddalił się z niskim ukłonem. Zaledwie oddalił się, gdy Fouquet, zmrużywszy powieki, wpadł w zadumę. Aramis patrzył na niego przez chwilę z politowaniem, pełnem smutku.
— A co — rzekł do niego — zmieszałeś się na samo wspomnienie nazwiska tego człowieka. Wesoły i pełen nadziei przed chwilą, stajesz się ponurym na widok małego straszydła? Czy już nie wierzysz w swoje szczęście?
— Nie — smutno odpowiedział Fouquet.
— A to dlaczego?
— Bo w tej chwili zanadto jestem szczęśliwy — odrzekł drżącym głosem. — A! mój drogi d‘Herblay, ty, który jesteś tak uczony, musisz znać historję pewnego władcy Samos. Cóż ja mam rzucić do morza, abym mógł rozbroić przyszłe swe nieszczęście?... O! powtarzam ci, mój przyjacielu, jestem zanadto szczęśliwy, tak szczęśliwy, że niczego nie żądam. Wstąpiłem wysoko... Znasz moje godło: Quo non ascendam. Wstąpiłem tak wysoko, że muszę zstępować. Nie mogę zatem wierzyć w postęp szczęścia, które przewyższa ludzkie.
Aramis uśmiechnął się, wlepiając w Fouqueta przenikliwe spojrzenie.
— Gdybym wiedział o twojem szczęściu — rzekł — może obawiałbym się niełaski; lecz cenisz mnie, jak prawdziwego przyjaciela, to jest uznajesz mnie za przydatnego w chwili nieszczęścia. Jest to nieoszacowane. Lecz, prawdę mówiąc, mam prawo żądać, abyś mi zwierzył się ze swych radości, bo mnie one, wiesz o tem, tak obchodzą jakby się mnie samemu zdarzyły.
— Mój zacny prałacie — odrzekł, uśmiechając się, Fouquet — moje tajemnice są zanadto światowe, abym je powierzał biskupowi.
— Jako spowiedź.
— O! rumieniłbym się, gdybyś był moim spowiednikiem.
I zaczął wzdychać. Aramis spojrzał jeszcze na niego, ale z uśmiechem!
— Dobrze — rzekł — grzeczność to wielka cnota.
— Milczenie!... — wyrzekł Fouquet. — Zjadliwa żmija poznała mnie i zbliża się do nas.
— Colbert?
— Tak, oddal się, panie d‘Herblay, nie chcę, żeby cię widział ze mną, uczułby wstręt i do ciebie.
Aramis ścisnął mu rękę.
— Alboż potrzebuję jego przyjaźni?... — odrzekł — alboż ciebie tu niema?
— Tak, ale może nie będę długo — smutno odparł Fouquet.
— Wówczas, jeżeli kiedykolwiek to nastąpi, będziemy się starali obywać bez przyjaźni, lub lekceważyć przyjaźń Colberta. Ale, powiedz mi, kochany przyjacielu, dlaczego, zamiast rozmowy ze złą żmiją jak go nazywasz, w czem ja żadnej nie widzę korzyści, nie udasz się albo do króla, albo do księżny?
— Do księżny — podchwycił Fouquet, wyraźnie myślący o czem innem — tak, zapewne, do księżny.
— Przypominasz sobie zapewne — mówił dalej Aramis — że nas zawiadomiono o wielkich względach, jakich od dwóch, czy trzech dni doznaje księżna. Wchodzi to, jak sądzę do twojej polityki, aby pozyskać przyjaciółki Jego królewskiej mości. Jest to środek zrównoważenia powstającego wpływu Colberta. Udaj się zatem jak najspieszniej do księżny i zyskaj sobie tego sprzymierzeńca.
— Ale — rzekł Fouquet — czy jesteś pewny, że na nią teraz oczy królewskie zwrócone?
— Chyba od rana odwróciła się wskazówka. Wiesz, że mam dobrą policję.
— Dobrze, idę, i na wszelki wypadek mam dobry środek zalecenia się: te kamienie, antyki, otoczone djamentami...
— Widziałem je, nic bardziej bogatego i więcej monarszego.
Rozmowę ich przerwał lokaj, prowadzący kurjera.
— Do pana nadintendenta — rzekł głośno kurjer, podając list panu Fouquet.
— Do Jego ekscelencji biskupa de Vannes — rzekł cicho lokaj, oddając list Aramisowi.
Że zaś lokaj niósł pochodnię, stanął pomiędzy nadintendentem a biskupem, aby obaj jednocześnie mogli czytać. Na widok drobnego pisma na kopercie, Fouquet podskoczył z radości; ci tylko, którzy kochali, albo kochają, pojmą najprzód jego niepokój, a następnie szczęście.
Śpiesznie odpieczętował list, który te tylko obejmował wyrazy:
„Godzina, jak cię pożegnałam, a wiek, jak nie mówiłam, że cię kocham“.
Pani de Belliere, w rzeczy samej przed godziną opuściła Fouqueta.
Fouquet pocałował list i opłacił garścią złota.
I Aramis czytał, jak powiedzieliśmy, lecz czytał z zimną rozwaga następujące wyrazy:
„Król dzisiejszego wieczora odebrał szczególny cios: pewna kobieta kocha go, o czem się dowiedział, podsłuchując rozmowy pewnej panienki z towarzyszkami. Tak więc król cały jest oddany temu nowemu urojeniu. Kobieta ta nazywa się panna de La Valliere i nie jest tak piękna, aby urojenie zmieniło się w namiętność. Uważać na pannę de La Valliere. Ani słowa o księżnie?...“
Aramis powoli złożył list i schowa! do kieszeni. Co do Fouqueta, ten ciągle upajał się wonią swojego listu.
— Nowa mi myśl przyszła. Czy znasz panienkę, nazwiskiem de La Valliere?
— A! tak, sądzę, że to dama honorowa księżny. Ale dlaczego pytasz o nią?
— Tej panience dziś wieczorem powinieneś złożyć wizytę i podarować te kamienie. Wiesz pan o tem dobrze, że ja dobrych rad udzielam.
— Ale to coś niezwykłego...
— To już do mnie należy. Cały dwór jest na rozkazy tej de La Valliere. Zaręczę pani de Belliere, że całe twoje serce jest pełne polityki.
— Co mówisz?... — zawołał Fouquet — jakież to wyrzekłeś nazwisko?
— Nazwisko, które cię powinno przekonać, panie nadintendencie, że dobrze wiedząc o tobie, wiem o innych. Staraj się pan o łaski de La Valliere.
— Będę się starał, o czyje zechcesz — odparł Fouquet z rozradowanem sercem.
W tej chwili zbliżył się do rozmawiających Colbert; Fouquet czekał na niego, nieporuszony, z miną żartobliwą. Colbert uśmiechnął się do niego; od kwadransa widział swojego nieprzyjaciela i żółwim krokiem zbliżał się do niego. Uśmiech Colberta zdradzał nieprzychylność.
— Ho! ho!... — mówił Aramis do nadintendenta — zapewne idzie żądać kilku miljonów na zapłacenie szkieł kolorowych i ogni sztucznych.
Colbert pierwszy się ukłonił z wymuszonem uszanowaniem. Fouquet zaledwie kiwnął głową.
— A co, Jaśnie oświecony panie, jakże się podoba? czy dobry mam gust?
— Wytworny — odpowiedział Fouquet takim tonem, iż w tych wyrazach żartu nikt nie mógł dostrzec.
— O!... — rzekł Colbert złośliwie — zanadto pan jesteś pobłażający... my jesteśmy biedni i Fontainebleau nie da się porównać z Vaux.
— Prawda — zimno odpowiedział Fouquet, który panował nad aktorami tej sceny.
— Co chcesz, Jaśnie oświecony panie?... — mówił dalej Colbert, — działaliśmy tylko według naszych małych zasobów.
Fouquet potwierdził to zdanie.
— Ale — mówił dalej Fouquet — godnemby było przepychu pańskiego, abyś zaprosił Jego Królewska Mość do swoich pysznych ogrodów, które, jak mi się zdaje, kosztują sześćdziesiąt miljonów.
— Siedemdziesiąt dwa.
— Tem lepiej. To będzie przepyszne.
— Ale czy pan sądzisz — mówił Fouquet — że Jego Królewska Mość zechce przyjąć moje zaproszenie?
— Nie wątpię o tem!... — zawołał Colbert — i gotów jestem za to zaręczyć.
— Zaproś... zaproś... — cicho wyrzekł Aramis.
— Wobec tego — odpowiedział Fouquet — chcę wiedzieć, na który dzień mógłbym króla zaprosić.
— Choćby na jutro.
— Zgoda — rzekł nadintendent — panowie, chciałbym i was zaprosić; lecz wiecie, że król wszędzie jest u siebie, więc zaproszenie od Jego zawisło woli.
Radosy szmer powstał w tłumie.
Fouquet ukłonił się i odszedł.
— Nędzniku dumny!... — szepnął za nim Colbert — zapraszasz, a wiesz, że to będzie kosztowało cię dziesięć miljonów.
— Zniszczyłeś mnie — cicho rzekł Fouquet do Aramisa.
— Ocaliłem — odparł Aramis, kiedy Fouquet wchodził na ganek i pytał, czy widzieć króla można jeszcze.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.